Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
poniedziałek, 20 września 2010
Czytasz ty, czytam ja...

Czytam. Nałogowo, namiętnie i instynktownie. Bez drukowanego tekstu w ręce czuję się zagubiona i niespokojna jak alkoholik na odwyku. Skąd się biorą te statystyki, że niby Polak statystycznie czyta pół książki rocznie? Myślałam o tym ostatnio, i policzyłam sobie, że na mniej więcej 50 osób rodziny i bliższych znajomych znam około 8 - 9 osób, które czytają mniej niż jedną książkę miesięcznie. Ale jeśli statystyki nie kłamią? Jeśli słusznym jest założenie, że wyrabiam normę czytelnictwa dla niewielkiego polskiego miasteczka? Czy ci, za których tę normę wyrabiam, czują jakiś brak, jakieś niesprecyzowaną myśl, że ich życie mogłoby być ciekawsze?

Moja babcia, cudowna, prawie niesłysząca  kobieta mieszkająca w małej podlubelskiej wsi, prosi o przysyłanie jej książek i gazet. I czyta, jak słowo daję, czyta. 'Kwiatki świetego Franciszka", i biografię papieża, i powieści romantyczne. Czyta i się tym cieszy.

Mój dwunastoletni syn wpada w czytelnicze ciągi. W takim ciągu przemieszcza się z książką w ręku, ignorując całkowicie rzeczywistość. Nie wytrącam go z jego świata, zakładając, że nic się nie stanie, jeśli przez jakiś czas poprzebywa w kosmosie, krainie fantasy czy też w innym miejscu, gdzie go zagna fabuła. Za każdym razem wraca do mnie bogatszy o nowe doświadczenia, choć przeżyte tylko wirtualnie.

Moja córka nareszcie zaczęła odkrywać coś, co próbowałam jej pokazać przez ostatnie lata. Że to, co przeczytane, jest tylko twoje - bo możesz wyobrazić sobie dowolną rzeczywistość, ukrytą w słowach. To, co na ekranie, zawsze będzie cudzym wyobrażeniem i nigdy nie będzie tak fajne, jak to, co wyprodukuje twój własny umysł.

Może jednak jest szansa. Szansa, że za jakiś czas coś się zmieni. Że "statystyczny Polak" przeczyta czasem romans, w którym ona wybacza mu podłe postępki, a on obsypuje ją kwiatami. Albo z wypiekami na twarzy będzie tropił psychopatę na ulicach Nowego Jorku. Albo popłacze się, kiedy umiera Melania z "Przeminęło z wiatrem".

Albo, jeśli wpadnie mu w ręce "Nocarz" Magdaleny Kozak, przestanie zamartwiać się stanem polskiej polityki i zacznie rozważać, czy przypadkiem autorka nie opisała prawdy o polskich służbach specjalnych? I czy faktycznie mamy w nich ukryty oddział wampirów zwalczających nielegalny handel krwią? Mnie ta myśl porwała i zachwyciła:-) To takie odległe od nudnych doniesień z pierwszych stron gazet. I kreatywne takie, no nie?

Może zrobimy jakąś akcję podnoszenia statystyk, co? Tak łagodnie, powiedzmy, jedna książka na jesień. Co czytacie tej jesieni?

16:00, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (25) »
czwartek, 29 kwietnia 2010
Biblioteka - końcówka

To już nie są właściwie książki "z krzyżykiem". Raczej książki, które kojarzą mi się z jakimś etapem życia, i dlatego stoją na półce nieporuszenie od lat. Absolutnie nie zamierzam się z nimi rozstawać, niezależnie od ich prawdziwej wartości.

1 "Przeminęło z wiatrem" - bardzo ceniona pozycja z moim księgozbiorze. Ze względu na objętość doskonale nadaje się do dociskania klejonych powierzchni i wafla kajmakowego. Ma też wartość poniekąd sentymentalną: kiedy obudziły mnie o północy skurcze porodowe, zwinęłam się w fotelu z trzema tomami i starałam się nie obudzić męża, bo wtedy jeszcze starałam się być  miła i wyrozumiała. Im silniejsze były skurcze, tym szybciej czytałam. Zanim pojechałam rankiem na porodówkę, doszłam już do śmierci Melanii, co zaowocowało tym, że na Izbę Przyjęć weszłam zaryczana jak bóbr. Od tego czasu jakoś nie mogę po nią ponownie sięgnąć :-)

