Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
środa, 17 listopada 2010
Droga Redakcjo

Droga Redakcjo,

Jestem kobietą w średnim wieku, mężatką od wielu lat. Do niedawna wydawało mi się, że moje małżeństwo jest udane. Teraz bardzo się martwię, liczę na, że pomożecie mi w moich rozterkach.

Wszystko zaczęło się w zeszły poniedziałek, kiedy mój mąż wyjechał na tydzień na pola golfowe. Tak, wiem, że to niewybaczalne, pozwoliłam mu jechać, mimo, że czułam już wtedy jakiś podświadomy lęk. Ale tłumaczyłam sama sobie, że przesadzam, że człowiekowi, pracującemu po 12 godzin dziennie, raz na 10 lat należy się samotny męski wyjazd. Tak więc, wyjechał w poniedziałek. A już we wtorek po raz pierwszy usłyszałam o Krzysztofie. Dokładniej rzecz biorąc zadzwonił do mnie (mąż, nie Krzysztof) zdyszany i szczęśliwy, mówiąc, że świetnie mu poszło na dołkach, a teraz lecą z Krzysztofem pod prysznic przed kolacją.

Wiadomo, że po tylu latach każda żona ma wbudowany czujnik nietypowych wypowiedzi. Zapytałam więc czujnie, acz tonem pozornie niedbałym: - Jeden macie ten prysznic? -

- Skąd - odpowiedział mąż - mamy dwie łazienki. Nie wyjaśnił już jednak, czy dwie łazienki oznaczają jedną łazienkę na jedną osobę, czy też mają w sumie dwie łazienki do dyspozycji. Nie drążyłam. Może niesłusznie, gdyż o Krzysztofie słyszałam też w środę, czwartek i piątek. W piątek szli do sklepu kupować wino i ser do kolacji. Droga Redakcjo, nie tak dawno jeszcze to ja kupowałam z mężem wino i ser do kolacji!

W niedzielę nie wytrzymałam, i bardzo niefrasobliwie zapytałam (acz z czołem zmarszczonym, czego mąż jednakowoż widzieć przez telefon nie mógł): - Who the fuck is Krzysztof?! -

Odpowiedź męża, że Krzysztof jest zaawansowanym wiekowo zamożnym przedsiębiorcą z miasta wojewódzkiego, wcale mnie nie uspokoiła! Tyle się teraz czyta, Droga Redakcjo, o takich podstarzałych lowelasach, czyhających na młodych, niewinnych mężów!

Nauczona doświadczeniem, nie dociekałam jednak dalej. Zresztą, pomyślałam sobie, mąż wraca w me stęsknione ramiona, co z pewnością przerwie ten niezdrowy związek z podejrzanym Krzysztofem. Wrócił. Opowiadał mi o wszystkim, jak to on, szczerze i otwarcie, a spojrzeniem niewinnych błękitnych oczu mógłby zmylić nawet śledczych KGB. Ale przecież nie mnie, swoją prawowitą małżonkę! Czekałam. I doczekałam się. Kiedy mój mąż opowiedział mi już o wszystkich dołkach, greenach i innych, zaproponował mi udział w tych najwyraźniej porywających rozrywkach. Zgodziłam się, oczywiście, jak każda dobra żona by zrobiła (trzeba mieć faceta na oku). Na to mój mąż z błyskiem w oku powiedział: - Super, umówimy się z Krzysztofem i pojedziemy we trójkę!-

Droga Redakcjo! Boję się o przyszłość naszego związku. Czy tajemniczy Krzysztof może położyć się cieniem na słonecznym paśmie mojego małżeństwa? Czy mój mąż zdradza oznaki przystąpienia do jakiejś sekty? Czy uda nam się przejść przez ten kryzys? Proszę o odpowiedź, Droga Redakcjo, tylko na Was mogę liczyć (boję się powierzyć ten wstydliwy sekret moim koleżankom)

