Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
czwartek, 31 grudnia 2009
rok się kończy, coś zaczyna

Nie wiem na razie, co, bo nie mam czasu spisać noworocznych postanowień. Zawsze, kiedy je spiszę i schowam do koperty, mam przynajmniej świadomość, co znowu zawaliłam. A teraz się boję. Nowy rok bez nowych postanowień? Co więc będzie moją busolą na nieskończonym morzu jadalnych i duchowych pokus? Może zdążę przynajmniej napisac pośpiesznie na kartce oderwanej z listy spraw do załatwienia i zakupów (dentysta Loli, NIEPRZEMAKAJĄCE buty dla mnie, mąka, kocie jedzenie, ketchup Heintz, jajka od szczęśliwych kur) najważniejsze postanowienie na ten nadchodzący rok:

Nie zepsuć takich fajnych dzieci, jakie mi się trafiły, nie doprowadzić mojego męża do ostateczności (bo się boję, jak ta ostateczność mogłaby wyglądać, jeszcze mi życie miłe), nie utonąć w morzu ogłupiających czynności codziennych, nie zapomnieć o tym, że zasadniczo jestem szczęśliwa...

Zresztą jak mogłabym nie być szczęśliwa, mając u boku moje dzieci? Lola jest na przykład tak zaszokowana ciągłą obecnością mamy w domu podczas świąt, że czuję się znowu jak matka dwulatka z lękiem separacyjnym. Nawet kiedy biorę prysznic, siedzi pod drzwiami, żebym jej przypadkiem nie uciekła przez okno łazienkowe. Chodzi krok w krok za mną, wisi mi na nodze i kocha mnie niezmiernie, o czym przypomina mi co najmniej 20 razy dziennie. Wczoraj wspięła się na wyżyny duchowych uniesień:

- Mamo, ja cię tak kocham, że nie chcę bez ciebie żyć. I jak umrzesz, to ja sobie wbiję nóż w plecy-

 Żaden z moich facetów nigdy nie oferował tak skomplikowanego technicznie poświęcenia. Ja też cię kocham, córko...

 

sobota, 26 grudnia 2009
mój tatuś ma ciekawą pracę

Moje dzieci mają dość interesujące opinie na temat, jak wraz z mężem zarabiamy na chleb powszedni. Wprawdzie minęły już czasy, kiedy mój syn twierdził w szkole: - moja mama jest bardzo ważną, tą, no, sekretarką ( -no bo przecież coś tam piszesz, mamo, no, nie?- - no tak, dziecko, piszę-), ale Misiek chyba ciągle nie za bardzo się orientuje, za co mi płacą. Udało im się jednak  zakodować w pamięci miejsce pracy ojca ze względu na charakterystyczne logo. Brawo.

Wczoraj okazało się, że Lola doskonale zdaje sobie sprawę, na czym polega moja praca. - Bo ty mamo piszesz słowa, które inni mówią, tak?-

- Dokładnie tak, córko, sama bym tego lepiej nie ujęła. A pamiętasz, co robi tatuś?-

Niemal słyszę, jak trybiki w jej głowie przesuwają się ze zgrzytem. I jest, zaskoczyło, hurra!

- Pewnie że wiem, tatuś jest premierem- oznajmiła Lola z niezachwianą pewnością.

Rzuciłam w stronę męża nerwowe spojrzenie. Faktycznie, ostatnio nie jestem na bieżąco z wiadomościami, ale chyba nie złamał Najważniejszej Umowy Małżeńskiej? Bardzo prostej i precyzyjnej- jeśli kogoś pobije albo zdefrauduje firmową kasę, być może będę odwiedzać go w kiciu. Ale pod żadnym pozorem ma nie mieszać się do polityki. Bo moment, kiedy to zrobi, będzie oznaczać znaczący przełom w jego życiu osobistym- zostanie rozwiedzionym politykiem.

