Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
poniedziałek, 22 maja 2017
o mężu i golfie

Mąż, jak wiadomo, gra w golfa. Kiedy nie może grać w golfa, ogląda kanał golfowy.

Dla niedowierzających - tak, naprawdę w otchłaniach TV istnieje kanał, w którym pokazują wyłącznie ludzi z kijami i pola golfowe. Ja w sumie nie protestuję, bo dla mnie to takie dość kojące doświadczenie: niebo niebieskie, hektary łąk zielonych, szeroko nad jeziorkami rozciągnionych, malowanych zbożem rozmaitem.....a nie, wróć, bez zboża, ale reszta się zgadza.  Czasem palmy są i piasek.

Kilku panów komentuje niespieszną aktywność na ekranie stosownie przyciszonymi głosami, i powiem wam, że to szemranie to jest nawet przyjemne, usypiające wręcz.

No więc przydrzemuję ci ja sobie nad laptopem, słuchając mruczenia golfistów i proszę męża sennie - zrób mi herbaty, kochanie - 

-Już, już - odpowiada nieuważnie mąż wpatrzony w ekran.

Czekam pięć minut - To co z tą herbatą? - 

Ponieważ odpowiada mi cisza, patrzę na męża, zastygniętego w półprzysiadzie nad kanapą. Na twarzy męka niezdecydowania.

- Zaraz - mówi wreszcie mąż błagalnie - nie mogę w takiej chwili. Za duże napięcie, żebym mógł się oderwać od ekranu -

Patrzę podejrzliwie na pola golfowe (zielone, bez zmian), na ludzików z kijkami (chodzą se, bez zmian), na komentatorów (szemrają, jak szemrali) i już nie potrzebuję herbaty na podniesienie ciśnienia, bo atak śmiechu całkowicie mnie podnosi na nogi. Cóż znaczy prawdziwa sportowa pasja.....

11:03, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 maja 2017
gramatyka a zwłoki

Z jakichś tajemniczych przyczyn Loli nie po drodze z gramatyką polską. To znaczy, używa bezbłędnie, ale wszystkie te imiesłowy i zaimki, a nie dajbóg, przydawki i dopełnienia są dla niej niewyuczalne. Odpytywałam ją wczoraj przed klasówką i normalnie orka na ugorze.

- Krowę? -

- Liczba pojedyncza. I rodzaj żeński - orzeka po namyśle Lola

- Przypadek? - rzucam zachęcająco

- Nie sądzę - odpowiada ponuro Lola

Gorzej jeszcze, bo nawet w moim sprawnym gramatycznie umyśle Lola posiała ziarno wątpliwości.

- Rzeczowniki dzielą się na ożywione i nieożywione. Podaj przykłady -

- Krzesło. Glista. - mamrocze zniechęcona Lola - A zwłoki, mamo? Czy one są ożywione? -

- To zależy, zombie raczej tak - odpowiadam z właściwym sobie subtelnym dowcipem, ale robak zwątpienia wpełza mi do mózgu i sama już nie wiem, jak zaklasyfikować te szczątki doczesne. Są ożywione, te zwłoki?

17:55, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 maja 2017
głównie o Loli

Udało mi się namówić Lolę, żeby obejrzała ze mną "Zabić drozda". Bardzo lubię zadręczać małoletnich moją ulubioną literaturą i kinematografią, w nadziei, że zarażę ich swoim zachwytem. Czasem nie odnoszę spektakularnego sukcesu - "Łowca androidów" nie powalił rodziny na kolana, ale czasem udaje mi się nad podziw - mąż właśnie kończy "Mistrza i Małgorzatę" i nawet się zachwyca. Tylko dlaczego, pytam się załamana, dlaczego nikt nie chce czytać Pratchetta? Pomimo wszystkich możliwych chwytów, jakie stosuję, żeby ich wciągnąć? Gdzie popełniłam błąd?

Ale wracając do adremu. Wygląda na to, że Lola nie tylko obejrzała z zainteresowaniem,ale zrozumiała główną myśl przewodnią.

Kiedy przypomniałam jej o odrabianiu lekcji, właśnie śliniła się nad półmiskiem świeżo upieczonego ciasta. Lola zastygła w dramatycznej pozie, przyciskając do wątłej piersi talerzyk z ciastem i wyszeptała - Naprawdę chcesz zabić ten moment? Tę chwilę mojego szczęścia z brownie? - spojrzała na mnie oczami zranionej sarenki - To byłoby okrutne. To byłoby jak - spojrzała jeszcze raz czule na stos czekoladowego ciasta - jak zabicie drozda - .