Pozdrawiam,

Zatroskana

 

czwartek, 26 sierpnia 2010
rozmowa czysto hipotetyczna

- Mamusiu, a jak poznaliście się z tatusiem? -

- Hmm, drogie dziecko, właściwie to połączył nas alkohol. Widzisz, mamusia świętowała 20 urodziny z przyjaciółkami i okazało się, że nie potrafi wydłubać korka od wina. Biegała więc z flaszką po pokojach, licząc na wsparcie. No i tatuś miał korkociąg...-

- Tatusiu, a pamiętasz, w co była ubrana mama, kiedy ją zobaczyłeś pierwszy raz? -

- Takie coś...zielone chyba, albo niebieskie. Ale krótkie (ożywienie w głosie), bo pamiętam, że się gapiłem na jej nogi -

- A co najbardziej pamiętasz, mamusiu, z pierwszego spotkania z tatą? -

- Z pierwszego to niewiele, bo przed winem piłyśmy piwo. Ale pamiętam, że następnego dnia poszłam oddać mu korkociąg. Otworzył mi drzwi kompletnie nieprzytomny, bo u nich impreza skończyła się o szóstej rano. I był ubrany (mamusi oczy zachodzą mgłą wzruszenia) w taką flanelową pidżamę w misie. Ale niekompletnie, bo tylko od góry, na dole nie miał nic...-

- A dlaczego zaczęłaś chodzić z tatusiem? -

- Wyglądał mrocznie i inteligentnie, bo nosił czarne swetry i niewiele mówił -

- Aaaa, no dobrze, ale ty, tatusiu, zakochałeś sie w mamie od pierwszego wejrzenia? -

- Miała fajne nogi. Hmmm, (zaduma na obliczu tatusia), właściwie to sam nie wiem. Lubię brunetki. No i te nogi... To co ja mówiłem? A, tak, w sumie to fajna laska z niej była (po namyśle) i niegłupia -

- A dzięki czemu wasze małżeństwo przetrwało tyle lat? -

(mętnym chórem) - (T) Nooo, dużo wyjeżdżam / (M) krzyczymy równocześnie, i dzięki temu nie słyszymy inwektyw drugiej strony/ (T) wcale nie, bo ty się od razu obrażasz, (M) i dzięki temu nie wywalam ci tego, co mi leży na wątrobie....

- Ale jednak się kochacie? -

- (T) No pewnie, że ją kocham, inaczej bym ją udusił/ (M) Ja też cię kocham, ale pamietaj, że "pomimo", a nie "za". No chodź tu, daj buziaka -

- Błe, musicie? Tak przy ludziach? -

W związku z siedemnastą rocznicą ślubu (za dwa dni!) muszę czym prędzej stworzyć alternatywną wersję naszego poznania się i rozwoju uczuć. Prawdziwa w żaden sposób nie nadaje się do wpisu w biblii rodzinnej ani do opowiadania dzieciom przy kominku. Jestem przerażona:-)

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Nóż w bloku

Prosty człowiek miewa proste marzenia. Na przykład huśtawka ogrodowa - taka, wiecie z daszkiem, trzyosobowa, na której można się leniwie wyciągnąć i przysnąć w ciepłe popołudnie. Marzyłam o takiej huśtawce, odkąd stałam się obszarnikiem, czyli posiadaczką ogródka. Natchnieni nagłym i niespodziewanym przypływem gotówki, której zawsze brakowało na tak idiotyczny kaprys, pojechaliśmy z mężem do centrum handlowego rozeznać temat huśtawek.

Nie wiem już, jakim sposobem okazało się nagle, że jesteśmy w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego, gdzie móż mąż oszalał na widok noży. Kierując się  atawistycznym instynktem odziedziczonym po praprzodkach myśliwych, przyspawał się do półki pełnej żelastwa, z których każde wydawało mu się absolutnie niezbędne. Zważywszy na fakt, że zazwyczaj jego kontakt z nożem ogranicza się do krojenia chleba i pomidorów, trudno mi to zrozumieć, ale jestem wyrozumiała. W temacie noży, a nie bloku do trzymania tychże.