W moim prywatnym rankingu zajęć odrażających polityk plasuje się gdzieś pomiędzy zamiataczem garbarni w Bombaju i gwałcicielem zwłok w leprozorium.  Na szczęście natychmiast skojarzyłam, że choćby nawet mój mąż nie wiedział jeszcze o tym, że jest premierem, z pewnością wiedzieliby dziennikarze z Pudelka. A w Pudelku cicho ( nawet nie cicho- pek), więc moje małżeńskie szczęście na razie nie jest zagrożone. No chyba, że ON  nie przyciszy tej cholernej świątecznej muzyki! - Staryyy!!, ciszej!!!-

Wesołych świąt.

12:12, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 grudnia 2009
Święta od kuchni

Cudowny moment- wszyscy zasiadają do stołu wigilijnego. I kiedy już połamią się opłatkiem, z apetytem rzucają się na rytualne dwanaście potraw.

STOP! Wersja w wydaniu mojej rodziny: Barszczyku, kochani? Tak, ale Misiek chce bez uszek, bo nie lubi, Lola bez pieprzu, bo szczypie (notka mentalna- odlać trochę barszczu przed przyprawieniem, Miśkowi barszcz w kubku). Pierogi? Dzieci zgodnym chórem- bleeee! Kapusty z grzybami rozsądnie nawet nie proponuję, cichcem podrzucam na talerz Mężowi. Rybki? Ryba ma ości, a ta śmierdzi, a ja nie lubię ryby, a czemu nie kurczak, to niesprawiedliwe, mamoooooo! Łazanki? Chętnie, ale bez maku poprosimy, bo mak jest słodki i w zęby włazi (notka mentalna- ugotować mnóstwo łazanek, minimalną ilośc maku) A w ogóle to poproszę suchą bułkę. I czy mogę wody? Mamoooo?

 Tu nagła i niespodziewana refleksja- NIGDY nie zapomnę wyrazu twarzy starszej pani, która zaszokowana obserwowała mnie i trzyletniego wówczas Miśka przy stoliku w kawiarni. Ja popijałam smakowicie gorącą czekoladę i zagryzałam rurką z kremem, mój synek suchą bułę  z foliowego woreczka zapijał wodą. Strasznie mnie wtedy korciło, żeby nachylić się do niej i powiedzieć- ma dziś urodziny, stąd ta bułka, normalnie tylko wodę dostaje-

Ale wracając do naszych baranów:  moja rodzina jest wybredna. Ilość potraw, które możemy zjeść  wspólnie bez modyfikacji, jest zatrważająco mała. Co powoduje pewne problemy dla kucharza: niedawno usiłowałam zrobić bardzo smakowicie wyglądającą zapiekankę ziemniaczaną z różnymi dodatkami. Po wstępnej eliminacji składników, nie tolerowanych przez poszczególnych członków rodziny, z przepisu ostały się ino ziemniaki i żółty ser. Zapiekanka w wersji okrojonej nie spotkała sie ze szczególnym entuzjazmem, co zniechęciło mnie do eksperymentów kulinarnych.

Dlatego w tym roku przygotowuję Wigilię w wersji alternatywnej: barszczyk plus uszka dla chętnych, pierogi z truskawkami, oraz łosoś pieczony (czyli jedyna ryba akceptowana przez dzieci) z ziemnikami pieczonymi (gotowanych akurat w ogóle nie jadamy). Na deser sucha bułka plus woda:-) Czuję , ze to będą udane święta...

Sen z powiek spędza mi tylko jedna myśl- w tym roku jedziemy na Wigilię do teściowej. Jak ja jej to wytłumaczę??

12:40, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Choinko, zostań wśród nas

Mój Mąż wraz ze śniegiem  poczuł w sobie samczy instynkt przywleczenia czegoś do jaskini. Przywlókł więc, co raczej normalne o tej porze roku, choinkę. Nie podejrzewam go wprawdzie o to, że kilometrami wlókł ją po leśnych wykrotach, ale mniej więcej tak wyglądała- chuda, mizerna, odrapana i taka jakaś...anorektyczna (czy on chce mi coś dać do zrozumienia??). Przywlókł, postawił dumnie na środku przedpokoju...i zamilkliśmy.

