poniedziałek, 19 listopada 2018
raport skrótowy

Raport o stanie rodziny po pół roku milczenia:

Misiek poleciał i wrócił. Bardzo zadowolony. Zasuwał na tym obozie jak szalony, ale też świetnie się bawił. Zwiedził kawałek Ameryki, nawiązał znajomości, świetnie douczył się angielskiego i nawet coś zarobił. Ale nie wiem, czy powtórzy to doświadczenie, bo aktualnie ma fazę na Norwegię. Uczy się norweskiego, niedawno wyskoczył na parę dni do Oslo i ma zamiar spędzić wakacje rwąc norweskie truskawki.

Lola ledwie żyje. Perspektywa egzaminów za pół roku najwyraźniej przeraża jeszcze bardziej jej nauczycieli, niż ją samą. Dlatego moja biedną córkę zalewa niekończący się potok klasówek i innych form szkolnej opresji i terroru. Więc Lola się uczy. I uczy. Jak się nie uczy, gania na zajęcia teatralne, gdzie znowu uczy się roli. A, no i nadal leczy skutki zerwania więzadeł i skręcenia stawu, przez które spędziła cały wrzesień w gipsie. Od początku roku nie ćwiczyła ani razu na wuefie, pewnie w ogóle nie będzie klasyfikowana. A i tak najbardziej martwi mnie to, że nadal nie wiadomo, czy całe to leczenie nie skończy się operacją. Tak, że zasadniczo Lola ma trochę przerąbane.

Mąż nadal nałogowo gra w golfa i podchodzi do tego zajęcia szalenie poważnie. Ponieważ w piątek zabiera mnie na oglądanie jakiegoś super - duper ważnego turnieju w super -duper ważniackim towarzystwie, dostałam dziś od niego zwięzły wyciąg z najważniejszych informacji na temat graczy i rzeczonego turnieju, żebym mogła przynajmniej udawać, że rozumiem, o co chodzi. Doceniam gest, acz nadal nie podzielam pasji, niestety.

Ja przewartościowuję sobie życie, o czym może jeszcze napiszę. Ale zasadniczo planuję nadrobić lata introwertycznych blokad, dużo pić, chodzić na imprezy, rwać facetów...eee, wróć (ostatecznie mąż czasem tu zagląda), to znaczy poznawać nowych ludzi i w ogóle przeżyć regularny kryzys wieku średniego, tylko bez kupowania Harleya. A jeśli uda mi się znaleźć świadectwo maturalne, to pójdę na studia! I co mi kto zrobi? No co?

Tak więc Misiek na fali, Lola w dołku, mąż przy dołku, a ja z flaszką i seksownym Pablem wędruję w stronę zachodzącego słońca. Znaczy, wszystko OK, prawda?

19:46, teraz_asia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2018
Może by tak poczerpać korzyści?

- Na blogach ponoć można nieźle zarobić - poinformował mnie mąż usłużnie, kiedy znowu narzekałam na moją pracę, a raczej jej brak.

Oczywiście natychmiast tapnęły mną wyrzuty sumienia, że porzuciłam pisanie bloga. Rodzina zaprzestała już pytań, zrezygnowana (a może odetchnęli z ulgą?). Ja starannie omijałam wzrokiem zakładkę w laptopie, i tłumiłam jakieś resztki dawnych odruchów - O, muszę o tym napisać!- 

Ale to mogłaby być niezła motywacja, no nie? Zrobiłam więc krótki risercz w temacie i takie mam wnioski:

- Na dzieciach mogłam faktycznie zarobić, ale niestety są już za stare. Nie da się ich ubrać w białe ubranka firmy Y i upozować na plecionym ręcznie dywaniku firmy X na tle zestawu rozwijających intelektualnie klocków Z. 

- Blogi modowe ponoć nieźle funkcjonują. Niewiele czasu potrzebowałam jednak na wniosek, że istnieje raczej ograniczona ilość konfiguracji stylistycznych w obrębie zestawu dżinsy - trampki - bluza z H&M. No a w wiarygodność moich stylówek w sexi botkach na obcasie, gustownie zestawionych z bryczesami i śliwkowym żakietem trudno bedzie uwierzyć komukolwiek. Trudno. - 

- Blogi kosmetyczne wydają mi się zbyt skomplikowane. Półstronicowa analiza zalet szamponu budzi we mnie niepokój, a rozważania o wyższości lewoskrętnej witaminy C w kremie nad tą w drugą stronę wprowadziły mnie kiedyś w stan długotrwałej katatonii. No i nie znam się w cholerę.

- Blogi ksiażkowe - i tu mi oko błyska mimowolnym zainteresowaniem - nie zarabiają jednakowoż, dostają co najwyżej książki do recenzji. No a umówmy się, książki to ja i tak na czytniku czytam, bo mi się w domu półki skończyły.

- Blogi kulinarne są niewątpliwie inspirujące i jako jedyne wydają mi się szalenie pożyteczne. Bo sam przepis to mało, trzydzieści komentarzy osób, które same go sprawdziły, robi najlepsza robotę. Niewykluczone, że kilka najlepszych rzeczywiście zarabia jakąś kasę, reszta dostaje pewnie mikser i żelatynę do testowania. No i jak miałabym chudnąć, piekąc i gotując bez przerwy?

- Zostały jeszcze blogi lajfstajlowe. Z pobieżnego przeglądu wywnioskowałam, że faktycznie można na nich zarobić i to całkiem nieźle. Ale ja przepraszam, każdy z tych blogów przypomina mi magazyn Weranda Country w poczekalni u mojej dentystki. Upozowane zdjęcia, upozowani ludzie, wszystko śliczniunie takie, że hej, a treść, z całym szacunkiem, płytka zazwyczaj jak Zatoka Pucka. 

No i tak wertowałam sobie w zadumie właśnie mi poleconego bloga znajomego znajomego. Zdjęcie talerza z małżami - "nigdzie małże nie smakują tak dobrze, jak nad brzegiem morza śródziemnego o zachodzie słońca przy wtórze dzwonków osiołków" - zdjęcie dziwnych form odlanych z gipsu - "podróżując po Lazurowym Wybrzeżu pochylamy się z zadumą nad przekazem płynącym z monumentalnego dzieła słynnego artysty"- zdjęcie niezwykle stylowej i kunsztownie rozwichrzonej blondynki - "Chwila zachwytu. oszołomienie. piękno". Taki w sumie, bądźmy szczerze pretensjonalny i pseudointelektualny, acz dekoracyjny bełkot.

I myślę, że to też nie dla mnie. Moje chwile zachwytu dotyczą raczej skuteczności proszku do prania na białych skarpetach, medytacje nad zawartością talerza - ile od tego przytyję, a oszołomienie przeżyłam ostatnio po zobaczeniu rachunku za prąd. Kicha. Jestem za mało lajfstajlowa.

Chyba muszę jednak znaleźć inny dochód, a do bloga wrócić, jako do formy relaksu i komunikacji z fajnymi ludźmi. Bo jednak brakowało mi tego. A co tam. Wracam.

20:25, teraz_asia
Link Komentarze (8) »