- Kochanie, musimy mieć blok do tych noży, bez sensu mieć noże bez bloku-

- Blok jest bez sensu, bo nie mamy na niego miejsca -

- Jak to nie ma miejsca? To gdzie ty chcesz trzymać te noże? -

- Jeśli kupimy ich mniej niż dwadzieścia, co wydaje mi się racjonalne, zmieszczą się w szufladzie. -

- W jakieś znowu szufladzie? -

- W szufladzie na noże. Uwierz mi, mamy taką szufladę -

- Ale ja chcę mieć noże pod ręką -

- Będziesz je miał pod ręką - w szufladzie. Poza tym te bloki są brzydkie -

- Wcale nie. Może pani pokazać ten? -

- No sam widzisz, ochyda. Wielki jak kobyła -

- Przesadzasz, ale zgoda. Może pani wyjąć jeszcze ten obok? -

- Blok może być, ale te noże są paskudne, bo mają świecące czubki -

- Bardzo ładne noże, kobieto, nic im się nie świeci. Ale OK, a czy może pani przełożyć tamte noże do tego bloku? Nie? No widzisz, kochanie, nie można. To co, brzydki blok, czy brzydkie noże? -

- Żadnego bloku nie będzie! Nie mam go gdzie trzymać! Może pani schować te bloki. Kupimy same noże -

- Nie, zaraz, niech pani jeszcze nie chowa. A nie może stać koło zlewu?-

- Nie. Koło zlewu stoi moja decha do krojenia. Tuż przy niej czajnik, a dalej nie da się postawić nawet szklanki, bo nie otworzysz drzwiczek od mikrofalówki, a zaraz za mikrofalówką jest już płyta do gotowania. Sam widzisz, że NIE MA miejsca na blok! Tak, dziękujemy pani, może pani już włożyć ten blok do pudełka-

-  Zaraz, a może pani jeszcze zdjąć z półki ten jasny? -

- Ale sam widzisz, że ten blok jest jasny, a noże są ciemne, to się pogryzie -

- Nic się nie pogryzie. Poza tym zdecydujmy w końcu, kupujemy ten blok, czy nie? -

- Możemy kupić blok, pod warunkiem, że będzie stał w pralni albo w twojej szafie, bo w kuchni nie mam już miejsca.-

- To my dziękujemy za te bloki. Tak, proszę pani, za ten też. Sama pani widzi, że nie sposób jej przegadać. A możemy zobaczyć te noże? -

Zagadka - kto się najbardziej zirytował?

Odpowiedź- tak, oczywiście,pani sprzedawczyni, i wcale jej się nie dziwię. Dziwię się tylko, że od razu nie chciała wcisnąc swojego numeru telefonu biednemu uciśnionemu przez żonę człowiekowi:-)

PS.Mamy nowe noże. I huśtawkę. Bardzo lubię moją huśtawkę. Mąż bardzo lubi swoje noże:-)

wtorek, 20 lipca 2010
dzień pierwszy bez dzieci

Tydzień bez dzieci. Cóż robią rodzice z tym ogromem wolnego czasu i nagle odzyskaną wolnością? Rodzice nadrabiają zaległości w pracy:

- Kochanie, potrzebuję jeszcze godzinę na te odcinki -

- Uff, super, nie wiedziałem, jak ci powiedzieć, że muszę jeszcze godzinę popracować nad tym wnioskiem. To co, o 18.30?-

- Kochanie, przepraszam, muszę jeszcze wejść do szefa na moment, podjadę o 19 -

Rodzice spotykają się finalnie o 19.20 i jadą na Stare Miasto. Matka  ostatni raz widziała warszawską Starówkę trzy lata temu, więc wszystkiemu się dziwi jak dziecko. Ludzie tacy ładni, i Krakowskie Przedmieście odpicowane, i krzyż z obrazkiem przed Pałacem Prezydenckim. No cuda, panie, cuda.

