Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
piątek, 18 sierpnia 2017
streszczenie pierwszego tygodnia

Miałam sielską wizję, że co wieczór będę siadać w hotelu i wiernie spisywać nasze fascynujące przygody. Rzeczywistość okazała się oczywiście bardziej skomplikowana. Przez pierwsze dni z powodu jet laga padałam na nos. Przez następne z powodu wyczerpania/późnego dojazdu/braku zasięgu pisanie odpadało. I tak minął pierwszy tydzień WAWa.

Musze przyznać, że bardzo, ale to bardzo lubię podróżować po Stanach. To jest niesamowicie przyjazny turystom kraj. Drogi są genialne, można bez zmęczenia pokonywać ogromne odległości, cała  infrastruktura jedzeniowo/hotelowo/parkingowa działa bez zarzutu, a Amerykanie w trasie są otwartym, rozmownym ludkiem. Przez cały rok nie weszłam w tyle rozmów i relacji międzyludzkich jak przez ten tydzień.

Wylądowaliśmy w Los Angeles, z którego natychmiast uciekliśmy. Jesteśmy typowo outdorowym towarzystwem i duże miasta wykańczają nas po kilku godzinach. Następnego dnia dotarliśmy do parku sekwoi. Zaiste, imponujące drzewka. Niestety, nie mam jak wrzucać zdjęć, bo mąż zapomniał kabelka, więc fotki będą po powrocie.

Następnie ruszyliśmy na wschód w kierunku miasta grzechu i rozpusty. Młodzi podsumowali, że Las Vegas kojarzy im się z parkiem miniatur w Krajnie, tylko bardziej świecącym. Taka wylewająca się tandeta. Usiłowaliśmy wepchnąć ich w szpony hazardu, ale okazało się, że jako nieletni (Misiek też, bo poniżej 21 lat) nie mogą nawet przepuścić kasy w jednorękim bandycie.

Dlatego bez żalu porzuciliśmy kasyna i po obejrzeniu tamy Hoovera śmignęliśmy przez bezdroża i pustynie do Arizony, do Sedony, okrzykniętej najpiękniejszym miastem USA, i do Wielkiego Kanionu. Dwadzieścia lat temu oglądaliśmy z mężem Wielki Kanion, ale od drugiej, znacznie mniej interesującej strony. Południowa krawędź zapiera dech w piersiach, czasami dosłownie (czy wspominałam, że mam lęk wysokości?).

Później przejechaliśmy przez największy rezerwat Indian Nawajo i Dolinę Monumentów aż do pęczka najfajniejszych parków narodowych Utah - Archies, Capitol Reef, Bryce Canion i Zion. Jesteśmy w połowie oglądania i chyba powolutku zaczynam rzygać skałkami, w choćby najpiękniejszych kształtach i kolorach. Trochę dobijają mnie skoki temperatur - wczoraj wieczorem było 13 stopni, dzisiaj zapowiadają 38. Mam nadzieję, że nie dopadnie nas angina.

Za kilka dni największa trakcja wyjazdu - zaćmienie słońca!

 

 

 

 

 

 

16:37, teraz_asia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 sierpnia 2017
plan na WAW

Taka sytuacja, proszę państwa. Jutro raniutko wylatujemy na nasze Wielkie Amerykańskie Wakacje (w skrócie WAW). W ostatniej chwili przed moim popadnięciem w obłęd.

Ostatnie tygodnie były dla mnie absolutnie wyczerpujące, głównie psychicznie. Strasznie dużo rzeczy się decydowało, przeżyliśmy drastyczne załamanie finansowe, spiętrzenie papierkologii i różnych formalności, wyjaśnianie paru zaległych spraw....plus fala upałów, która mnie niemal dobiła.

Teraz rzecz jasna jestem w stanie rozsypki emocjonalnej, jak zazwyczaj przed wyjazdem. Mniej więcej co kwadrans sprawdzam, czy paszporty nadal tkwią w torebce, nerwowo głaszczę koty, przekładam ciuchy w walizce z boku na bok i gorączkowo myślę, czego tym razem zapomnę. Właśnie, czy ja wzięłam coś na gorączkę?

WAW był planowany od wczesnej wiosny, głównie ze względu na to, że wylatane przez męża tysiące mil lotniczych traciły ważność i musieliśmy do końca marca zamienić je na bilety. Wystarczyło akurat na cztery bilety do Stanów. 

Ale do adremu. Obiecałyśmy sobie z Lolą, że tym razem będziemy na bieżąco dokumentować naszą trasę, bo później wszystko nam się pomyli i zapomnimy, co, gdzie i jak. Jeśli mój plan wypali, mam zamiar wykorzystać w tym celu bloga. 

Mam nadzieję, że w amerykańskiej dziczy będą mieli wifi.

Trzymajcie kciuki, żeby mnie reisefieber nie wykończył.

21:56, teraz_asia
Link Komentarze (3) »