2. "Zagubieni chłopcy" Orsona Scotta Carda - z bliżej niewyjaśnionych powodów jedna z moich ukochanych książek. Może dlatego, że przeszłam proces odwrotny niż większość czytelników, i przeczytałam ją, zanim sięgnęłam po cykl Endera. Wszystko w niej dzieje się powoli, niemal dokumentalnie, zwyczajnie. A na tym szarym tle najpierw cieniutka, potem coraz szersza czerwona wstążka  strachu i surrealizmu. Wiekszość osób, którym pożyczałam, twierdziła, że nudna. Ciekawe dlaczego najbardziej lubię tych, którym się podobała?:-)

3. "Udręka i ekstaza" Irvinga Stone'a. Przeczytałam ja kilka (kilkanaście?) razy i wciąż nie wiem, czy to tandetne nadinterpretowanie życiorysu, czy genialna wizja życia Michała Anioła. Bardzo praktyczna - przyszpanowałam fachową wiedzą architektoniczną i historyczną przed mężem, kiedy zwiedzaliśmy Rzym:-) Niestety ma jedną wadę - zawsze czuję się potwornie zmęczona, kiedy ją czytam. Ten facet (Anioł znaczy) był tak paranoicznie i obsesyjnie pracowity, że od samego czytania mam zakwasy...

4. "Smętarz zwieżąt" Kinga - jedyna książka, której się naprawdę przeraźliwie boję. Przeczytałam ją w całości raz. I stoi. I czeka, łypiąc na mnie złowrogo z półki. Próbowałam ją przeczytać znowu chyba z dziesięć razy - niestety, za każdym razem mały Gage wpada pod Tira. A ja w tym momencie wstaję i wychodzę. Chyba nigdy jej nie przeczytam...może kiedy moje dzieci będą już miały po 30 lat?

5. "Lesio" Chmielewskiej - książka, przez którą raz wyleciałam z geografii, a raz dostałam uwagę do dzienniczka - za to, że "uczennica idiotycznie i nie wiadomo z czego się śmieje". Jedna z trzech książek Chmielewskiej, które mnie śmieszą do łez (o całej reszcie twórczości autorki wolę się nawet nie wypowiadać, żeby nie zranić czyichś uczuć). Chyba najbardziej schetana i brudna książka, jaka posiadam, i generalnie za to ją lubię:-)

Dobrze, koniec wirtualnej biblioteki - już nie będę nikogo tym dręczyć. Słowo. Same aktualności. Miłego weekendu majowego.

12:34, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 kwietnia 2010
odmęty Internetu

w moim ogródku kwitną hiacynty

Ha! Dla niedowiarków - nauczyłam się wstawiać zdjęcia - to hiacynt z mojego ogródka. Fajny, nie?

Miałam wczoraj kryzys w pracy. Nie taki kryzys, że wszystko naraz leci na głowę, ale taki kryzys, który prywatnie nazywam ajkendem (spolszczone rozwinięcie z:I can't). Znużona własną intelektualną bezsilnością, porzuciłam pracę zawodową i wypłynęłam na szerokie wody Internetu, a dokładniej rzecz ujmując, Bloxa. Muszę powiedzieć, że to było niesamowite doświadczenie. Pogrzałam się dłuższą chwilę przy Kominku, ale niestety Kominek okazał się dla mnie zbyt parzący w sądach - rozumiem popularność, ale nie rozumiem człowieka. Zafascynowana tytułem, wskoczyłam na pół godziny do Głosu Rydzyka, gdzie treść wpisów okazała się  mniej ekscytująca od komentarzy. Komentarze wpędziły mnie w kompleksy, jeżeli chodzi o radykalizm i śmiałość sądów na dowolny temat, i zgodnie z moją skąpą wiedzą biblijną wszyscy autorzy tychże powinni dostąpić łaski zbawienia (nawet wbrew własnej woli), gdyż "można być gorącym lub zimnym, ale nie należy być letnim", czy jakoś tak to leciało w Piśmie.

Przypadkiem kliknęłam następnie na blog o wypiekach (matko, jakie piękne zdjęcia ciastek!), co okazało się błędem, bo dostałam spazmów głodowych i musiałam lecieć po kanapkę, a później, zatopiwszy zęby w kanapce, utkwiłam wzrok w kolejnym losowo wybranym blogu, którym okazał się blog Marka Jurka. Ten blog wpędził mnie w długotrwały stan katatonii, ale przynajmniej odechciało mi się jeść. Potem przerzuciłam jeszcze kilka blogów. Kulinarne emanowały ciepłem i radością życia, polityczne dymiły od jedynie słusznych sądów, a sportowe, przyznaję z zażenowaniem, mogłyby równie dobrze być po chińsku albo cyrylicą pisane.

