Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
środa, 29 grudnia 2010
wilkołak?

Sypie się. Przecież miała się nie sypać. Bo podobno nigdy sie nie sypią. Jodły znaczy, bo zawsze mieliśmy świerk. Który sypał. Obserwacja tegoroczna - jodły też się sypią. I bombki z niej spadywują. Dobrze, że z plastiku (bombki, a nie jodła).

Święta się skończyły, a ja wciąż mam wolne. Nie pamiętam już, kiedy spędziłam w domu więcej niż cztery dni pod rząd. Bardzo dziwne i przyjemne uczucie. Wszystko toczy sie leniwie i komfortowo. Nie mogę tego powiedzieć dzieciom, ale czasami brak wysiłku owocuje... Nie sprzatałam, za to pani Hania, opiekunka Loli,  nie wytrzymała i ogarnęła dom na błysk. Obce jej były ideologiczne założenia mojego lenistwa, dom na święta ma być czysty i już... Ok, nie będę się kłócić.

Nie gotowałam, za to codziennie chadzałam na obiady do rodziny, jak klasyczny pasożyt. Rodzina w duchu świąt radośnie nas gościła i nie narzekała. Nie piekłam za dużo, ale pudło na parapecie jest pełne ciasta, które przynosił po kolei każdy gość.

No i każdy dzień jest pełen fajnych zdarzeń.

Niebieski reniferek na tarasie świeci jak statek kosmiczny. Co powoduje reakcje  religijne (Boże, co to jest?), kulinarne (rzyg) lub daleko idące. Moje dzieci zainspirowane niebieskawą poświatą wdały się w dyskusję na tematy nadprzyrodzone, co w płynny i zaskakujący sposób doprowadziło ich do  tematu wilkołactwa w rodzinie. Precyzyjnie: Misiek, który uwielbia dręczyć młodszą siostrę, twierdził, że każdy może się zamienić w wilkołaka, nawet tata. Lola ze łzami w oczach obstawała przy realistycznym oglądzie świata. - Idź sama i sprawdź - powiedział prowokacyjnie Misiek, nie zważając na moje wściekłe spojrzenie. - Pójdę - powiedziała Lola bohatersko. Ruszyła, stanęła na chwilę przy schodach, pomyślała, po czym przytuptała do mnie i cichutko wyszeptała - Ja wiem, że on zmyśla, mamo, ale tak na wszelki wypadek...możesz iść ze mną? -

Skradałyśmy się na górę z pewną obawą (jestem podatna na sugestię) i z jeszcze większa obawą uchyliłysmy drzwi łazienki. Mój mąż, spowity obłokami piany (pod tym względem jest zdecydowanie sybarytą) nurzał się w kąpieli, czytając gazetę i popijając wino (mówiłam, sybaryta)

Kiedy ukazał nam swoje rumiane i pozbawione futra, choć nieco zaskoczone  oblicze, obydwie odetchnęłyśmy z ulgą. Ale Lola jednak nie do końca wyzbyła się lęków. Następnego wieczoru  moja przyjaciółka Ania nocowała ze swoimi synami i odstąpiliśmy im sypialnię, co znaczyło, że my śpimy z dziećmi. Dałam Loli wybór, czy woli spać z mamą, czy z tatą. Lola dyplomatycznie się zawahała i w końcu przyznała: wolę z tobą, bo ty nie jesteś taka włochata jak tatuś i nie będę miała koszmarów.

Wiem, ze to nie było w temacie poświątecznym, ale metoda płynnych skojarzeń działa i u mnie. A teraz płynnie od wpisu przechodzę do pracy nad zalegającym odcinkiem. Bo urlop urlopem, a prace literackie nad telenowelą musza isć naprzód...

11:28, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (10) »
środa, 22 grudnia 2010
święta idą

No idą. I co z tego?

Staram się z siebie wykrzesać przedświąteczny entuzjazm, ale jakoś mi się nie udaje poczuć magii świąt. Wczuwam się, że tak powiem, rzutami.