- Jak ją ubierzemy, to nie będzie widać tych prześwitów- powiedziałam pocieszająco, bo dobra żona powinna wspierać męża w trudnych chwilach.

- Ale drapak- zarechotała Lola, która najwyraźniej nie czuła potrzeby wspierania ojca.

- No, drapak, ale jest nasza i  ją kochamy!- powiedziałam z mocą (i ukrytą groźbą) do potomstwa- poza tym to tak, jakbyśmy wzięli bardzo brzydkiego kundelka ze schroniska, dobry uczynek i w ogóle-

Misiek się nie wypowiedział, za to z rosnącą fascynacją obserwował poczynania Męża, który bohatersko usiłował obsadzić rachityczny pieniek w stojaku. Niełatwa sztuka udała się w głównej mierze dzięki dwóm egzemplarzom Wyborczej, które stabilizowały całość. Kiedy już choinka dumnie prężyła wątłe ramionka na środku pokoju, Misiek udał się na urodziny kolegi zastrzegając, wydawało mi się, że wyłącznie pro forma: - Tylko nie ubierajcie jej beze mnie!-

Łatwo powiedzieć...Czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy. Niektórzy z nas cierpliwie, jak na przykład Mąż, który znowu usiłował wybrać i obrobić zdjęcia z wakacji ( ja nie wiem, czy on próbuje Photoshopem retuszować mój obwód w talii, że mu tak powoli idzie?). Niektórzy nie zauważali upływu czasu, pracowicie redukując stosy brudnych ubrań, talerzy i okruchów (to ja, jakby się ktoś nie domyślił). Ale niestety, były też jednostki całkowicie niewytrzymałe.

- No kiedy, kiedy, kiedy- jęczała Lola, włażąc mi pod nogi, wieszając się na ręce i ciągnąc za skarpetki....- Kiedy wreszcie będziemy ubierać choinkę, no kiedy, kiedy...- Po kolejnym "kiedy" skapitulowałam i pooooowoli zaczęliśmy ubierać drzewko. Nie przewidziałam tylko tego, że ze względu na, hmmm, jakby to ładnie ująć, upośledzenie gabarytowe choinki, proces zajmie nam mniej czasu niż zwykle. Kiedy skończyliśmy wieszać ostatni łańcuch, wpadł Misiek. Wpadł i zakrzyknął, straszliwie oburzony- Jak mogliście? Mieliście na mnie poczekać!!-

Przysięgam, nie nadążam za tymi nastolatkami. Dlaczego młody człowiek, który ostentacyjnie uchyla się od publicznego uścisku mamy, odmawia wspólnych zakupów, pieczenia pierniczków, odwiedzin u babci i innych form aktywności rodzinnej, nagle pragnie wieszać bombki? No ewidentnie, był na skraju załamania. Na szczęście, bycie matką jest związane zazwyczaj z kursem Negocjatora Policyjnego i Szybkiego Reagowania w Trudnych Sytuacjach.  Spokojnie powiedziałam- świetnie że przyszedłeś, właśnie miałam zdejmować te łańcuchy, bo strasznie krzywo wiszą-

Misiek zdjął, powiesił znowu, odszedł na parę kroków i spojrzał na choinkę tak, jak zazwyczaj świeżo upieczony ojciec patrzy na dziecko:

- To najfajniejsza choinka, jaką dotąd mieliśmy-

- No, bo jest nasza i ją kochamy- dodała Lola

- Drapak, ale to nasz drapak- powiedziałam  do męża

- No, ale stoi prościutko, sama przyznaj- odkrył Mąż z zachwytem

 

12:23, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 grudnia 2009
Spadajcie i wynocha

Spadajcie i wynocha- powiedziałam znękanym głosem do moich małoletnich. Ich ojciec świętował hucznie i przez całą noc na firmowej imprezie. A ja przez kilka godzin wygrzebywałam zapomniane resztki cierpliwości, żeby małoletnich nie skrzywdzić słownie i fizycznie. Większość cierpliwości zużyłam rano, usiłując dojechać do pracy. Droga z mojej zapadłej wsi do wylotówki na Warszawę zajęła mi bowiem trzy godziny. Po tych trzech godzinach,  głodna, zmarznięta i potwornie wściekła zadzwoniłam do firmy i oznajmiłam, że nie przyjadę, bo to nie ma sensu. Zima zaskoczyła mnie, drogowców i resztę świata, zwłaszcza tę resztę, która w idiotycznym kaprysie postanowiła zbudować dom na wsi, a pracować w stolycy.