Z poczuciem ulgi wróciłam więc na blogi dziecięce. Mam już duże dzieci, teoretycznie cała "cyckologia i kupologia" jest już dla mnie przeszłością. Ale odkryłam, że cykl rozwojowy małych ssaków z gatunku homo sapiens jest nieodmiennie interesujący:-) Poza tym uzależniam się, o zgrozo, od niektórych blogów, i brak wpisów przez kilka dni sprawia, że czuję się niespokojna i spięta:-) Taki malutki syndromik blogowy. Zwłaszcza, że prawie codziennie odkrywam nowych, interesujących ludzi (jakby powiedział mój ojciec: to niesłychanie inteligentny człowiek, ma takie same poglądy jak ja), ukrytych za krókimi notkami. Czasami jest to definitywnie literatura, tylko w odcinkach.

Na przykład: żadna książka, którą ostatnio czytałam, nie wywarła na mnie takiego wrażenia, jak historia King Konga i jego ojca, zwłaszcza pierwsze miesiące wpisów. Czytałam z zapartym tchem, lecąc od wpisu do wpisu i oderwać się nie mogłam. Polecam. A wy? Macie jakieś fajne blogi, które czytacie regularnie? Takie, które wciągają i uzależniają? Podrzućcie mi coś na kryzysowe ajkendy w pracy, ładnie proszę:-)

10:01, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (27) »
wtorek, 20 kwietnia 2010
Czytelnia bieżąca

Czytam właśnie całkiem ciekawą książkę. "Historia Edgara" autora o swojsko brzmiącym nazwisku - David Wroblewski. Książka jest dłuuuga, rozwlekła i zasadniczo jej głównym elementem jest hodowla psów. Czy już wszyscy się napalili i biegną do księgarni?

Ale, ale...spokojnie, wbrew tej ekscytującej zapowiedzi to JEST ciekawa historia, ja w każdym razie wlazłam w nią z butami. Młody chłopak wychowuje się z matką i ojcem na odludnej farmie, gdzie wszyscy zajmują się hodowlą rasy psów, która została niejako "stworzona"przez ekscentrycznego dziadka Edgara. Edgar jest miłym i całkiem normalnym  czternastolatkiem, który jednak od urodzenia nie mówi, a jego główną więzią ze światem jest ukochany pies. Nagle ojciec Edgara umiera, a w życie rodziny wkracza stryj, z mroczną więzienną przeszłością i niejasnymi planami na przyszłość. Edgar zaczyna się buntować i robi to dość nietypowo...

W tym momencie historia robi się totalnie hamletowska, a łagodnie tocząca sie obyczajowa opowieść zamienia się  w thriller. Reszty zdradzać nie będę, zwłaszcza, że sama nie wiem jeszcze, jak to się skończy. Dziwi mnie to, że się tak wciągnęłam, bo zasadniczo książka poza kręgiem moich czytelniczych gustów, a jednak.

Dla kontrastu czytam sobie po raz kolejny "Nie wiem, jak ona to robi" Allison Pearson. Trochę mi głupio, bo to też jest typ książek, których zasadniczo nie czytam - takie babskie paplanie. Ale bawi mnie odnajdywanie w poczynaniach bohaterki własnych desperackich prób bycia w dwóch miejscach naraz. Jak wykazać się w pracy i być perfekcyjną mamusią? Jak podrobić kupione w supermarkecie babeczki, żeby wyglądały jak domowe? Jak pamiętać, żeby zawieźć mocz dziecka do badania, zamiast zabrać pojemniczek ze sobą w delegację?

To jej miotanie się w rzeczywistości powinno mnie męczyć, a jednak bawię się nieźle, czekając (ale jestem wredna suka), kiedy jej się powinie noga. Czytanie tej książki jest dla mnie jak oglądanie "Superniani" - uff, nie tylko ja sobie nie radzę, co za ulga!