Rzut numer jeden - zrobiłam ciasto na pierniczki. Odleżakowało się jak wino, ale kiedy w sobotę Lola zażądała wreszcie upieczenia pierniczków, przy piątej blasze wycinanek mamrotałam już niecenzuralne słowa. "Pieprzone choineczki" zdaje się, ale tak, żeby Lola nie słyszała.

Rzut numer dwa - rozejrzałam się po domu z niesmakiem. Przetarłam stół. Ułożyłam skarpetki w szufladzie - nie pytajcie, dlaczego uznałam to za element świątecznych porządków, bo nie wiem. Zdjęłam firanki z pokoju Loli. Pralka uprała. Uznałam, że chociaż pomarszczone, to czyste i powiesiłam bez prasowania. Reszta została, jak leży. Niesmak pozostał...

Rzut numer trzy - w nadziei na odkrycie nowego Graala wypieków świątecznych, siadłam przy komputerze poserfować po blogach kulinarnych. Po wstępnej eliminacji  (sernika nie lubimy, dzieci nie lubią orzechów ani maku w cieście, mąż nie lubi ciast z kremem, ja się odchudzam) postanowiłam upiec szarlotkę. Taki świąteczny akcent...

Rzut numer cztery...czekam na rzut numer cztery, który być może pozwoli mi pozbyć się stosu prania z łazienki, wkładów do butów narciarskich, które czekają na upranie, plam z kocich łap na szybach, zapleśniałych serków z lodówki i tajemniczych plam z kanapy (ketchup? ślady po mordzie rytualnym? kocie wymioty po zjedzeniu krwistej myszy?)

W sobotę koło jedenastej dostałam nagłego ataku śmiechu. W domu kurz i rozpierducha, dzieci w pidżamach oglądają kreskówki, mąż zabiera się do śniadania, a ja siedzę na kanapie pod kocem i czytam fascynujące dzieło fantasy "Magia uderza". Zamiast jak 80 procent populacji tego kraju, stać w kolejce, ganiać z odkurzaczem czy mieszać kapustę.

Magio świąt, przybywaj! Rączym kłusem, najlepiej na tym świecącym reniferze, który stoi na tarasie, odkąd posłałam męża po choinkę. Typowe, swoją drogą. Wysyłasz męża po świerk, on przychodzi z jodełką  i świecącym na niebiesko reniferem pod pachą...Muszę przyznać, że osłupiałam na dłuższą chwilę, zobaczywszy ten wybryk świątecznej komercji:-) Chociaż w sumie wygląda słodko, zanurzony po te swoje świecące kolanka w śniegowych zaspach.

Renifer, a nie mąż rzecz jasna.

Mąż jest zanurzony wyłącznie w Wigiliach, co mnie bawi niemal do łez. Od miesiąca odbył już jakieś osiem Wigilii w różnych gronach, z których większość organizował. Trochę się boję, że w piątek mąż przyodzieje garnitur, stanie za stołem i wygłosi zwięzłe expose na temat świąteczny, po czym poklepie nas po ramieniu i obdaruje czekoladkami w firmowym pudełku.

10:30, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (21) »
sobota, 13 listopada 2010
Wieśniaki szturmuja stolicę

A wszystko zaczęło się od błyskotliwego pomysłu mojego ojca, który przepojony idealistycznym stosunkiem do rzeczywistości postanowił zabrać wnuczęta na film "Zakochany Wilczek". W 3D, rzecz jasna. Żeby nie było za łatwo, postanowił pojechać pociągiem. My, wieśniacy, rzadko mamy okazję przemieszczać się komunikacją inną niż samochód, więc dla dzieci to atrakcja. Kiedy zaczęlismy liczyć amatorów Wilczka, wyszło nam, że do stolicy udajemy się w składzie: Ola i Kuba (czyli moi siostrzeńcy), Misiek (pogardzający animacją 3D, ale zdeterminowany zjeść swój przydział nachos z sosem serowym), Lola i jej przyjaciółka Madzia, która akurat u nas nocowała, więc załapała się przypadkiem. Oraz - główny menago Dziadek, menago pomocniczy Babcia i animator młodzieżowy Asia. Cel: Złote Tarasy. Środek tranportu - pociąg podmiejski. Dzieci - pięcioro.