Nagle dysponowałam więc dużą ilością wolnego czasu. Zrobiłam duże zakupy spożywcze, nabyłam mężowi prezent  podchoinkowy, a w przypływie szalonej rozrzutności kupiłam sobie grube, futrzaste buty do prowadzenia samochodu (albowiem nawiew na nogi mi nie działa, i po pół godzinie zamiera mi krążenie w kończynach dolnych).

Wniosłam do domu upiornie ciężkie siaty. Odśnieżyłam schody i ścieżkę. Rozpakowałam zakupy. Rozpakowałam i spakowałam zmywarkę. Nakarmiłam zwierzątka domowe. Umyłam łazienkę. Odkurzyłam. Zmyłam podłogę ze śniegowej brei, która się wytworzyła w międzyczasie. Pozbierałam stos ubrań. Załadowałam pranie. Następnie odebrałam dzieci z placówki opiekuńczo- wychowawczej, przebijając się przez zwały śniegu i zamarzając na 12-stopniowym mrozie (dzieci wracały w nastroju powolno- refleksyjnym, ciesząc się skrzeniem śniegu i przyległościami). Po powrocie dzieci postanowiły iść na sanki. Pomogłam się ubrać, owinąć, posmarować kremem, wyjąć sanki. Wyniosłam przy okazji worki ze śmieciami, torby zabawek do oddania i stare pudła. Odśnieżyłam schody i ścieżkę po raz kolejny, bo ciągle sypało. Zrobiłam jedzenie. Zawołałam dzieci do domu, pomogłam się rozebrać. Pozbierałam stosy mokrych butów i ubrań, rozwiesiłam do wyschnięcia. Wytarłam podłogę ze śniegowej brei po butach dzieci. Posprzątałam. Zagoniłam do lekcji. Przeprowadziłam krótki kurs liczenia na orzechach dla Loli i wysłuchałam, choć bez zrozumienia, wykładu Miśka na temat nowego otwarcia szachowego, którego się nauczył. Zrobiłam kakao i kanapki dla Loli, której zabawa wyostrzyła apetyt. Załagodziłam trzy spory, w tym jeden z rękoczynami. Nakleiłam jeden plaster, rozmasowałam stłuczone kolano, obejrzałam rozwalony na sankach paznokieć. Zrobiłam kakao, tym razem dla Miśka. Podałam Loli leki na astmę. Po kolejnej kłótni, kto jest głupkiem, a kto nie, i żądaniu następnych kanapek ( -i może jajecznicy, dobrze, mamusiu?-) poddałam się- moja cierpliwośc była już tylko wspomnieniem, a ja czułam, że za chwilę eksploduję. Wiem, wiem, nie dorosłam do standardów Matki- Polki, wykazałam się egoizmem i brakiem zrozumienia dla dziecięcych potrzeb. Ale w sumie okazało się, że potomstwo spławione przeze mnie niegrzecznie i z buta, w genialny sposób potrafi radzić sobie samo.

- Lola, daj mi poduszkę-

- Proszę, braciszku. A czy dasz mi to pudełko, bo nie dosięgnę?-

-Proszę bardzo. A pójdziesz bawić się w zapasy?-

Pełen Wersal. Z sypialni dobiegają wprawdzie przerażające łomoty i stęknięcia zapaśników, ale ja na kanapie, izolowana od wszystkiego, leżę, piję magiczną herbatkę na odchudzanie, zagryzam wafelkiem, żeby zachować równowagę biologiczną i czytam smakowicie książkę, któa od zawsze poprawia mi nastrój : "Życie wśród dzikusów" Shirley Jackson. Bo wiecie, ona miała czworo dzieci, a ja tylko dwoje.

