Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
wtorek, 07 grudnia 2010
wkręcona

Mój mąż szarpnięty prorodzinnymi wyrzutami sumienia bywa dość sympatyczny. Na przykład postanawia zabrać dzieci w niedzielę do kina, żeby jego strudzona żona odpoczęła. Żona wprawdzie nie planuje odpoczynku, tylko duże zakupy w supermarkecie, które, jak wiadomo, najłatwiej i najszybciej robi się w niedzielę o 9.00, ale i tak jest wdzięczna i kocha męża nad życie.

Dzieci wracają z tatusiem z kina, wesołe jak szczygiełki. Opowiadają matce na wyrywki historię, która wprawdzie streszczana w ten sposób jest dość niezrozumiała, ale zdaje się, że dobrze się bawili. Zwłaszcza Lola, która usadowiona na moich kolanach, nadaje bez przerwy:

- I wiesz, i jedliśmy popcorn, i spotkaliśmy koleżankę tatusia, i tatuś kupił mi misia, który gra kolędy....-

Eeee, wróć! Zastrzygłam uchem jak bojowy rumak przed walką.

- Jaką koleżankę tatusia? - pytam słodko i ostrożnie.

- No, taką jedną, nie pamiętam, jak miała na imię. Ale była z córką -

- Aaa, z córką? No tak, no tak. A ta koleżanka taty była ładna? - rzucam podstępnie i znienacka.

- Bo ja wiem - Lola  solennie się zastanawia - w sumie to ładna. Ale jej córka lubi Bakugany - kończy tonem wyrażajacym najwyższe potępienie.

- Ładna. Blondynka. Szczupła - dobiega mnie z drugiego pokoju głos Miśka.

Ten chłopak powinien siedzieć cicho! Ale dobra, może Lola jeszcze coś zezna, inwigilacja w toku.

- A powiedz mi, drogie dziecko - jak by tu podejść przeciwnika...- Jak tatuś mówił do tej koleżanki? Pani, czy po imieniu, czy może...koteczku? -

- Koteczku, koteczku - chichoce ubawiona  Lolka

- I po co to mówiłaś? - dochodzi mnie grobowy głos Miśka z pokoju obok - to miała być tajemnica! -

Zastygam w lekim osłupieniu i dopiero bezczelny rechot dzieci uświadamia mi, że zostałam najzwyczajniej w świecie wkręcona! Co za potwory!

 

środa, 03 listopada 2010
niepoprawnie, lecz edukacyjnie

Ostrzegam wrażliwych czytelników - to będzie wpis bardzo niepoprawny politycznie. Zgorszonych proszę o oddalenie się na szybciutką psychoterapię.

Otóż moje dzieci czasem kąpią się razem. A nie są to już słodkie bobaski, odwinięte z pampersów, lecz istoty obrastające w drugorzędne cechy płciowe, brrr. Ale cóż moge poradzić na to, że lubią. I chcą. Co więcej, poza istotnym aspektem ekologicznym (a wannę mam duużą), widzę w tym sporą korzyść edukacyjną.

Bo, o dziwo, moje waleczne potomstwo odkłada na czas kąpieli broń masowego rażenia i przestaje się tłuc i wrzeszczeć. Ciepła woda koi nerwy i emocje, i moje dzieci zaczynają rozmawiać. Staję czasem pod łazienką i słucham, jak w harmonijnej zgodzie opowiadają sobie fascynujące historie:

- A wiesz, Lola, co to jest energia kosmiczna? Posłuchaj....- Tu następuje skrócony wykład z podstaw fizyki kwantowej i innej takiej, której nie rozróżniam. Lola, o dziwo, nie bije brata za wymądrzanie się, ale wesolutko oznajmia, dekorując głowę Miśka obficie pianą:

- Będziesz niedźwiedziem. Niedźwiedziem polarnym. A wiesz, że niedźwiedzie....- tu następuje interesująca opowieść wzięta prosto z czytanej właśnie książki "Serce na sznurku"

Kąpiel to także interesujący i praktyczny sposób na zapoznanie się z anatomią płci przeciwnej.