- Daleko jeszcze?- to pytanie pomnożone razy cztery (Misiek się alienował z wyżyn swoich 12 lat) padło jakieś dwadzieścia razy. Odpowiedź była niezmienna - 10 minut, bo mi się nie chciało patrzec wciąż na zegarek. Kiedy Lola pytała znowu po jakimś czasie, odpowiadałam - No przeciez ci mówiłam, że 10 minut -

Wysypaliśmy się na dworcu jak stado kurcząt, nerwowo jeszcze raz przeliczając dzieci. Wciąz było pięcioro, uff. Złote Tarasy stały się przedmiotem zażartej licytacji, a licytacja przedmiotem ubawionych uśmiechów wytwornych warszawiaków - A ja tu byłam! - - A ja byłam dwa razy! -  - Phi, ja byłem co najmniej cztery - nawet Misiek, starannie unikający przyznawania się do nas, nie wytrzymał i zalicytował.

Sama radość! Schody, takie fajne, ruchome i tak ich dużo...- Uwaga na nogi! Wciaz mamy pięcioro? A gdzie Misiek? Dziewczyny, nie zmieścicie się we trzy! Ola, uważaj, schody się kończą! -

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć..dobra, zgadza się.

Zbieranie zamówień na okołokinową konsumpcję zajęło mi bardzo nerwowe dziesięć minut, kiedy to młódź wybierała, zmieniała zamówienia, i jeszcze raz zmieniała, i ustalała, kto z kim je popcorn...Dziadek, jako pomysłodawca, został wybrany na ofiarę, czyli opiekuna kinowego. Zgodził się tak łatwo, że przypuszczam, ze jednak sam  miał ochotę obejrzeć Wilczka w 3D. Pomogłam mu usadzić nasze kurczątka, wciskając do łap popcorn, okulary i picie, i uciekłam.

Uciekłam w podskokach, żeby razem z matką rodzoną zażyć wolności. Wolność miała smak grzebania w ciuchach, obwąchiwania absolutnie boskich kozaczków i smak gorącej czekolady z Wedla. Skończyła się boleśnie i zaskakująco szybko.

Apel dla wychodzących z kina: raz, dwa, trzy, cztery, pięć...Jak dotąd, sukces. Teraz pizza - jak się pogrążać, to z rozmachem. Szczebioczące stadko: A wiesz, ciociu, a wiesz, Babciu, a wiesz, Mamo, a ten wilczek, a mi sie podobało, a to było fajne.....powoli przemieszczało się w stronę pizzerii. Łowiąc po drodze spojrzenia pełne ubawienia (słodkie dzieciaczki), politowania (ludzie nie powinni mieć tyle dzieci, cud, że wszystkie  mają buty), irytacji (czemu w ogóle istnieją na świecie bachory, które zastawiają ruchome schody), dosterowaliśmy grupę mieszaną (plus Misiek, który szedł z boku, udając, że on osobno) do największego stołu w pizzerii.

Za ogromny sukces uważam fakt, że nasza mała piątka przyswoiła pokarm, nie tłukąc niczego, nie rujnując sobie ubrań i nie została wyproszona za zbyt głośne zachowanie. Nam, dorosłym, jakos apetyt odebrało.

Wróciliśmy w niezmienionym składzie - mama zwierzyła mi się, że nigdy w życiu tak często nie liczyła do pięciu. Stanęliśmy wszyscy (jeszcze raz: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć) na peronie, niebo ciemniało, wiał lekki wiatr znad jeziorek, przynosząc zapach lasu i jesieni.

- Ale tu u nas fajnie - pisnęła Lola.

- I tak ładnie pachnie - poniuchała Ola

- Cicho tak - westchnęłyśmy z mamą.

Wszedzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wieśniacy wrócili do siebie.