W przerwach powtarzam sobie jak mantrę " To się nazywa zdrowy egoizm, to się nazywa zdrowy egoizm....."

środa, 16 grudnia 2009
moja córka będzie lepszą matką

Nie od wczoraj wiem, że nie wygrałabym konkursu na Matkę Roku. Nie spacerowałam z wózkiem, nie stawiałam babek w piaskownicy i nienawidzę zabaw z plasteliną. Jestem nerwowa, łatwo się irytuję i zdarza mi się przedłożyć własny komfort nad potrzeby potomstwa.

Wczorajszy poranek na przykład nie należał do szczególnie udanych w mojej macierzyńskiej karierze. Misiek, który ostatnio cierpi na bezsenność, o 7 rano ma na coś w rodzaju trwałego zawieszenia systemu. Którykolwiek guzik naciśniesz- czarny ekran. Jedynie namolne, uporczywe ględzenie podniesionym głosem ( którego nie znoszę) uaktywnia w nim odruchy typu założenie skarpetki czy przemieszczenie się do łazienki. Lola natomiast wczoraj rano była w nastroju melancholijno- gawędziarskim, który nawet wieczorami bywa irytujący. A co dopiero we wtorkowy poranek, kiedy ganiam z rozwianym włosem i w połowie umalowaną twarzą usiłując dogonić czas.

 Wczoraj rano, kiedy kolejne próby zwleczenia Loli z łóżka zawiodły (czyli zapalanie światła, ściąganie kołdry, groźby werbalne i klepanie zimną ręką po pupie) uciekłam się do szantażu.

- No dobrze, córko- powiedziałam zwodniczo słodkim tonem- za 15 minut wychodzimy z domu, niezależnie od stopnia twojego ubrania się. I przypominam, że na dworze jest minus pięć stopni, możesz zmarznąć w pidżamie-                                                                            

  -Żartujesz!- wykrzyknęła oburzona Lola, odrzucając kokon z kołdry- nie zrobiłabyś tego!-

-Watch me- chciałam powiedzieć, ale ugryzłam się w język i spojrzałam na nią tylko zimnym wzrokiem, który jest dla moich dzieci wskazówką, że Żarty Się Skończyły i matce para idzie uszami. Lola zaczęła się w końcu ubierać, łypiąc na mnie złowieszczo: - Ja Nigdy nie będę taka niedobra dla swoich dzieci- oświadczyła - nie jesteś zbyt dobrą matką, Ja będę lepsza!-

-No dobrze, a co zrobisz, kiedy twoja córka nie będzie chciała się rano ubrać, a ty się będziesz bardzo spieszyć?- spytałam szczerze zainteresowana.

Lola chytrze zerknęła na mnie- Moja córka będzie bardzo grzeczna i zawsze będzie robić, to co jej każę-

No tak, wszystko jasne. Wygląda na to, że moja córka jest żywą ilustracją mojej wychowawczej porażki. Co za szczęście, że przynajmniej wnuki będę miała dobrze wychowane.

wtorek, 15 grudnia 2009
refleksja poniekąd intymna

A tematem będzie rola ginekologa w życiu kobiety. Tak, wiem, to dość osobista sprawa, ale, jako że wczoraj akurat byłam u rzeczonego specjalisty, mam takie melancholijne spostrzeżenia.

Kiedy byłam młoda, piękna i w pierwszej ciąży, chodziłam do pani doktor, którą nazywałam sobie po cichu Myszunią. Myszunia była cudowną, siwą, nobliwą staruszką z manierą zdrabniania absolutnie wszystkiego.  Na jej fotelu byłam Kicią, Żabką i Myszką, przez co czasem czułam się jak pacjent kliniki weterynaryjnej, ale za to miałam nóżki, rączki i okresik. Kiedyś sobie obiecałam, że gdy usłyszę od niej słowo "maciczka", zejdę z fotela i ją ucałuję.  Niestety, zanim ten moment nastąpił, Myszunia odeszła na zasłużoną emeryturę. A ja trafiałam do kolejnych ginekologów, którzy byli źli, średni i dobrzy-ale-drodzy. Jakiś czas temu znowu stanęłam przed wyborem: w przychodni jest dwóch panów: jeden Młody, Przystojny i Strasznie Seksowny, drugi, który jest zaginionym bratem bliźniakiem świętego Mikołaja.