- Kobieto, zwolnij trochę, gdzie tak lecisz? -

Matka tak długo egzystowała w trybie pilnym, że przełączenie się w tryb spacerowy przychodzi jej z wielkim bólem. Zmusza jednak nieposłuszne stopy do rytmu wakacyjnego. Idziemy, krok za krokiem.

- Głodna jestem, chodźmy na hot-doga -

- Żadna kobieta na randce ze mną nie będzie jadła hotdogów - deklaruje ojciec i ciągnie matkę do wypasionej knajpy na Starówce. Jedzenie pod turystów- drogo, niesmacznie i mało. Dwóch kieszonkowców próbuje wyciągnąć ojcu portfel z marynarki, na szczęście bezskutecznie, bo rodzice musieliby stać na zmywaku dwa dni, żeby spłacić taką kolację. 

Rodzice spacerują sobie następnie, jak rasowi turyści, i bardzo im fajnie. Matka jednak, szarpnięta wyrzutami, wysyła esemesa do syna, że tęsknią (co jest prawdą) i że nie mogą się doczekać, kiedy przyjedzie (co już taką prawdą nie jest). Zaczyna też mówić ojcu, że może już czas do domu, bo kot tak sam siedzi i pewnie mu smutno. Wracając ziewają jak opętani, bo mieli dziś pobudkę o 4.30 (Lola wyjeżdżała z opiekunką nad morze), potem pracowali 10 godzin i teraz ledwie nogami powłóczą. Udaje im się zakończyć wieczór zgodnie ze wstępnymi zamierzeniami :-), ale obydwoje z pewną nostalgią wspominają czasy, kiedy człowiek mógł hulać do północy i kondycji nie tracić. Dzisiaj bowiem wstają niewyspani, a przy śniadaniu rozważają, czy spacer po Łazienkach na pewno jest dobrym pomysłem i może by tak pójść do kina? Chyba obydwoje tęsknią za możliwością wyciągnięcia się na wygodnym fotelu i przymknięcia oczu na nudniejszych momentach filmu. Nie wiem, czemu, ale coś mi mówi, że w środę matka i ojciec mogą upaść jeszcze niżej, i jeść zamówioną przez telefon pizzę na własnej kanapie, oglądając po raz dwudziesty "Obcego"...

wtorek, 01 czerwca 2010
Zając w potrawce

Odpowiadam tym samym hurtowo na wasze zatroskane komentarze:-)

Idąc za radą szanownego kolegi Breezly, który ostatecznie reprezentuje płeć przeciwną, więc wie, co pisze, postanowiłam precyzyjnie wyłożyć małżonkowi, co mi w duszy gra (oj, nie jest to bynajmniej dźwięk fletu, raczej trąbka bojowa). Użyłam przy tym stosownej dawki empatii i odwołania się do emocji.

Odpowiedź męża dała się sprowadzić do dwóch wniosków:

a. chyba trochę przesadzam i w końcu możemy poświęcić trochę czasu tym ludziom

b. przykro mu, że tak to widzę

Moja odpowiedź na odpowiedź męża była:

a. wypowiedziana tylko w myślach (oszczędzę wam jej, ale składa się wyłącznie z pojęć prosto ze Słownika Wulgaryzmów)

b. zwerbalizowana (NO FUCKING WAY - co zasadniczo jest zbliżone, ale w języku obcym brzmi jakoś łagodniej)

Chyba jednak napiszę ten poradnik dla młodych mężatek - nigdy nie udowadniaj, jak bardzo jesteś samodzielna i zaradna. Bo jak w sądzie - zawsze kiedyś obróci się to przeciwko tobie....