PS Ten wpis dedykowany jest absolutnie genialnym istotom: matkom trojga i więcej dzieci, z uznaniem za zachowanie zdrowia psychicznego:-)

16:15, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (22) »
czwartek, 11 listopada 2010
wolny dzień

Czczę niepodległość. Ze wszystkich sił. W duchu tej wolności doprowadziłam do blasku dom i zebrałam trzy worki suchych roślin z ogródka. Upiekłam szarlotkę - trochę niefortunnie, bo chyba powinnam mazurka, i zrobiłam na obiad łazanki z sosem, z ubolewaniem odnotowując brak podobieństwa do bigosu i innych potraw narodowych. Kotłowałam się z dzieciakami i łaziliśmy po okolicy, ale koniec tego, bo zaczyna właśnie lać.

Moje dzieci, prawidłowo wyedukowane patriotycznie, śpiewają "My, pierwsza brygada" i tym podobne pieśni. Swoją przynalezność narodową zaznaczali też w szkole, nosząc w środę biało - czerwone kotyliony. Które, zaznaczam, wykonywałam poprzedniego wieczoru razem z Miśkiem pod kierunkiem Loli.

- Rany, kto w ogóle wpadł na taki pomysł - wymamrotałam wściekła, międląc oporną bibułkę, która odmawiała uformowania się na okrągło.

- Prezydent Komorowski - odpowiedział równie zgnębiony Misiek - i coś tak mamo czuję, że właśnie stracił nowe pokolenie wyborców -

Jednym słowem robię to, co robią zazwyczaj samotne matki dzieciom. Mąż albowiem oddalił się w celach edukacyjno relaksacyjnych do słonecznej Hiszpanii, gdzie przebywa aż do poniedziałku. Dzwoni i mówi, że tęskni. Ha! Też mogłabym tęsknić z jakiegoś miłego miejsca!

Po niedzielnym sponiewieraniu doszłam wreszcie do siebie, choć trochę powoli mi to szło. Wiek już nie ten i w ogóle... Bo ja rzadko chadzam na imprezy. A na TAKIE imprezy - czyli darmowe drinki i bez męża u boku - jeszcze rzadziej. Więc, hmm, otwarłam się na nowe możliwości. I tak  dobrze (tu czekam na pochwały), że moja kreatywnośc ograniczała się do alkoholu.

Normalnie się nie upijam. Never. Mam wmontowaną blokadę: jak już czuję, że mam dość, szybko się zwijam. Ale w niedzielę wpadłyśmy z koleżanką na, jak się okazało, zgubny pomysł. Postanowiłyśmy mianowicie próbować po kolei wszystkie drinki z karty. Były żółte, niebieskie i różowe, po czwartym zgubiłysmy rachubę, które już piłyśmy, więc możliwe, że trochę mogłyśmy dublować. Pamiętam wszyściutko - do piątego drinka. A potem też....Ale jakby słabiej. No cóż...było, minęło...grunt, że nie doszłam do etapu, który do tej pory wypominają mi przyjaciółki ze studiów (śpiewanie w dość chwiejnej tonacji "Chryzantemy złociste", siedząc pod stołem). Bo ja już jestem poważna i rozsądna. Szalenie.

16:02, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 listopada 2010
Trzy dni

Trzy dni...Upojne dni Nie Chodzenia Do Pracy. Od razu zobaczyłam przyszłość w bardziej radosnych barwach. Oczywiście do momentu, kiedy siadłam przy biurku i przeczytałam stos emaili, w większości roztrząsających Najistotniejszy Problem Zawodowy - jak zorganizować pracę zespołu, żeby dotrzymać terminów, a jednocześnie nie oddawać całkiem gównianych odcinków (gwoli wyjaśnienia - w  tej chwili wydaje mi się to całkowicie awykonalne).

Ale miałam te trzy dni i nikt mi ich nie odbierze.  Byliśmy w lesie - liście, dużo liści. Wszystko szeleści i pachnie. Dzieci kotłowały się w stosach liści, a mąż z nawiedzonym błyskiem w oku ganiał z aparatem, skakał i czołgał się, żeby uchwycić słońce na mchu i puchate trawki.