Natychmiast doszłam do wniosku, że z Młodym Przystojnym zdecydowanie chciałabym najpierw zjeść kolację przy świecach, zanim dojdziemy do bardziej intymnych etapów naszej znajomości. I cóż mogę powiedzieć... Święty Mikołaj Dwa jest uroczym, starszym panem, życzliwym i łagodnym. Nie każe mi się śmiać z jego dowcipów, nie zdrabnia i nie reprezentuje żadnego radykalizmu ideologicznego. Niemal ideał, z jednym małym wyjątkiem. Natura obdarzyła go niezwykłej siły głosem, dzięki któremu z pewnością zrobiłby karierę operową. Ściany i drzwi gabinetu są cienkie, za drzwiami pełna poczekalnia.

Staram się, przysięgam że się staram. Ponieważ na moje krzyczące  dzieci to działa, postanowiłam i na nim wypróbować moją metodę: do krzyczącego rozmówcy mówisz coraz ciszej i ciszej, co automatycznie skutkuje tym, że i on przycisza głos. Niestety, teraz pan doktor uważa mnie nie tylko za przygłuchą, ale też za bardzo nieśmiałą, i żeby mnie ośmielić...zgadnijcie co robi..podnosi głos. Buuu...Oczywiście, kiedy wchodzę do gabinetu, mam świadomość, że po 10 minutach wszyscy pacjenci w poczekalni będą lepiej zaznajomieni ze stanem mojego zdrowia intymnego niż mój osobisty mąż. I kiedy wychodzę, z wypiekami na twarzy i spuszczonymi oczami, przysięgam sobie znowu, że to już ostatni raz i nigdy więcej, a za mną ciągnie się jeszcze echo tubalnego głosu doktora " A piersi pani badała?" I przysięgłabym, że końcu słychać jeszcze "Ho, ho, ho"

poniedziałek, 14 grudnia 2009
nareszcie poniedziałek

Wiem, pogięło mnie. Ale czasami weekendy w wydaniu naszej rodziny bywają wyczerpujące. W sobotę zawiozłam Miśka na turniej piłkarski i pojechałam z Lolą do alergologa. Po minucie od nałożenia alergenów na rękę podniosła rozpaczliwy krzyk- łapka spuchnięta jak baniak. Młoda jest uczulona w stopniu skandalicznym na wszystko, co ma sierść i pióra, oraz na przeróżne pyłki i pleśnie. Spirometria poniżej wszelkich norm, astma jest faktem potwierdzonym naukowo. Super.  Wróciłam zmachana do domu, który przypominał obrazki z CNN- przejście tornada nad Oklahomą. Rzuciłam się nerwowo do gotowania obiadu, bo Lola na stres reaguje zwiększonym apetytem. Kiedy miotałam się między kuchnią a uprzatnięciem przynajmniej części domu, wrócił Mąż z Miśkiem. Rozejrzał się i powiedział radośnie- to co, może pojedziemy gdzieś na obiad? (który do tego czasu już wesoło pyrkotał na kuchence, by the way). W odpowiedzi poczęstowałam go stekiem obelg i nakazałam zmienić pościel. Obraził się.  Ale nie na długo, bo musieliśmy uruchomić wszelkie rodzicielskie siły pocieszania, kiedy Misiek dowiedział się, że Świnki Muszą Odejść. No i skąd ta rozpacz, pytam ja się. Gdyby nie ja, biedne gryzonie dawno by ziemię gryzły, jako że byłam jedyną karmicielką, sprzątaczką, pielęgniarzem i opiekunką. Samej mi się serce kraje, bo nikt tak radośnie mnie nie wita po powrocie do domu jak one, a tu jeszcze musiałam pocieszac Miśka, który wpadł w rozpacz totalną i oczywiście obwinił za wszystko siostrę.