- Mamo, wiesz, że Misiek ma siusiaka? -

- No, zorientowałam się jakis czas temu...-

- Dobrze, że ja nie mam, to o wiele wygodniejsze -

- Nieprawda - zaperza się oczywisty zwolennik posiadanie cewki moczowej na zewnątrz - ja mogę sikać na stojąco -

Oczywiście w pewnym momencie pozory ułożenia i spokoju pryskają, jak, nomen omen, bańka mydlana, i rozpoczyna się regularna wojna na pianę, wodę, gumowe piłeczki i możliwie odrażające odgłosy fizjologiczne. Wtedy wystarczy wkroczyć, rozdzielić dwa śliskie, wrzeszczące ciała i pojedynczo wywlec na suchy ląd. Ale jednak - przez te kilkadziesiąt minut rozmawiali ze sobą jak ludzie, a nie dwa rozżarte, terytorialne teriery. Oczywiście mam wątpliwości, napędzana medialnymi hasełkami "intymność", "rozbudzanie seksualności"., "pedofilia" itp, ale bez jaj, chyba nie spaczę im psychiki, co?

czwartek, 21 października 2010
znów o szkole - przepraszam

Rany, przysięgam, to juz ostatni raz o szkole będzie. Wiem, że nikogo to nie interesuje, ale muszę sobie ulać żółci. Wczorajsze zebranie specjalne miało jeden temat: jak bardzo źle zachowuje się klasa Miśka w tym roku. Szczerze się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam na zebraniu szkolną panią psycholog. W sumie, nie ma to jak rada fachowca.

Generalnie  przyznaję, że to, co usłyszałam, całkiem mnie ucieszyło. Bo: klasa jest niesamowicie zgrana. Żadnych mobbingów, żadnych czarnych owiec, wszyscy za sobą murem.  Co sprawia, że nauczyciel ma trudnego przeciwnika - nie jednostki, tylko zwartą współdziałającą grupę. W dodatku grupę niegłupią, bo to od lat najlepsza klasa w szkole, wszyscy bystrzy jak cholera, tylko z tego powodu szybko się nudzą...

Pytanie konkretne: co my, rodzice, możemy zrobić, żeby sytuacja się poprawiła? No bo w sumie, przyznajmy, że problem ma szkoła, my możemy co najwyżej starać się popracować w domu nad jakimiś zachowaniami. No i odpowiedź pani psycholog poniekąd mnie zirytowała, bo rady, które podała, są idealne, ale dla pierwszoklasistów. Mamy na przykład pilnować, żeby dzieci odrabiały lekcje i były przygotowane do szkoły.

No, przepraszam bardzo, ale ja nie mam zamiaru przejmować odpowiedzialności za przygotowanie mojego dwunastolatka do zajęć szkolnych. Jego nauka, jego sprawa. Ja mogę być co najwyżej głosem sumienia i rozsądku, ale w żadnym wypadku nie zamierzam sprawdzać mu zeszytów ani odpytywać z lekcji, chyba, że o to poprosi.

Mamy też wyrażać się o nauczycielach z szacunkiem i nie pozwalać dziecku na krytykę. No dobra, nie rozumiem...Dlaczego? Misiek w domu ma prawo powiedzieć, że według niego byłam niesprawiedliwa, czy też tata postąpił nie fair, co więcej, ja sama zawsze go przepraszam, jeśli zachowałam się niefajnie. Dlaczego więc mam mu zabronić wyrażenia podobnej opinii o nauczycielu? Jasne, że nie w formie: bo pani jest głupia. Ale zdarzyło mi się przyznać mu rację: tak, Misiek, też uważam, że pani nie zachowała się tak jak należało. A szacunek, sorry, ale nikomu nie należy sie z automatu, tylko dlatego że jest dorosły.

Co jeszcze? Acha, mamy dziecko karać za zaniedbania obowiązków szkolnych i nagradzać za ich wypełnianie. Przecież to bez sensu. W tym przypadku kara i nagroda jest oczywista - ocena i opinia nauczyciela. Po cholerę ja mam jeszcze dodatkowo ingerować w rozliczenia mojego syna ze szkołą?

Czuję sie rozczarowana i zbuntowana. Nie tego oczekiwałam. Ale mimo wszystko przeprowadziłam z Miśkiem rozmowę pouczającą jak każdy porządny rodzic. Której hasłem przewodnim nie było: szanuj nauczycieli i morda w kubeł, ale: daj im szansę, może się okazać, że cię zaskoczą na plus, a jak się nudzisz, zgłoś się do zadań dodatkowych. Właśnie, czy nikt nie wpadł na to, że ich można uciszyć i zadręczyć nieustannym wymaganiem czegoś więcej? Byłoby z pożytkiem dla każdego...Moje doświadczenia pedagogiczne to ledwie dwa miesiące praktyk. Ale pamietam, że im więcej przygotowywałam się do zajęć, im więcej wysiłku włożyłam w wymyślenie nowych metod podania nudnych rzeczy, tym spokojniejsze miałam lekcje. Ale fakt, może po kilku latach już by mi się nie chciało....