Uprawialiśmy też sporty..Mąż na stare lata (tfu, wróć, w dojrzałym wieku młodzieńczym) zapragnął dorównać Miśkowi (bo ostatnio ciągle przegrywa z nim w szachy, co fatalnie wpływa na jego samoocenę) i kupił sobie rolki. Tak na moje oko radził sobie nieźle - w każdym razie przemieszczał się dość płynnie w obranym kierunku. Ale chyba coś poszło nie tak, bo kiedy wrócili, Misiek z podejrzanym błyskiem w oku relacjonował, jak to tata stracił równowagę w wąskim przejściu i huknął. Huknął malowniczo i skutecznie, obtłukując sobie godność i kość ogonową. Obolałemu mężowi zasugerowałam podłożenie sobie następnym razem gazety pod spodnie, co spotkało się z niczym nieuzasadnioną wroga reakcją i propozycją, żebym sama spróbowała. On chyba żartuje! Już dawno głoszę tezę, że hasło "sport to zdrowie" jest bardzo przereklamowane.

Sama jednak zostałam zmuszona do rekreacji, a raczej sportu wyczynowego, czyli biegania za rowerem Loli. Młoda opanowuje technikę dość wybiórczo - umie ruszać, zatrzymywać się, a także jechać przed siebie, hmm, szybko jechać przed siebie. A także wykonywać skręt, ale wyłącznie pod kątem 90 stopni. Po wykonaniu dwóch rund kłusem naokoło osiedla (mamo, boję się, musisz byc obok) nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Dobra, nowa metoda: wsiadaj i jedź, ja będę kierować zdalnie.  Lola rusza, rusza, a następnie oddala sie niczym wicher wprost przed siebie. Zaraz stracę ją z oczu. Wrzeszczę więc: Looolaaa!! Zawracaj!!!

- Nie umieeeemmmmm!!! Mamooo!! Ratuj!!!! - dolatuje mnie zrozpaczony głosik Loli, niknącej gdzieś w oddali wciąż na wprost, które to  "nawprost" zaraz się skończy i Lola nieuchronnie zbliża się ku:

a) nieuniknionej zagładzie, jak dinozaury

b)konieczności wykonania skrętu

c) bliskiego spotkania z ogrodzeniem

Hamuje tuż przed ogrodzeniem. Ja w międzyczasie dostaję zawału. Lola dostaje ataku histerii, bo "ona się boi i się nigdy nie nauczy". Obie dyszymy jak gończe ogary. Ja pitolę - posiadanie dzieci wiąże się z naprawdę dużym stresem!

A także z poświęceniem i wysiłkiem: mimo wstrętu do przeszczepiania obcych kulturowo świąt zostałam zmuszona przez moje, wychowane na amerykańskich kreskówkach, potomstwo do:

nabycia i powycinania ogromnej dyni, która, umieszczona na tarasie świeciła cały wieczór upiornym blaskiem,

wykonania halołynowych wypieków,

a co najgorsze, do pozwolenia Loli na chodzenie w przebraniu po osiedlu.

Co wiąże się się nie tylko z moim mało entuzjastycznym stosunkiem do tego zwyczaju, ale także z ryzykiem, że na naszym ultra katolickim osiedlu dziecię dostanie w łeb od nadgorliwej pańci. Ale Lola była jednym wielkim żebraniem - przez kilka lat z zawiścią obserwowała brata, który zbierał cukierki i widziałam, że jeśli jej nie pozwolę na chociaż ten jeden raz, będzie miała poczucie niesprawiedliwości życiowej. Poszłam z nią  do rodziców koleżanki, z którą się umówiła, żeby się upewnić, że nie będą łazić same.

- Spokojnie - powiedział tata - ja z nimi pójdę, tylko  do kilku znajomych domów. Bo w zeszłym roku jedna pani zwyzywała nas od satanistów i nazistów.-

Lola wróciła rumiana, zdyszana i tak szczęśliwa, że machnęłam ręką na moje ideologiczne wątpliwości. Chrzanić to! W końcu nie po raz pierwszy odpuszczam własne teorie i przekonania, żeby tylko  uszczęśliwić własne potomstwo.