W jakimś momencie wspólnego życia dałam się wmanewrować w  niebezpieczną sytuację: pokazałam mężowi, że potrafię sobie poradzić ze wszystkim: skopać ogródek, przydźwigać 40 kilogramowe zakupy, wstawać przez całą noc co godzinę do dziecka i nie umrzeć dnia następnego, zorganizować ekipę remontową, przeprowadzkę i podpisać umowę z gazownią.  A teraz pluję sobie w brodę, że nie byłam zagubioną w życiu sierotką, którą trzeba odciążyć, wesprzeć ramieniem, uratować przed smokiem i wyjąć ziarnko grochu z puchowej pościeli.

Tak na trzeźwo i konkretnie: Nie  mam nic przeciwko podejmowaniu nawet obcych mi ludzi obiadem. Ale nie w sytuacji, kiedy: w środę pracuję do późna, a w sklepach będzie oblężenie przedweekendowe, w czwartek wszystko pozamykane, w piątek muszę iść do pracy i wrócę późno,  a w weekend czeka nas wiele godzin żmudnej, fizycznej pracy, w dodatku związanej z totalnym zamieszaniem i bałaganem w domu.

Wiem, jestem nudna, nieśmieszna i wylewam jad na blogu. Kurczę, przepraszam. Następnym razem napiszę coś zabawnego. Ale muszę jakoś pary upuścić, żeby męża nie udusić. W potrawce. Z buraczkami.

 

 

poniedziałek, 31 maja 2010
zajączek cholerny

Mój mąż ma zadziwiająco mało instynktu samozachowawczego. Takiego, który każe zajączkowi schować się pod krzakiem w obliczu zagrożenia, zamiast wyskakiwać i merdać puchatym ogonkiem na środku polany.

Czy wspominałam, że za 10 dni czeka mnie remont - taki solidny, z malowaniem ścian niemal w całym domu? Domu, zamieszkałym od ośmiu lat przez czworo ludzi, kota, lekko licząc dwa tysiące książek, hektary kwiatków doniczkowych, dziesiątki obrazów i zdjęć i pierdylion mebli i ozdóbek?

Czy wspominałam też, ze mój mąż przez ostatni miesiąc spędził w domu dokładnie jeden dzień weekendu? Zostawiając na mojej głowie logistykę codzienną, dzieci i załatwianie wszystkich spraw związanych z w/w remontem?

Swoją drogą, ja jednak postrzegam rzeczywistość poprzez słowa. Czasami mam ochotę napisac o nim Mąż, a nawet, choć nieczęsto, MĄŻ. Dzisiaj jednak ciśnie mi się na klawiaturę słówko mąż

No, furia mną miota, jak słowo daję. Wrócił wczoraj, ten mąż mój własny, po czterodniowej nieobecności. A dzisiaj rano zdradził mi swój wspaniały pomysł na długi weekend: zaprośmy, kochanie,  na jeden dzień (uwaga, uwaga) - teściów jego siostry, którzy przyjechali w odwiedziny do Polski na dwa tygodnie i  (znowu uwaga, uwaga) wciąż wspominają naszą gościnę i fantastyczny obiad, który im wówczas podałam.

Zaznaczam, że tak czule wspominany obiad odbył się pięć lat temu - mąż pracował i wracał normalnie, ja nie pracowałam w ogóle i miałam czasu na pęczki. Teściów siostry męża widziałam raz w życiu, zupełnie nie rozumiem, dlaczego mam się męczyć z cudzymi teściami, do licha (każdy niech sam dźwiga swój krzyż - czytaj swoich teściów: to moje motto na dziś) i generalnie ciśnienie skoczyło mi od razu tak, że mogłam sobie odpuścić poranną kawę. Najbardziej wzruszająca była zajączkowa argumentacja: bo chciałby siostrze pomóc....Najwyraźniej uważa mnie za kobietę ze stali, która w przerwie między przesuwaniem regałów, oklejaniem okien i pakowaniem książek, szybciutko pot z czoła otrze i podejmie zagranicznych gości oraz szwagierkę z rodziną trzydaniowym obiadem na miśnieńskiej porcelanie przy dźwiękach Mozarta - niestety na trawie, bo stól  już zdąży ofoliować...