Dobra, koniec z marudzeniem. Więcej o szkole nie będzie. No chyba że zacznę sie zastanawiać, do jakiego gimnazjum posłać Miśka:-)

środa, 06 października 2010
zakupy z dziećmi

Miałam dość kryzysowe dni, przyznaję, i pozwoliłam sobie na poużalanie się nad sobą. Ale dobijała mnie ta totalna bezradność, że choćby człowiek stanął na głowie, to nie potrafi pomóc własnemu dziecku. Wczoraj wieczorem było jakby ciut lepiej. Łazienka - zero kurzu, dużo pary wodnej - okazała się jednak dość przyjazną oazą, więc Lola przesiedziała cały wieczór w wannie z ciepłą wodą i była całkiem szczęśliwa. Ja też, bo moja córka zmieniła wreszcie odcień skóry z sino- zielonkawego na lekko różowy, znacznie przyjemniejszy dla oka. Ciekawe, czy całą jesień przesiedzimy w wannie?

Czy zdarza wam się chodzić z dziećmi na zakupy? Ja bardzo staram się tego unikać, ale w niedzielę nie miałam wyjścia, ponieważ mąż jak zwykle latał po świecie. Zazwyczaj staram się planowac takie wypady z równą precyzją, jak tajne operacje wojskowe. Punkt A, precyzyjne przemieszczenie najkrótszą drogą do punktu B itd.

Dobra. Punkt A - Empik, celem nabycia dodatkowej książki do angielskiego dla Miśka. Młodzi giną między półkami. Miśka znajduję przez dedukcję przy półce z atlasami. Z Lolą jest łatwiej - astma jest lepsza niż GPS. Rzężący kaszelek wskazuje mi jej lokalizację. - Mamooo, strasznie bym to chciała, ale wiem, że mi nie kupisz - Lola majta mi przed oczami gazetką z dołączonym pieskiem i trzepocze rzęsami błagalnie. - Pokaż - patrzę na cenę - jesteś bystrą dziewczynką, rzeczywiście ci tego nie kupię -

Osłodzenie gorzkiej pigułki nic nie dało. Lola robi buzię w podkówkę i zaczyna litanię - Aaaale ja tak to chciałam, bo ten piesio jest taki słodziutki ....-

Ignoruję żale, za to Lola zyskuje wdzięczną widownię. Starsza pani głaszcze po główce biedne, niekochane maleństwo: - Co, mama nie chce kupić zabawki? Niedobra mama. Poproś mamusię, na pewno ci kupi zabaweczkę-

Nie zabijam starszej pani, bo szkoda brudzić książek, wywlekam za gardła małoletnich BEZ gazetki z pluszakiem (19, 90) i BEZ mega atlasu (99,90). Oraz BEZ książki do angielskiego, któej nie ma i nie będzie (może i dobrze, bo...70,00)

Punkt B - fryzjer w centrum handlowym pod wpływem impulsu ( impuls - szopa, którą nosi na głowie Misiek). Na strzyżenie trzeba czekać godzinę. Lola wpada na doskonały pomysł, że czas czekania możemy spędzić w sklepie z zabawkami. Ha, znam te numery. Jak popracuje nade mną godzinę, to okaże się, że nawet nie zauważę, kiedy kupiłam dwumetrową pluszową żyrafę i tryliard petszopów . Rezygnuję ze strzyżenia  ku zadowoleniu Miśka i niezadowoleniu Loli i udajemy się do Decathlonu, czyli punktu C. Jako że Misiek wciąż znajduje się w dziurze rozmiarowej (już nie rozmiary dziecięce, a jeszcze nie męskie), to jedno z niewielu miejsc, gdzie można kupić na niego buty.

Po kwadransie w Decathlonie - nie mam butów na Miśka. Nie mam też żadnego z dzieci. Mam za to ich i swoje kurtki, torbę, polar dla Loli (przecena na 24,90), rozczochrane włosy i lekką nerwicę. Lokalizuję Lolę po kaszlu, dobiegającym zza regału. Lola mierzy wszystkie kaski rowerowe bez względu na rozmiar. Doprowadzam ją do stoiska z hulajnogami i każę pozostać na miejscu. Lokalizuję Miśka, testującego kije golfowe. Każe mu pozostać na miejscu, co przychodzi mi o tyle łatwo, że Misiek mnie olewa i wciąż wali kijem. Wracam po Lolę, której oczywiście mnie ma już na miejscu. Lokalizuję Lolę w rozłożonym namiocie i nauczona doświadczeniem wlokę ją do Miśka. Który wciąż wali kijem. Zabieram mu kij. W tym czasie Lola znika. Lokalizuję Lolę po kaszlu  w dziale z ubraniami. Odmawiam kupienia szalika wielkości Australii i po chwili znowu mam dwoje dzieci. Oraz resztę rzeczy. Idziemy do kasy. Po drodze nie wytrzymuję i pytam Miśka głosem znękanym - Misiek, właściwie dlaczego ja mam dwoje dzieci? -

- Bo mówiłaś, że z trzecim już nie dałabyś rady - podsuwa usłużnie Misiek. Lekko ubawiony, bo, jak twierdzi,nie rozumie, o co mi chodzi. Przecież on sam doskonale wiedział, gdzie był i nie musiałam się martwić.