No dobra, może jednak nie do końca zrozumiała. Ale z zachwytem patrzę, jak świetnie moja córka rozwija się w gimnazjum. Przez ostatni tydzień niemal mieszkała w szkole, bo konstruowali z panią od polskiego olbrzymiego smoka z kartonu na Dzień Książki. Na piątek klasa Loli umówiła się na noc filmową - całonocny maraton oglądania filmów na sali gimnastycznej. Jeżdżą karmić psy w schronisku i czytać książki dzieciom z domu dziecka. Mają naprawdę fajnych nauczycieli i dyrektora z poczuciem humoru. Strasznie żałuję, że reforma zniszczy taką fajną szkołę.

Dla równowagi doniesienia z frontu maturalnego:

polski podstawowy - nieźle, a ten wiersz zinterpretowałem niemal genialnie 

polski rozszerzony - zobaczysz, będzie luz, na pewno (mam mroczne wrażenie, że samozachwyt Miśka nie znajdzie tu mocnych podstaw)

matma podstawowa - ee, spoko, prawie wszystko mam dobrze 

matma rozszerzona - nooo, OK, mogłem to trochę zawalić, ale może nie będzie tragicznie

angielski rozszerzony - będzie sto procent, zobaczysz, i w ogóle jestę bogię

i jeszcze czeka nas niemiecki, i geografia i dwa ustne. Mam wrażenie, że to jakiś maraton jest. Kiedyś chyba tak nie było.

22:12, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 maja 2017
co w trawie piszczy

Krótkie streszczenie ostatniego miesiąca:

Dwa tygodnie na Dukanie, zakończone orgią jedzenia krówek. Dieta aloesowa, ze wstrętem porzucona po tygodniu. Aktualnie jem na zmianę pieczonego indyka z sałatą i ciastka, z nadzieją, że organizm będzie na tyle skonsternowany, że zgubi tłuszcz z tego zakłopotania.

Mąż od trzech tygodni ma pracę. Wprawdzie bez fajerwerków finansowych, ale wygląda na dość stabilną i taką raczej bezzawałową. Się zobaczy.

Ja pracy nie mam. Znaczy coś tam mam, ale kapie jak krew z nosa i nudne straszliwie. Za co mam kupować te wszystkie cudne buciki, których pełno na wystawach?

Misiek pojutrze pisze maturę z polskiego. Jestem rozdygotana wewnętrznie, i ja nie wiem, jak przeżyję ten czwartek i piątek.

Lola znowu przestała się uczyć. Wiedziałam, że ta dobra passa nie może trwać wiecznie. Pociesza mnie tylko to, że chyba znalazła sobie nową przyjaciółkę, na brak której cierpiała od początku gimnazjum.

Mamy nowego pana kota ogródkowego, na razie bezimiennego. Dość nieśmiały, ale strasznie gadatliwy. Siedzi godzinami na parapecie, zagląda nam do pokoju i miauczy namiętnie w trzech tonacjach. Moje kotki się go nie boją, o dziwo. No cóż, czekam na rozwój wydarzeń.

Mam cudną, granatową hybrydę na paznokciach i pierwszy raz od lat nie obgryzam skórek, bo lękam się zepsucia tej niesłychanie pięknej dekoracji. 

Zmarzły mi róże, hortensje i aktinidie przez ten cholerny kwietniowy przymrozek. Las jest zalany przez te cholerne kwietniowe deszcze i nie mam gdzie chodzić na spacery. 

Mąż dał mi w prezencie kartę na siłownię. I w dodatku sama go o to poprosiłam, wiec nawet nie mogę teraz go opieprzyć i powiedzieć, że na przekór nie będę chodzić.

Czekam na maj. Nie wiem czemu, ale czuję, że teraz musi być trochę lepiej. Że praca i pogoda, i matura, i wszystko się ułoży (może oprócz siłowni, bądźmy realistami).

A teraz mogę wrócić do pisania bloga, bo dotąd paraliżowała mnie świadomość, ile musiałabym nadrobić.....

13:09, teraz_asia
Link Komentarze (4) »