Zajączek sam się prosi do odstrzału. No stoi, kitka białą macha i czeka na jastrzębia, albo też lisa, olewam logikę moich metafor. Miałam go zabić na miejscu, wetrzeć zwłoki w parkiet, a resztki pozamiatać, ale się rozmyśliłam. Mam mu jeszcze TYLE DO POWIEDZENIA! Biedny zajączek......

 

poniedziałek, 29 marca 2010
Lewa ręka

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak niezwykle istotną rolę spełnia w życiu człowieka ręka? No, rozumiem jeszcze, prawa- pisać jakoś trzeba, jeść, biegi zmieniać w samochodzie. Ale lewa?

Aktualnie jestem jednak przekonana, że brak możliwości użycia lewej ręki to istny kataklizm. Przynajmniej dla otoczenia poszkodowanego. Mąż ma chwilowo nieużywalną rękę - ślicznie zszyty palec i całą łapę owiniętą łupkami i bandażami. Co oznacza dla jego żony, że:

- musi mu wiązać buty - poniekąd żenujące, tak kucać pod nogami faceta i to tylko po to, żeby mu sznurówki związać

- musi mu wiązać niezbędny do pracy atrybut, czyli krawat - czułam się dzisiaj jak żona ze Stepford, mozolnie i wybitnie nieudolnie motając mu pod szyją coś, co w moim wykonaniu wyglądało jak żeglarski węzeł

- musi też owijać mu rękę folią, żeby mógł się wykąpać, w związku z czym musi wstawać wtedy, kiedy on, tracąc cenne 20 minut snu

- kroić chleb i robić kanapki - coś, czego udawało mi się unikać przez  siedemnaście lat małżeństwa

Jednym słowem, dopiero chwilowe kalectwo męża sprowadziło mnie do poziomu każdej przyzwoitej żony. Chyba zaczyna mi być głupio. Mam nadzieję, że szybko mu te bandaże zdejmą, bo jeszcze mi ta obsługa wejdzie w krew i siedemnaście lat feministycznego leserstwa pójdzie się gonić.

 

czwartek, 25 marca 2010
syndrom pierwszego wieczoru

Wczoraj przy firmowym ekspresie zwierzyłam się koleżance. Wiem, to brzmi jak początek powieści dla kobiet:-). Zwierzyłam się mianowicie, że sama nie rozumiem mojego nieracjonalnego zachowania. Mój osobisty wyjeżdża na tyle często, że zazwyczaj nie jestem w stanie skojarzyć sobie szybko, czy będzie spędzać najbliższy wieczór w domu. Zazwyczaj jednak wyjeżdża na krótko, dzień, góra dwa. Ale ostatnio zniknął na tydzień, w dodatku na narty. Wrócił wypoczęty, szczęśliwy i bardzo z siebie dumny, bo udało mu się tym razem nie złamać i nie uszkodzić żadnej kończyny. I, ewidentnie oczekiwał  czerwonego dywanu, obiadu i żony w przezroczystym peniuarze, która stęskniona zawisa mu na ustach.

A żona pierwszego wieczoru zaprezentowała maksymalny wkurw. No, ludzie, on mnie irytował nawet tym, jak oddycha, bez żadnego racjonalnego powodu! Miałam szczerą ochotę śmignąć go po głowie tymi nartami!

W międzyczasie do firmowej kuchni weszła druga koleżanka i słuchała moich żalów, robiąc coraz większe oczy. W końcu krzyknęła:

- Boże, jak dobrze, a myślałam, że ja jestem nienormalna! - po czym przyznała, że prawie zawsze ma identyczną reakcję na powrót swojego faceta. Następnego wieczoru wszystko wraca do normy, obiady, peniuary i zwisanie na ustach, ale TEN PIERWSZY WIECZÓR...