- No właśnie , mamo - Lola wyjątkowo zgadza się z bratem - to ty się zgubiłaś, my cały czas byliśmy tam, gdzie trzeba.

Następnym razem...Nie, następnego razu nie będzie.

 

piątek, 17 września 2010
trzy rzeczy

Trzy rzeczy, których nienawidzę: katar, chore dziecko i szkolne zebrania. Wszystko naraz w ciągu trzech dni. Czy teraz moje milczenie jest zrozumiałe?

Od wtorku wypluwam z siebie płuca. Lola wtóruje mi dyszkantem i ciągnie za sobą festony chusteczek. W środę zebranie szkolne numer jeden - grupa rozsądnych rodziców sześcioklasistów pozwala mi żyć przez chwilę złudzeniem, że jest OK. Bolą tylko trzy stówy zostawione w sekretariacie na ubezpieczenia i komitet: żegnaj płaszczyku...W czwartek jestem już w malignie i rzężę. Ale przeciez pierwsze zebranie pierwszej klasy to doniosły krok edukacyjny. Półtorej godziny absurdalnych ustaleń. "Dziękujemy rodzicom, którzy w wakacje malowali klasę, żeby dzieci miały czysto" (wybaczcie, czasy czynów społecznych minęły i złe spojrzenia aktywistów nie robią na mnie wrażenia)."Proszę państwa, moje dziecko nigdy nie jada cukru pod żadną postacią. Czy możemy się umówić, żeby dzieci nie przynosiły słodyczy do szkoły?" (a Lola nie znosi pasty jajecznej, prosze o nieprzynoszenie kanapek z w/w, bo będzie jej przykro). Pani prosi o kupienie słuchawek na zajęcia komputerowe "Czytałam, że słuchawki do ucha sa niezwykle szkodliwe dla dzieci, prosze państwa, czy możemy kupić wszyscy takie nakładane?" (na litośc boską!). Udaje mi się wbić z konkretnym pytaniem: jak to się dzieje, że dzieci, które właśnie uczą się zgodnie z programem łączenia liter i sylab, zgodnie z tym samym programem muszą pisac po angielsku, i moje dziecko się zapłakuje, bo ono nie potrafi, zwłaszcza że kompletnie nie rozumie różnicy między tym co słyszy, i tym co ma napisać? Pełną zakłopotania ciszę kończy stwierdzenie pani, że za miesiąc zaprosimy anglistkę i porozmawiamy o tym. Super, czeka mnie upojny miesiąc mozolnego edukowania Loli w pisowni i gramatyce angielskiej.

Wiem, marudzę. Zawsze marudzę, jak mam katar. Katar to jedno z tych niezrozumiałych zjawisk, jak komary i ślimaki bez skorupy, które są ewidentnym przykładem na to, że ewolucja szwankuje.

Ale czasem ewolucja idzie w dobrym kierunku.

Wczoraj Lola kazała mi się schylić, po czym podniosła moją bluzkę i z namaszczeniem zaczęła się wpatrywać w moje plecy. - No, co jest? Czego tam szukasz? - spytałam zaintrygowana.

- A nic, mamo, tak tylko szukam, gdzie ty masz to trzecie oko - oznajmiła Lola ze śmiertelną powagą.

- Jakie trzecie oko? -

- Według mnie to rodzice mają na plecach takie dodatkowe oko. Bo inaczej to nie rozumiem - ciągnęła Lola - jak to się dzieje, że ty zawsze wszystko widzisz. Nawet jak coś robisz w kuchni, a ja jestem za tobą, to ty mówisz: Lola, zostaw ten talerz. A przeciez nie widzisz, że ja się bawię talerzem. To jak to jest z tym okiem? -

I to właśnie przykład prawidłowego działania ewolucji w przypadku matek...

czwartek, 02 września 2010
witaj, szkoło

Muszę się do czegoś przyznać:jak co roku na początku września zaczynam myśleć o jakiejś miłej, przytulnej szkole z internatem, gdzie uczyłyby się moje pociechy. Tak, powiedzmy w Łebie albo Białymstoku. Odwiedzałabym je raz na dwa tygodnie, całowała w czółka i oglądała starannie wypełnione zeszyty. A na co dzień ktoś zupełnie inny zajmowałby sie zdzieraniem ich z łóżek o siódmej, pilnowaniem plecaków, lekcji i drugich śniadań, a przede wszystkim chodzeniem na zebrania....