Poza tym czytam - piąty tom "Harrego Pottera" na spółkę z Miśkiem, książkę "Ciało" z Lolą (już mi słabo, czytamy ją jakiś dwudziesty raz i mam wrażenie, że jelito grube i mięśnie szkieletowe nie mają przed nami absolutnie żadnych tajemnic), oraz po raz sto dwudziesty piąty  "Zagubionych chłopców" Orsona Scotta Carda. Ale o tym następnym razem.

12:00, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 marca 2010
Mam nierówno "pod kopułą"

Empik. Asia idzie między regałami i cóż widzi? Widzi nowego Kinga.  Oddech Asi przyspiesza, ręce się pocą, na policzkach wypieki, niekontrolowany ślinotok zalewa sąsiednie półki. Jeszcze tylko drobny dygot spotniałych dłoni, które odwracają opasłe tomiszcze, żeby sprawdzić cenę (aaaaaaa! łaj, łaj aż tyle?!). I już. Pan w kasie udaje, że nie widzi mikroorgazmu, który właśnie przeżyłam i który może zrozumieć tylko taki sam fan Kinga, jak ja.

No cóż, przyznaję się, lubię go i już. I wiem, wiem, że czasem straszne pawie wypuszcza (nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że za "Komórkę" powinien karnie przeczytać trzy tomy "Domu nad rozlewiskiem"). Ale zasadniczo King pisze tak, jak lubię: bogato, treściwie, z dużą ilością słów, zdarzeń i postaci, które za n-tym czytaniem ciągle coś nowego pokazują.

Czytałam "Pod kopułą" przez kilka zarwanych wieczorów i nocy, i teraz chodzę trochę jak zombie. Co gorsza, dręczy mnie myśl, czy warto było. Zasadniczo jest to, co najbardziej Kingowskie: małe miasteczko, świetnie zarysowane postacie, nawet te piątoplanowe, które czasem znienacka okazują się mega ważne, skomplikowana sieć relacji międzyludzkich, no i tajemnica. Tajemnica, która jest dobitna i określa życie całego miasteczka od pierwszej strony, więc, delikatnie mówiąc, przydałoby się, żeby była taka mega solidna. A nie jest, chlip. Mam wrażenie, że mistrzowi  pary zabrakło na ten może niewielki, ale jakże istotny wąteczek.  To tak jakby iść ze wstrzymanym oddechem przez Dom Strachów w wesołym miasteczku, pełna groza i w ogóle, a w tym ostatnim , najstraszniejszym pokoju siedzi karzełek, który wyskakuje z okrzykiem Buu!

 No i teraz nie wiem, jak się ustosunkować. Niby jest super, a jednak nie do końca. Jeśli ktoś już przeczytał, to może mnie pocieszy. Na przykład, że w stosunku do tych, których cenimy, mamy większe wymagania, czy coś takiego. Żeby mi się trochę lepiej zrobiło na duszy. Zanim poczuję przymus ponownego przeczytania "Worka kości" czy "Lśnienia", żeby sobie humor poprawić.

09:27, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 marca 2010
"Biblioteki z krzyżykiem" ciąg dalszy

Proszę państwa, rzucam okiem na moją półeczkę "z krzyżykiem". Cóż widzę:

1. strasznie poplamiony egzemplarz "Pani Wyroczni" Margaret Atwood - wygląda na to, że czytywałam ją w trakcie moich ulotnych faz na bycie dobrą panią domu.  Dla zagubionych, niepewnych swojego miejsca w świecie, i dla tych, którzy usiłują być zawsze sobą, ale coś im, kurna, nie wychodzi. Działanie terapeutyczne polega na prostym przełożeniu: ja bym sobie lepiej poradziła niż  bohaterka. I od razu nam lepiej.

2. "Bastion" Kinga - idealne remedium na sobotnie przedpołudnie w hipermarkecie, warszawskie korki, promocję w Media Markt i wakacje nad Bałtykiem w lipcu. Zamykamy oczy, i widzimy...te puste ulice Nowego Jorku, cisza, echo sie niesie. No fakt, trzeba poodgarniać trochę trupów po drodze, ale jaki spokój....

3. "Nigdziebądź" Gaimana - dla złaknionych nieprzewidywalności i zmęczonych rutyną dnia codziennego. Dla mnie walor leczniczy dodatkowy: po codziennej lekturze czasem bardzo kiepskich scenariuszy jestem złakniona zręcznych puent, ładnych zaplotek akcji i fajnych grepsów.