Ponieważ koleżanka, której się zwierzalam, przyznała, że ona ma tak samo, uznałyśmy, ze to może być jakaś szersza norma. Co mnie trochę pocieszyło, bo czułam się, przyznaję, jak ostatnia świnia, kiedy mój biedny mąż, dyplomatycznie stając parę kroków dalej, wahał się, czy może spytać o chleb na kolację:-)

I dlaczego nie wyprowadza mnie z równowagi jedno czy dwudniowa nieobecność? Moja teoria jest taka, że podświadomie się wściekam o te wszystkie samotne wieczory, samotne wożenie dzieci, zmaganie się z rzeczywistością i w ogóle. Tylko że ja mu przecież tych nart nie żałuję, do licha! No nic, i tak się pocieszyłam, że nawet jeśli jestem wariatką, to nie jestem w tym osamotniona:-) Jednak babskie pogaduszki mają działanie terapeutyczne.

środa, 03 lutego 2010
wojna państwa Rose

Jak mogłam popełnić taki błąd przy wyborze współmałżonka? Jak mogłam pozwolić, żeby uczucia przesłoniły mi dramatyczne różnice między nami? Drogie panienki, naiwne narzeczone, rozważcie ten krok- nigdy nie decydujcie sie na życie z człowiekiem, który ma inaczej ustawiony wewnętrzny termoregulator!

Od kilkunastu lat pora zimowa oznacza to samo- cichą, podstępną wojnę o temperaturę w naszym domu. Ja obniżam, on podwyższa. Ja preferuję sweterki, on t-shirty jako strój domowy. Ja lubię spać w kokonie pościeli z wystającym tylko zimnym nosem, on najchętniej bez kołdry, grzany powiewami z kaloryfera. Zgroza!

Od otwartego konfliktu, w czasach, kiedy jeszcze wydawało nam się, że małżeństwo to sztuka kompromisu, teraz, starsi i mądrzejsi, przeszliśmy do partyzantki.

- Idę spać - obwieszcza współmałżonek, rzucając podejrzliwe spojrzenie na termostat, ustawiony na 24 stopnie.

- Idź, idź - zgadzam się słodko, a kiedy tylko wróg zniknie w łazience, jednym skokiem dopadam do termostatu i przykręcam na 18.

- Tylko się napiję - mamrocze mąż, cichcem zwlekając się z łóżka godzinę później.

Ha! Akurat! Czekam tylko, aż zacznie chrapać i dyskretnie znowu przełączam termostat z przerażających 24 na błogie 18.

- Boże, jak zimno - mamrocze rano zaspany mąż - a przecież... - tu zamyka się nagle i patrzy na mnie z milczącym potępieniem.

Do wiosny wciąż daleko. Walka trwa. Wróg czuwa.....Istna wojna państwa Rose.

Ale spokojnie: JEGO sprzęt fotograficzny jest bezpieczny, dopóki ON nie ruszy MOJEGO kota!

sobota, 30 stycznia 2010
wcale nie jestem zazdrosna!

Piątek. Wracam do domu, w korku i w śnieżnej zadymce. Do dwójki niewybieganych i świrujących z tego powodu małoletnich. Mąż na wyjeździe grupowym integruje się ze swoimi współpracownikami w jakimś przyjemnym hoteliku. Można by pomyśleć, że przez ostatnie kilka lat zdążyli się zintegrować choćby na służbowych korytarzach, do cholery!

Żeby dać upust frustracji, wysyłam ślubnemu SMSa:

- Co za idiota wymyślił wyjazd integracyjny o takiej porze roku? Przychodzą mi wprawdzie do głowy różne formy integracji w pokojach hotelowych, ale jakoś wolałabym, żebyś nie brał w nich udziału!

Odpowiedź nadchodzi błyskawicznie:

- Jesteś zazdrosna? Ale super! Już myślałem, że nigdy tego pokażesz.  PS: Uważaj, co piszesz, kochanie. To ja jestem tym idiotą.

Ups...Sam jest sobie winien. Ale ja wcale nie jestem zazdrosna, wcale! Czy to będzie przesada, jak zadzwonię jeszcze raz?

 
1 , 2