Z niezrozumiałych powodów szkoła wywołuje u mnie natychmiastowy odruch ucieczki. Z niezrozumiałych, ponieważ uczyłam się przyzwoicie, problemów społecznych nie miałam, a jednak...za każdym razem, kiedy siadam w tych małych ławeczkach z widokiem na tablicę i biurko nauczyciela, mam ochotę podnieść rękę i wyrecytować - Psze pani, mogę do toalety? - i uciekać, uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Jak co roku zderzam się z rzeczywistością. A raczej z przejawami egzotyki w wykonaniu małej publicznej szkoły podstawowej.

Ogłoszenie na stronie internetowej szkoły: rozpoczęcie roku szkolnego: godzina ósma- msza święta, godzina dziewiąta - spotkanie na sali gimnastycznej dla wszystkich klas. OK, jedziemy na dziewiątą. Na sali kłębi się dziki tłum, ale wyłącznie osobników powyżej 10 roku życia.

-Czyżby szkoła zrezygnowała z prowadzenia klas młodszych? - pytam naiwnie jakiegoś rodzica, usiłując nie spuścić z oka Loli, która za chwilę zginie mi w tłumie.

- Przecież ksiądz mówił na mszy - oburza się na moją ignorancję rodzic - że młodsze klasy poczekają w kościele, aż starsze skończą swoje spotkanie. Nie słuchała pani? -

Fakt, nie wiedziałam, że te najbardziej istotne informacje będa podawane na mszy. Ale duch optymizmu rośnie we mnie, kiedy słyszę ekscytującą wiadomość - nasza szkoła wprowadza od tego roku lekcje etyki. Pani dyrektor szybko gasi mój entuzjazm - Ponieważ trudno będzie zebrać chętnych, lekcje będą odbywać się prawdopodobnie popołudniami, po zajęciach wszystkich klas -. Acha, już widzę, jak Misiek z zapałem siedzi w szkole, przeczekując dwa okienka, żeby załapać się na dodatkową lekcję...

Na zebraniu w klasie dowiaduję się jeszcze, że książki do religii można nabyć po mszy niedzielnej. Oraz, że szkoły nie stać jednak na szafeczki dla młodszych klas, więc dzieci będą przechowywać swoje przybory plastyczne w pudełkach. Nie dowiaduję się jednak tego, co dzisiaj okazuje się absolutnie niezbędne - czyli systemu odprowadzania dzieciaków na lekcje.

Rano odprowadzam trochę spłoszoną i onieśmieloną Lolę do szatni. Chcę ją odprowadzić też pod klasę, żeby się nie zgubiła, ale okazuje się, że na korytarz przed klasami wejść nie wolno. Panie będą wychodzić po dzieci do szatni. Suuuper - szybko przeliczam, że na małym korytarzyku przed szatniami jest teraz mniej więcej 170 sztuk małolatów. Magma, krzyk, tłum równie zagubionych rodziców powiększa zamieszanie. No, cudowna organizacja! Lola ma oczy jak spodki i kurczowo trzyma moją rękę. Słusznie, bo w tym zamieszaniu - starsi uczniowie bezpardonowo przebijają się przez tłum, żeby przedrzeć się do swoich klas - ktoś ją zaraz zdepcze. Jeszcze pięć minut, dziesięć (moje nerwy są już napięte do granic możliwości ze względu na wspomnianą fobię szkolną) i już, hurra, panie pilotują swoją trzódkę do klas.

Mam szczerą nadzieję, że dopracują ten system, bo mi psychika siądzie. Albo sceduję obowiązek odprowadzania Loli na Miśka, który jest zahartowany w szkolnych bojach i te sceny już nie robią na nim wrażenia...A na razie, cichutko oddaję się mglistym  marzeniom: mały, sympatyczny internat, mała sympatyczna szkoła...gdzieś daleko, daleko stąd...........

Nie, bez przesady, chyba bym jednak trochę tęskniła za moimi małoletnimi....

poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Matka u progu

Co robi matka u progu roku szkolnego? Matka rozwiązuje zagadki logiczne.

Z Miśkiem  sprawa prosta.

- Jakich potrzebujesz zeszytów, dziecko?-

- Oj tam, jakichś niezapisanych -

Dobra. Podpisujemy zeszyty i podręczniki, wrzucamy kilka pisadeł do piórnika, strój do worka. Po dłuższych negocjacjach udaje mi się namówić nawet Miśka do przymierzenia zeszłorocznych butów sportowych, w których chodził po szkole. Zgodnie z moją rozwiniętą dedukcją nie pasują. Ale w dobie szalejącego kapitalizmu wymaga to jedynie wyprawy do sklepu. Luz.