4. "Wzgórza Toskanii" Mate Ferenca czytywałam regularnie zimą  wyłącznie z jednego powodu - przez 3/4 książki jest cholernie gorąco, grają cykady, bohaterowie piją wino i kryją się przed upałem. Po kilkunastu stronach zdejmowałam dodatkowe skarpety.

5. "Egzorcysta" - dla niskociśnieniowców zamiast kawy. Uwaga - nie czytać w pomieszczeniach ze skośnym dachem. Kiedyś czytałam ją, siedząc w fotelu pod takim skosem, a mój jeszcze-wtedy-nie-mąż postanowił podejść cicho i pogłaskać mnie po szyi. Co też uczynił, a ja rozbiłam sobie łeb o sufit ze strachu...

6. "Tracy i jego tygrys" Williama Saroyana - na małe codzienne smuteczki. Efekty działania- grupa kontrolna (czyli ja) zaobserwowała wzrost pozytywnych uczuć wobec świata i bliskich, uśmiech w stopniu umiarkowanym, ale ciepło w okolicy serca utrzymujące się kilka godzin.

No, to by było na razie tyle. Reszta moich zmaltretowanych leczniczych tomików poczeka.      A ja muszę wreszcie skończyć czytanie upiornie nudnego scenariusza, zanim walnę czołem o klawiaturę i zasnę. 

14:04, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (9) »
środa, 17 marca 2010
recepta na książkę

Mam taką półkę, na której trzymam podręczną apteczkę- nie z plasterkami i Apapem ,tylko z książkami, które służą mi jako pierwsza pomoc w przeróżnych dolegliwościach fizyczno - duchowych. Oto krótki przewodnik po "Medycynie bibliotecznej by Asia":

1 "Życie wśród dzikusów" i "Poskramianie demonów" Shirley Jackson - na problemy emocjonalne wynikające z posiadania więcej niż jednego dziecka, więcej niż jednego zwierzęcia i więcej niż jednego pokoju. Lepsze niż Valium i czekolada. Efekt natychmiastowy murowany.

2. "Baranek" Christophera Moore - lek na męczące dyskusje religijno - światopoglądowe, działa jak odtrutka błyskawiczna w przypadku przyjęcia zbyt dużej ilości  konwersacji z Lolą na w/w tematy

3. "Małżeństwo po szkocku" zupełnie nieznanej mi (i słusznie) autorki - neutralizuje potencjalnie szkodliwy wpływ literatury intelektualnej (ostatnio zażywałam po spożyciu "Toksymii") - bezdennie głupi romans historyczny, gdzie bohaterka zajmuje się wyłącznie przymierzaniem żonkilowych toczków, perłowych krynolin i futrzanych etoli

4. "Podróż do kresu nocy" Celine - na nieokiełznane przypływy radości życia, działa na zasadzie przeciwnej do antydepresantu. Uwaga! Zażywany w większych dawkach może prowadzić do nieodwracalnych uszkodzeń w psychice, a nawet do zgonu (samobójczego)

5. "Colas Breugnon" Romain Rollanda - recepta na wszystko. Ustawia świat we właściwych proporcjach, dystansuje, odpręża, po dłuższej lekturze przerywa ataki frustracji, niechęci do bliskich i zwątpienia w sens życia. Ostrożnie- może powodować zwiększony apetyt!

6. "Zabić drozda" Harper Lee - koi stany depresyjne związane z wiekiem, pozwala podryfować w świat dzieciństwa i dzięki temu na chwilę zapomnieć o tym, jak cholernie szybko się starzeję

7. "Miasteczko Salem" Kinga - w przypływach irytacji na najbliższe otoczenie, w tym upierdliwych sąsiadów, dzieci hałasujące za oknem i nieuprzejmą sprzedawczynię. Bo tylko jedno ugryzienie wystarczyło by przecież, żeby cały dzień był spokój - ta myśl naprawdę uspokaja. Uwaga, skutki uboczne zapewnione - po pierwszej lekturze żadna ludzka siła nie zmusiłaby mnie do odsunięcia wieczorem  zasłony w oknie, a mieszkałam wtedy na 4 piętrze...

Dla zainteresowanych mogę katalogować moje lekarstwa dalej, a na razie polecam się jako domorosła farmaceutka - bibliofilka. Może założę sklep internetowy? Pod hasłem: "Powiedz, co cię boli, a ja znajdę na to lekturę"?

13:07, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (10) »
wtorek, 02 marca 2010
moje książki robią coming out!