W niedzielę Mąż zawiózł Miśka na turniej, tym razem szachowy (zaznaczam, że na usilną prośbę zainteresowanego, żeby nie było, że męczymy dzieciaka). Następnie dzwonił do mnie co jakiś czas, informując o tym, że Misiek wygrał lub przegrał, przeżywając to tak, że w końcu wyszedł, żeby mu serce nie siadło. Mnie w tym czasie dla odmiany siadał kręgosłup, bo tłukłam się po supermarkecie, usiłując nabyć przeróżne dobra konsumpcyjne. I tak czułam się szczęśliwa, bo udało mi się przehandlować młodą babci w zamian za listę zakupów do zrealizowania (chociaż mama w pierwszej chwili nieco się wystraszyła, kiedy zadzwoniłam do niej i zdesperowanym tonem rzuciłam- potargujmy się- dziecko za mięso!-)

A popołudnie to już norma- nieco chaotyczne wspólne spędzanie czasu, które zazwyczaj polaga na wzajemnym przekrzykiwaniu się, ciągłych kompromisach,  czego słuchamy, na kim mam skupić aktualnie uwagę itp.  Mąż przy komputerze usiłował po raz kolejny wybrać zdjęcia z naszych wakacji, Misiek włączył Michaela Jacksona i trenował moonwalk, Lola leżała na podłodze, kiwając nogą i perorowała:

- Mamo, chcę mieć cały pokój petshopowy: i petshopową pościel, i plakaty, i petshopowe ściany-     

Misiek, płynnie wijąc się po podłodze, krzyczał triumfalnie

- Mamo, zobacz, udało mi się!-

Lola warczała wkurzona- Cicho, głupku, ja mówię do mamy!-

a następnie wracając do tonu gawędziarskiego, kontynuowała:

-Wracając do petshopów, kochana mamusiu, to jeszcze bym chciała.......-

Mąż co chwilę wzywał mnie, żebym oceniła subtelne udoskonalenia zdjęć, jakie poczynił przy pomocy specjalnego programu, i powiedziała mu, które lepsze. A ja pytałam rozpaczliwie, czy to jakas nowa gra pt "Znajdź siedem różnic". Ach, no i czytałam, raczej hipotetycznie, ale jednak- "Biała Wiedźmę" Adama Zalewskiego, która za pierwszym razem mnie zachwyciła, i chciałam sprawdzić, czy wrażenie się utrzyma. Niestety, to jedna z tych książek, które definitywnie tracą na urodzie przy kolejnym czytaniu. Szkoda.

Wieczorem złapałam się na tym, że z pewną ulgą myślę o poniedziałku, kiedy przez osiem godzin będę przebywać w cichym i uporządkowanym środowisku, wśród ludzi, z którymi niezobowiązująco rozmawiam, ale nie muszę zaspokajac ich rozlicznych potrzeb fizjologicznych i emocjonalnych, a skala problemów nie przerasta moich możliwości psychicznych. Oczywiście do czasu. Do czasu, kiedy siadłam przy biurku i zagłębiłam się w Bardzo Ważny Scenariusz, gdzie zahipnotyzowały mnie swoją głębią zdania w stylu: "Autobus na wstecznym cofał sie do tyłu". To ja już chyba wolę moją rodzinę....

12:57, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 grudnia 2009
Lola odnalazła powołanie

Do tej przyszośc moich dzieci była jasna i przewidywalna. Misiek miał konkretny plan- miał zamiar zostać pierwszoligowym piłkarzem, a następnie paleontologiem. Teraz zaczyna się tylko zastanawiać, czy kariera szachowa zmieści się w jego napiętym grafiku. Lola chce zostac weterynarzem i modelką (równocześnie), a a wolnych chwilach planuje karierę gwiazdy rocka. Jasne i oczywiste, prawda?