Wymagania szkoły w zakresie klasy pierwszej są za to rozwinięte maksymalnie. Matka siedzi z kartką, zwaną potocznie "wyprawką pierwszaka" i myśli intensywnie...Na razie tylko myśli, bo  dochodzi do siebie po złożeniu miliarda podpisów. Niech klątwa skurczu kciuka spadnie na ludzi, którzy wymyślili taki idiotyczny system książek do klasy pierwszej - dziesięć książek, plus dziesięć zeszytów ćwiczeń, plus wycinanki, plus historyjki do czytania, plus (uwaga) książka do informatyki. Po jaką cholerę pierwszakom, nieznającym na razie tajników języka ojczystego podręcznik do informatyki? Nie mam pojęcia, podobnie jak nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego dwie cienkie książeczki z obrazkami i kilkunastoma słowami - czyli książka do angielskiego - kosztuje 60 złotych. Za taką kasę można kupić dwie, trzy grube książki w Empiku!

Największe tajemnice kryje w sobie jednak spis potrzebnych pierwszakowi rzeczy...

- Słuchajcie, co to znaczy: papier kolorowy do kleju? - krzyczę zdesperowana do rodziny, która patrzy na mnie jak na głupią.

- No chyba taki, co można przykleić? - mówi powątpiewająco Misiek.

- Rany, każdy papier możesz przykleić, jak się uprzesz - zżymam się i na czuja wrzucam do torby najzwyczajniejszy papier kolorowy. Następna pozycja budzi jednak większe wątpliwości.

- Co to znaczy- arkusze kalki? Jakiej kalki, do licha? - dociekam przez telefon z kolejnymi matkami pierwszaków. W końcu oświeca mnie matka, której dziecko miało tę samą wychowawczynię:

- Tylko nie kupuj takiej białej kalki. Ty wiesz, że ja rok temu sprowadzałam taką przez Internet, bo nigdzie nie mogłam znaleźć?  A okazało się, że chodzi o taką fioletową -

- Po co im do licha, fioletowa kalka do kopiowania? -

- Nie mam pojęcia, dziecko nigdy mi się nie przyznało, co z nią robili -

Moja wyobraźnia podsuwa mi wizję szeregu małych kopistów, pracowicie piszących w dziesięciu egzemplarzach ulotki reklamowe, ale szybko odpędzam ten obraz, zafrapowana kolejną pozycją na liście:

- Mężu, tutaj jest napisane: kawałek gąbki. W sensie że takiej do tablicy?-

- Może szkoły nie stać na gąbkę i dzieci się zrzucają? - zastanawia się mąż

- Bez jaj, i co, tak po kawałku przynoszą? A może to gąbka do siedzenia - pod tyłek? -

- Nie, no krzesła chyba mają - mąż odrzuca od siebie myśl o tym, że jego ukochana córka spędzi rok szkolny, tkwiąc pośladkiem na kawałku gąbki.

Sprawa gąbki pozostaje na razie tajemnicą. Udało mi się jednak zdobyć większość pozycji z listy, choć nie było łatwo: podkładka pod plastelinę, koperty, sztywna koszulka (co do tej miałam wątpliwości, ale jednak uznałam, że koszulka Miśka po dwóch treningach to nie będzie to), pojemnik na wodę - nie do picia, tylko do malowania, mazak do białej tablicy (tablice w szkole są czarne, więc nie rozumiem, po co, ale kimże ja jestem, żeby podważać koncepcje edukacyjne szkoły.

Zdobycie krótkich czarnych spodenek i białej bluzeczki bez wzorków w rozmiarze na chudą siedmiolatkę wymaga poświęceń, do których nie jestem chwilowo zdolna. Chrzanię to - będzie ćwiczyć w legginsach na moją odpowiedzialność! I w ulubionej koszulce z napisem, który niesłychanie pasuje mi na te dni przed rozpoczęciem roku szkolnego:

"Nie potrzebuję świnki skarbonki. Przecież mam rodziców"

Witaj szkoło!

 

środa, 04 sierpnia 2010
Potrzeba matką nagłego dojrzewania

Dzień wolny od pracy. Jestem w domu. Misiek również.