Doczekałam się! Dzięki sympatycznemu panu, który przyjechał wczoraj z wkrętarką i mnóstwem półek, mam nareszcie regał na książki w sypialni! Co podjarało mnie do tego stopnia, że wczoraj do północy rozładowywałam piętrzące się pudła z książkami, dekorujące moją sypialnię przez ostatnie kilka lat.

Mam wprawdzie w dużym pokoju, no, nie bójmy sie tego słowa, w salonie:-), całą ścianę zabudowaną półkami, ale jest ona zapchana od dawna nobliwą literaturą, którą:

a. nabywałam w czasach intelektualnej koniunktury przeddzieciowej, tzn kiedy byłam w stanie przeczytać dzieło pełne niuansów, trudnych słów i generalnie niezmiernie głębokie,

b. regularnie nabywa mi mąż, pełen głębokiej wiary, że czytam wyłącznie noblistów, klasyków i filozofów, no, ewentualnie, w ramach zupełnej figlarności, pochylam się nad literaturą popularnonaukową (kocham go za to, naprawdę:-))

c. regularnie nabywa mąż dla siebie,  a że ma intensywny odchył geograficzno - fotograficzny, to  w praktyce półkowej oznacza to przerażającą ilość map, atlasów i albumów- bardzo ciężkie hobby...

W sypialni mam książki, które czytam naprawdę,  książki, które kołyszą mnie do snu i umilają kąpiel, książki zachlapane sosem i sokiem malinowym, i podarte tak, że powinno sie je czytać przy pomocy pęsetki. No, po prostu moje osobiste. Wiecie, tamte salonowe to takie stringi, niby stylowe, a w tyłek się wrzynają, a te sypialniane to  sprane bawełniane gacie:-)

A teraz sobie stoją dumnie na półkach, opiekuńczo podpierając te co bardziej rozsypujące się, i z zaskoczeniem przyglądając się nielicznym snobom w twardych okładkach...

Czuję niemal macierzyńską dumę. No i wiecie, ile ciekawych rzeczy znalazłam?! Rany, to jak kopalnie króla Salomona! Teraz będę je odkrywać na nowo. Wyjdzie taniej, niż kupienie nowych, a radość taka sama:-)

15:11, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (8) »
środa, 20 stycznia 2010
czytam gniota

Ja jednak mam skłonności do autodestrukcji. Czas jakiś temu w ramach tzw obowiązków zawodowych dostałam polecenie zapoznania się z serialem "Dom nad rozlewiskiem". Co też karnie czyniłam- przez jakieś trzy odcinki. W połowie czwartego uznałam, że chyba wolę już zwolnienie dyscyplinarne i odmówiłam dalszego ciągu. Ale ciągle tkwiła mi w głowie zbiorowa opinia internetowo- koleżeńska, ze serial to nie teges, ale książka duuużo lepsza. Jestem więc w trakcie czytania. Zadziwiające, ale książka jest równie niedobra jak film, tylko z innych powodów. Serial miał fatalną obsadę i  źle napisany scenariusz, to jeszcze nie grzech. Ale książka jest tak irytująca, jak komar latający ci nad uchem. Niby wszystko dobrze, słowa składają się w zdania, a jednak ciągle masz wrażenie, że coś jest mocno nie halo. W połowie story już wiem, co. Czytam i nie wierzę w ani jedno słowo. Albo jestem do gruntu cyniczna i zepsuta, albo książka ma błędne założenia na poziomie elementarnych emocji i reakcji ludzkich. Bardzo niedobra proza- niedobra, bo pokazuje fałszywy świat, oszukując, że taka jest rzeczywistość.  A ja nie lubię być oszukiwana. Jeśli ja- czytelnik- "umawiam się" z autorem na konkretną rzeczywistość fabularną, to wchodzę w nią ochoczo, kupując to, co szef kuchni serwuje, nawet jeśli to będą gadające, fioletowe trójkąty.  Ale tutaj czuję się tak, jakbym po zamówieniu z karty steku z frytkami dostała hamburgera.  Bez słowa przeprosin od kelnera. I po co ja się tak umartwiam? Szczerze mówiąc, już bardziej wciągnęła mnie  książka, której tytułu nie pomnę, ale bohaterka, urocza Anita Blake była zawodowym łowcą zombich. Krótko, na temat i bez wytwarzania poczucia winy u czytelnika. 

12:15, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (13) »