niedziela, 10 marca 2019
Przeprowadzka!!

 

https://4godzinynadobe.home.blog

To mój nowy adres, chociaż kręciłam nosem, przyznaję, że teraz widzę potencjał. Jakby szerzej, jaśniej, więcej możliwości zdjęciowo technicznych. Udało mi się opanować oporną materię Wordpressa (no dobra, oporna byłam ja, on cierpliwie czekał, aż się ogarnę.)

Wiosna idzie, także blogowa. Zamierzam korzystać z życia, bloga i wszystkiego, co mi wpadnie w ręce. Zapraszam!

 

 

 

 

15:50, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
piątek, 01 marca 2019
Opowiadanie łzawe straszliwie

Czyli moja praca na kurs pisarski. Mieliśmy wymyślić opowiadanie do zdjęcia. Moje przedstawiało trzy roześmiane nastolatki na rowerach. No naprawdę, nie wiem, co mi siedzi w głowie, że wyszło to, co wyszło....

Ostatnie lato

- A pamiętasz to lato, kiedy upiłyśmy się winem twojej babci, a ja spadłam z okna i złamałam nogę? -
Hanka powoli otwiera i zamyka oczy, zbyt duże w wychudzonej twarzy. Cień uśmiechu na chwilę wygładza zapadnięte policzki. Tak, pamiętam.
Jak mogłybyśmy zapomnieć tamto lato? Ostatnie lato naszej niewinności. Wariackie wycieczki rowerowe, podjadanie papierówek z cudzych sadów i tarzanie się w stosach zgrabionego siana. Nawet teraz, po trzydziestu latach, samo wspomnienie przywołuje zapach jabłek i nagrzanej słońcem, skoszonej trawy.
Hanka zaciska nagle usta jak dziecko, które zaraz ma się rozpłakać, a bruzdy naokoło warg bieleją jej z wysiłku. Monika podrywa się z krzesła i wybiega z sali. – Zawołam Andrzeja – mówi jeszcze przy drzwiach, ale wiem, że nie dlatego wychodzi.
Mi też trudno tu wysiedzieć. Chwilę temu znów dyskretnie patrzyłam na zegarek, czy obiecane Andrzejowi pół godziny już minęło.
Nie wiedziałam, że jest chora. Naprawdę nie wiedziałam. Kiedy Andrzej zadzwonił i powiedział:
– Ona ciągle o was pyta. Proszę, wpadnijcie chociaż na pół godziny. – nie myślałam, że jest tak źle.
Stał pod salą. Spytałam, jaki rak, jakie rokowania. Spojrzał tylko na mnie, i wyglądał jak ten męczennik ze starych obrazów, Sebastian chyba? Ten przebity strzałami. Poczułam bezrozumną zawiść, że mnie tak nikt nie kocha. Całkiem jak dawniej.
A jednak coś się zmieniło. Zrozumiałam to, kiedy zobaczyłam nieruchomy kokon białej pościeli na szpitalnym łóżku, zbyt mały, żeby mógł objąć dawną Hankę. Zawsze zajmowała więcej miejsca, niż ona sama. Jakby cała ta uroda i radość życia nie mogły pomieścić się w środku.
Teraz oczy Hanki wyglądają jak dziury wycięte w kartce papieru, czarne, bezrzęse i ogromne. Patrzy na mnie wyczekująco. Mów jeszcze.
- Miałyśmy wtedy po piętnaście lat, pamiętasz? – mówię miękko, jakbym opowiadała bajkę – Wszystko było takie wyraźne, takie…czyste. Jakbyśmy miały żyć wiecznie… – urywam nagle przerażona, ale Hanka znowu wyciąga na twarz tę smugę uśmiechu i powoli kręci głową. Nieważne. Mów.
- A Monika zakosiła wino z piwnicy twojej babci i wychlałyśmy je w stogu siana. Boże, jak myśmy potem chorowały. – odważnie ciągnę dalej.
- Mówiłam, że jest strasznie mocne – słyszę nagle głos Moniki, która z powrotem zajmuje miejsce na metalowym taborecie – Nie musiałyście wytrąbić całej butelki. –
Patrzę na nią kątem oka. Tylko dwa cieniutkie rowki wyżłobione w perfekcyjnym makijażu pokazują, co robiła za drzwiami. Zawsze umiała ładnie płakać.
- A tydzień później poszłyśmy pod dom tego Marka, w którym się wtedy kochałam. Koniecznie chciałam zobaczyć, jak wygląda jego pokój i wlazłam po kracie od winorośli. No i krata się złamała, ja łupnęłam o ziemię, a w nodze tak mi chrupnęło… -
- Błagam, Magda, w życiu nie zapomnę tego dźwięku – Monika krzywi się demonstracyjnie. – I tak najgorsze było to, że musiałyśmy cię jakoś wyciągnąć z ogrodu Leśniewskich, no bo jak byśmy wytłumaczyły, że leżysz u nich pod oknem? –
Z łóżka dobiega jakiś dźwięk, jak szelest jesiennych liści. Hanka się śmieje, suchym, dziwnym śmiechem khy, khy, khy, ale oczy ma jasne i przejrzyste.
Czuję, jak napięta sprężyna, która kłuła mnie w środku od momentu, kiedy tu weszłam, rozluźnia się trochę. Zapomniałam już, że Hanka to potrafiła. Jeden uśmiech i wszyscy byli szczęśliwi. Hankę kochał każdy, kto ją spotkał. I to właśnie zabiło naszą przyjaźń.
Ale jeszcze nie tego lata. To lato należało do nas.