Jednak w obliczu ostatnich zajęć Loli zaczynam mieć wątpliwości. Moja córka zdradza mianowicie talent do komponowania piosenek i związku z tym ja sama zaczynam planowac jakieś nieduże Jakson Five, albo chociaż Jakson Two... Zwłaszcza, że ostatnio przyłapałam ich na wspólnej pracy twórczej- Lola śpiewała ułożoną przez siebie piosenke przy akompaniamencie klawiszowym Brata. Piosenka była chwytliwa, melodyjna i zaspiewana całkiem poprawnie. A ja zachwyciłam się tekstem do tego stopnia, że poprosiłam ją o podyktowanie- uczciwie i szczerze mówię, że nie zmieniłam nawet jednego słowa- a przypominam, że autorka ma 6 lat.

Chciałabym wyruszyć w świat

Czasem tego jest wart

I chce wyruszyć do niego już dziś

Pakuję się i już w samolocie mknę

Najpierw w góry potem w chmury

A następnie na Mazury

Dalej wybierzemy się do Francji

I nie zapomnimy elegancji

Potem wyruszymy tam gdzie nie dotrze żaden ptak

W chmury

Później polecimy nimi aż do Gdyni

A z Gdyni obłoczkami polecimy do chmurowej ścieżki

A ta ścieżką dolecimy do pałacu chmurowego, w którym mieszka słońce

I spytamy słońca się

Jak dotrzeć do Czech

A później jak obłoczki dwa polecimy do Czech i spytamy się

Czy droga do Polski już gotowa

Tak, droga do Polski już gotowa!

Koniec przygody tej

Taka przygoda to jest dla zdrowia

Taka przygoda to dla zdrowia!

Taka przygoda…

Fajne, no nie?     

środa, 09 grudnia 2009
O czytaniu kompulsywnym i innych nałogach

Jestem słabym człowiekiem, posiadam nałogi. A właściwie to one posiadają mnie. Uczciwie przyznam się do najgorszych: obgryzam skórki od paznokci, nałogowo gram w pasjansa na komórce i czytam. Gwoli wyjaśnienia- dwa pierwsze sa współ- albo kontr- nałogami, zależy jak na to spojrzeć. To znaczy, żeby przestać obgryzać skórki, zaczęłam grać w pasjansa. I teraz to idzie falą- albo mam piękne dłonie i skurcz kciuka od stukania, albo wręcz przeciwnie.

Najgorsze jest jednak czytanie. To nie jest Takie Czytanie- w pozie relaksacyjnej, napawające sie każdym intelektualnie głębokim zdaniem. To czytanie kompulsywne, nerwowe, w każdych warunkach, z całą gamą objawów odstawienia w przypadku braku drukowanego tekstu pod ręką. Niedawno to zrozumiałam, kiedy utknęłam w autobusie na godzinę, nie zapewniwszy sobie lekkomyślnie niczego do czytania.  Po przeczytaniu smsów w komórce, łącznie z ofertami od operatora sieci, po przestudiowaniu regulaminu przejazdów i parametrów pojazdu na tabliczce, wieszałam się głodnym wzrokiem na fragmentach reklam świetlnych widocznych przez zaparowana szybę. Żałosne.

W tymże autobusie zrozumiałam, że jestem jak kiper w wytwórni wódki,  który po powrocie z pracy łapie za kieliszek. W końcu przez 8 godzin dziennie czytam zawodowo, w gigantycznych ilościach przeróżne teksty. Po czym w domu, podgrzewając zupę, trzymam już w ręku książkę. O dziwo, często czytaną już wielokrotnie wcześniej. Bo jak mawiał klasyk, lubimy to, co znamy.

Postanowiłam jednak walczyć z nałogiem. Będę sobie dawkować- albo jak przy odstawianiu palenia, przedłużać odstępy między książkami. No bo co ja w końcu z tego mam? Poza zmęczonym wzrokiem i wiedzą na przeróżne tematy, zazwyczaj całkowicie mi zbędne (pamiętam jeszcze wakacje, gdy odcięta od świata na zapadłej wsi, z rozpaczy studiowałam poradnik chowu bydła) Ale to od jutra, albo..od poniedziałku.

 
1 , 2