- Mamooo, głodny jestem. Zrobisz mi kanapkę? Bo ja nie umiem tego chleba ukroić. -

- Mamoo, gdzie są moje skarpety? Ale ja nie umiem ich zdjąć ze sznurka! -

- Mamoo, zapomniałem, po co mnie wysłałaś na górę. Co miałem przynieść? -

Dzień pracy - mojej, rzecz jasna. Wakacjujący Misiek siedzi w domu sam, bo Lola się rozrywa towarzysko. Dzwonię do niego nerwowo co jakiś czas, szarpana matczynymi wyrzutami sumienia, że porzuciłam takie malutkie, ledwie dwunastoletnie, dzieciątko w domu.

- Misiek, sorry, nie zdążyłam ugotowac obiadu na dziś. Może pójdziesz do babci, to ci da jeść -

- Mamoo, no co ty? Myślisz, że ile ja mam lat? Ugotowałem sobie makaron, i usmażyłem do niego parówki. A na śniadanie zrobiłem sobie jajecznicę -

- Misiek, ale zapomniałam ci powiedzieć, że przyjedzie kurier z paczką. Kiedy przyjedzie, to pamiętaj, że pieniądze leżą w szafce... -

- Spoko, matka, już był. Odebrałem, pokwitowałem i zapłaciłem ze swoich, bo tych w szafce nie widziałem-

- Misiek, w Warszawie straszna burza, jak do was przyjdzie, to pamiętaj...-

- Taa, wiem, już przyszła. Okna zamknąłem, wyłączyłem sprzęt z listwy i schowałem tego kwiatka, co się zawsze przewraca. Luz. -

????? Dr Jekyll i Mr Hyde? Czy młodociany spryciarz udający w obecności matki niemotę?

 

 

piątek, 09 lipca 2010
wspomnieniowo

Muszę jutro nadrobić matczyne zaległości. Misiek, który we wtorek skończył 12 lat, dostał na razie całusa i obietnicę urodzin w sobotę. Niefajnie się z tym czuję, że tak pobieżnie potraktowałam urodziny pierworodnego. Wszystko przez to, że bilans praca - dom ostatnio niebezpiecznie przechylił się w tę niedobrą stronę. 

Za to udało nam się wczoraj wykonać rytualną czynność urodzinową, czyli oglądanie albumów solenizanta ze wspominkami. A przy tym oglądaniu dopadły mnie różne wspomnienia, które niekoniecznie chciałabym  Miśkowi przekazać...

Pamiętam moment, kiedy Misiek po długim, dwutygodniowym namyśle postanowił wreszcie obejrzeć mnie z drugiej strony brzucha. I to, że kiedy położyli mi na brzuchu bardzo chudego, długiego kosmitę o zielonkawej, pomarszczonej skórze i główce w kształcie zaostrzonego ołówka, pomyślałam: - Rany, czy ja będę w stanie pokochać to dziwaczne stworzenie? -

Pięć tygodni później siedziałam w szpitalu, kiwając się na plastikowym krzesełku, na którym spędziłam równo dwa tygodnie. Malutki Misiek walczył z sepsą. Na zdjęciu z tamtego okresu widać leżącego w metalowym łóżku ludzika, który wygląda jak marchewka z uprawy hydroponicznej. Na znak buntu przeciw szpitalnej bieli ubierałam go konsekwetnie w czerwone i pomarańczowe śpioszki, w których tkwiło wciąż długie i chude, za to bardzo blade i wiotkie ciałko z wenflonem sterczącym z główki. A ja wciąż nie byłam pewna, czy go kocham. Wiedziałam za to, że jestem gotowa zabić pielęgniarkę, która codziennie wyszukiwała kolejne kruche  żyłki w Miśku do wkłucia wenflonu. I że za skarby świata nie ruszę się z tego krzesełka...

Kolejne kilka miesięcy pamiętam jak przez mgłę. Misiek miał ostre AZS, alergię na wszystko, nieustannie powracające zakażenia, zwalczane uderzeniowymi dawkami antybiotyków. Zanim skończył osiem miesięcy, udawało mi się spać najwyżej dwie godziny bez przerwy. Zazwyczaj doby nie dzieliłam na dzień i noc - co więcej, często nie miałam pojęcia, jaka jest pora dnia - tylko na pory podawania leków. Nawet nie miałam czasu zastanowić się, czy go kocham...

Pamiętam za to moment, kiedy to sobie uświadomiłam. Kiedy Misiek siedział na podłodze i rzucił zabawkę za daleko, żeby dosięgnąć, a ja siedziałam nieprzytomna po nieprzespanej nocy na kanapie. Misiek padł na brzuszek i zaczął uparcie, choć ruchem naćpanej dżdżownicy, przemieszczać się w kierunku upragnionego celu. I dopadł. Siadł, popatrzył na mnie i zabulgotał, przepełniony poczuciem absolutnego triumfu. No i nagle powaliła mnie świadomość - to ja stworzyłam tę nieprawdopodobną istotę. Tego zdecydowanego, ekspansywnego nowego człowieka, który właśnie zrobił pierwszy krok do zdobycia swojego kawałka świata. Nie przychodzi mi na myśl nic, co mogłoby się równać z tak pierwotnym i głębokim poczuciem dumy i spełnienia, jakie masz, patrząc na własne dziecko.