- Noga złamana w dwóch miejscach. Drogie dziecko, jak ci się udało to zrobić przy upadku z roweru?? Może masz łamliwość kości? – cytuję uroczyście lekarza, który dwadzieścia lat temu z niesmakiem oglądał prześwietlenie mojej wykręconej dziwacznie kończyny. Dziewczyny śmieją się, Hanka cicho i szeleszcząco, Monika perliście i elegancko.
–Wsadzili mnie w gips na sześć tygodni. Gdyby nie wy…Ale warto było. Mówiłam wam, że miał w pokoju plakat Samanthy Fox w bikini? –
- Żartujesz!? Przecież on był ministrantem! – wykrzykuje Monika z takim przejęciem, że wybucham śmiechem.
- A pamiętacie, jak poszłyśmy na odpust i Hanka wygrała na loterii gipsową krowę? –
Nagle cichnę, bo przypominam sobie, co było dalej. To właśnie na tym odpuście Hanka poznała Piotra. Wszystkie trzy zamieramy na chwilę, nie wiedząc, jak z tego wybrnąć.
- A pamiętacie, jak… - zaczyna Monika ze sztucznym ożywieniem, ale to nie ma sensu. Jesteśmy już w innym miejscu i nie możemy wrócić.
Przychodzi następne lato i Hanka już nie należy do nas. Zakochana tą nieprzytomną pierwszą miłością, która sprawia, że nie widzisz nikogo innego. Piotr. Tylko Piotr. Nie było więcej rajdów rowerowych ani plotek w stogu siana. Trzymałyśmy się z Moniką w sztucznej komitywie, imitując nasze dawne rytuały, ale szybko stało się jasne, że to Hanka była kołem napędowym naszej przyjaźni. Piotr kochał Hankę. To było zrozumiałe. Ale Hanka kochała Piotra, i tego zrozumieć już nie mogłam. Wybrała jego, a nas porzuciła. Tak to wtedy widziałam.
Kiedy Monika przyszła do mnie tamtego ranka, miała szkliste oczy i wypieki na twarzy, jak w gorączce. – Wróci – oznajmiła głosem, który miał być triumfalny, ale brzmiał jak przerażony skrzek – teraz do nas wróci, zobaczysz –
Nie rozumiałam. Aż do wieczora, kiedy wreszcie znalazłam Hankę. Siedziała przy stawie, pod naszą wierzbą, obejmując kolana rękami i patrząc przed siebie. Czy płakała? Nie pamiętam. Pamiętam za to, że popatrzyła na mnie obojętnie, jakby na przestrzał – Wczoraj widziałam Monikę i Piotra. Razem. – Przełknęła z wysiłkiem ślinę – w jej łóżku. –
Chciałam wtedy z nią cierpieć. Naprawdę. Przytulić i powiedzieć – Wszystko się wyjaśni, to na pewno nic takiego, zobaczysz. –
Ale milczałam, bo w środku wszystko we mnie śpiewało, że teraz będzie jak dawniej, i że znów będziemy razem jeździć na rowerach, a Piotr wyparuje z naszego życia, jakby nigdy nie istniał. I Hanka to zobaczyła. Nie wiem jak, ale zobaczyła we mnie tę radość..
Następnym razem rozmawiałyśmy dopiero na jej ślubie, ale to była tylko uprzejma rozmowa obcych ludzi, bo tamtych nas już przecież nie było.
- Przepraszam – z odrętwienia wyrywa mnie nagle szloch Moniki. Klęczy przy łóżku Hanki i łka rozpaczliwie, nieelegancko, siorbiąc nosem i ocierając oczy pięścią – Haniu, ja cię tak strasznie przepraszam za tamto –
Hanka patrzy na nią, a w oczach ma tyle czułości, że i ja chcę się znaleźć w jej kręgu. Siadam na łóżku i ujmuję kruchą, chłodną dłoń. Hania wciąż patrzy na Monikę i tym swoim szeleszczącym szeptem mówi – Wszystko dobrze… Andrzej…Dzięki temu go mam. –
A potem lekko zaciska palce na mojej ręce. – Opowiedz jeszcze – prosi, a ja nie mogę odmówić, bo znowu wszystko jest jak dawniej.
Czas zatacza krąg. Mamy piętnaście lat i świat należy do nas. Trzymamy się za ręce stojąc na wysokim wzniesieniu za polem Wysockich, a wiatr wieje tak mocno, że wtłacza nam śmiech z powrotem do gardeł.
- Pamiętasz, jak postanowiłyśmy się sturlać z górki Wysockich? – zaczynam z taką beztroską, jakby przed chwilą nic się nie zdarzyło – wtedy, kiedy tak strasznie wiało, że zrzuciło pół dachu z ich stodoły? –
- A ja oczywiście miałam wtedy na sobie najlepszą bluzkę – Monika ujmuje drugą dłoń Hani i siada po drugiej stronie łóżka – Ależ byłam idiotką. Matka goniła mnie potem przez pół wsi ze ścierką –
Opowiadamy na zmianę wszystkie historie z tamtego lata. Hanka już nic nie mówi. Ale napięte na ostro sterczących kościach policzki zaróżowiły się, a usta rozciągnęły w uśmiechu. Kiedy w końcu Andrzej wsuwa głowę do sali, mówi szeptem – Cii, zasnęła –
Rzeczywiście śpi. Patrzę na nią i widzę piętnastolatkę z chmurą ciemnych loków. Leżymy we trójkę na łące, ramię przy ramieniu, i gapimy się w mroczniejące sierpniowe niebo. Hania ściska nasze ręce i mówi z rozmarzeniem – Udało nam się to lato, prawda, dziewczyny? –

10:14, teraz_asia
Link Komentarze (7) »