Czy później było lepiej? Stopniowo  - jeszcze tylko kilka pobytów w szpitalu, operacja, powolne zmniejszanie się alergii, trochę komplikacji dodatkowych.

Ale od tego pierwszego momentu, kiedy łypnął na mnie zapuchniętym oczkiem noworodka, widzę w Miśku absolutną siłę przetrwania. Być może paskudne przeżycia z niemowlęctwa sprawiły, że Misiek jest takim pogodnym stoikiem, niesłychanie ciekawym świata i łagodnym.  No i przyznaję z matczyną dumą - bardzo urodziwym:-) Po zielonym kosmicie nie ma śladu, za to mamy pełen zestaw podrywacza - czarne włosy, piwne oczy, rzęsy nieprzyzwoicie długie i powalający uśmiech.

Czy widać, ze teraz nie mam już wątpliwości co do swoich uczuć?:-)

czwartek, 10 czerwca 2010
Stomatologicznie

Moje dzieci maja wąską specjalizację w dziedzinie uszkodzeń ciała. Misiek od najmłodszych lat celuje w czoło, co nie jest specjalnie kłopotliwe, poza koniecznością jeżdżenia po ostrych dyżurach i zszywania mu tej pociętej łepetyny.

Lola specjalizuje się w ustach, co już mnoży nam poważne kłopoty. Cztery lata temu wróciła z przedszkola z jedynkami  jak nogi w balecie - każda ustawiona pod innym kątem. Jedynki zostały mozolnie ustawione i jakoś podklejone przez dentystę - wyprostowały sie i zrosły. Równo rok później Lola zaplątała się we własne nogi i huknęła o glebę - niestety na jej drodze stanął drewniany stołeczek. Co spowodowało, że od teściów, późnym wieczorem, gnaliśmy do szpitala na Niekłańską, żeby jej pozszywali rozciętą na pół wargę.  Minęlo dokładnie 12 miesięcy - Lola skacząc po kanapie wycelowała buzią w kant niskiego stołu i precyzyjnie w niego huknęła. Tym razem było poważniej - górne jedynki wbiły jej się w dziąsło. Nastąpił kilkuetapowy hardor pod tytułem: wyciąganie zupełnie niedojrzałych jedynek z rozwalonego dziąsła pięciolatki. No i Lola, któa wcześniej nie miała oporów, nabawiła się absolutnej traumy dentystycznej. Co tam, traumy - sam zapach gabinetu wystarczał, że z krzykiem uciekała za drzwi i żadna prośba, groźba, przekupstwo i szantaż nie pomagał w namówieniu jej do otwarcia buzi.

Trudno się dziwić. Zrezygnowałam z dentystki, która sugerowała, że moje dziecko jest rozpuszczone i histeryczne i zaczęłam poszukiwania. Trafieniem umiarkowanym okazał się gabinet, gdzie podawano syropek "ogłupiający" - wprawdzie Lola otwierała buzię i dawała sobie w niej gmerać, ale moje matczyne serce nie wytrzymało objawów ubocznych. Dopuszczam wprawdzie do siebie myśl, że moja córka kiedyś zażyje narkotyki, ale widok naćpanej sześciolatki, bełkoczącej "widzę białe puchy, mamusiu, puchy widzę na ścianie" i wodzącej błędnie rączkami naokoło, okazał się ponad moje siły.

Drugie podejście okazało się ostatnim i genialnym - podtlenek azotu, czyli gaz rozweselający:-) Plus maseczka na nos o zapachu truskawkowym. Teraz to ja mam luz, ludzie!

Lola regularnie i pieczołowicie sprawdza swoje uzębienie w nadziei, że coś się jej posypie. I wreszcie - "hurra, mamusiu, ząb mnie boli!". Istna patologia - dobrze, że nie wpadła na to, żeby gryźć landrynki celem przyspieszenia wizyty...I w podskokach zmierzamy do gabinetu, gdzie Lola nie może się doczekać maseczki i swojej porcji radości. Bo, jak mi się przyznała, "to mi tak poprawia humor, mamo, że czuję się całkiem szczęśliwa". Tak sobie myślę, żeby przy najbliższej wizycie poprosić dentystkę o drugą maseczkę - i kilka sztachnięć o zapachu truskawki. Bardzo by mi się przydało parę wdechów szczęścia:-)

 
1 , 2 , 3