 

10:49, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (14) »
czwartek, 30 września 2010
Medytacje

Moja przyjaciółka, z którą się ostatnio regenerowałam, jest niesłychanie radosną, rzekłabym nawet promienną osobą. Pomimo dość skomplikowanego życia osobistego udaje jej się zachowywać niezmąconą pogodę ducha. Bardzo zainspirował mnie jej przepis na taki stan psychiczny - moja przyjaciółka mianowicie medytuje. Nie w sensie medytowania, co dziś na obiad, albo gdzie jest druga skarpeta dziecka, ale w takim całkowicie dosłownym znaczeniu.

Ponieważ, co tu kryć, mój stan ducha nieco odbiega od buddyjskiej równowagi , postanowiłam spróbować. Zgodnie z instrukcją, żeby nie było...

Dobra, co by tu...acha. Wygodny dres, koc, podłoga. Kladziemy się, zamykamy oczy. I..poowoli rozluźniamy wszytkie mięśnie. Noga...druga...rany, ścierpła mi łydka od tego leżenia..kolano..auć, plecy mnie bolą, rozluźniamy plecy...co by tu jeszcze rozluźnić...

- Mamo - wydarła mi się Lolka do ucha - co robisz? -

- Medytuję, dziecko - wymamrotałam półgębkiem starając się rozluźnić rękę, co było trudne, bo Lola na niej siedziała.

- To ja z tobą! - sapnęłam ciężko, kiedy Entuzjastycznie Nastawiony Medytant rozłożył mi się na żołądku - Ale fajnie się z tobą medytuje - zaszczebiotała Lola, radośnie kiwając nogą.

- Hej, ja też chcę - pozazdrościł Starszy Medytant i oderwał się od komputera - złaź z mamy, Lola! -

Ponieważ zgodnie z przewidywaniami, Medytanci w ciągu trzech minut się pobili, ewakuowałam się na z góry upatrzone pozycje. Wlokłam za sobą rozluźnione kończyny dolne i nierozluźnione kończyny górne, co powodowało dość bolesną dysharmonię ruchów.

Dobra, again, podłoga, koc, leżymy, rozluźniamy. Bosko. Teraz powoli opróżniamy umysł...czy ja wyrzuciłam śmieci? rany, na śmierć zapomniałam, że trzeba wystawić makulaturę...opróżniamy, przestajemy myśleć....trzeba umówić Lolę do alergologa..uwiera mnie zapięcie od biustonosza...chyba muszę zejść i ich uciszyć....czemu znowu pada, nawet nie mogę zgrabić liści...o matko! Liście dla Loli na jutro...

Podrywam się, nieco połamana - Lola!!! Idź do ogródka, zbierz liście do szkoły! Misiek, pomóż jej, tylko się nie pobijcie!!!-

Kładę się z powrotem. Ok, może teraz szybciej, bo muszę kolację robić: rozluźniamy się, relaksujemy, opróżniamy umysł...Ok, już prawie o niczym  nie myślę...no dobra, jednak myślę...nie myślę....

- Mamo!! - budzi mnie szarpanie za rękaw - długo jeszcze będziesz medytować? Bo głodni jesteśmy -

Do licha, zaczynam szczerze podziwiać moją przyjaciółkę.  To wcale nie jest takie łatwe, jakby się wydawało. W dodatku plecy mnie bolą.

11:08, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (13) »
środa, 01 września 2010
kocie mity

kot

Kot. Taki sobie zwykły felis domestica. O umaszczeniu poniekąd kompromisowym (mamo, ja chcę białego kotka! Ale ja lubię rude, zawsze marzyłam o rudym kocie! Mamo, nie słuchaj jej, najfajniejsze są czarne koty). Obalamy kocie mity:

Kot przywiązuje się do miejsca, a nie do ludzi. Akurat. Wytłumaczcie to mojej kotce, która za każdym razem, kiedy wyjeżdżamy, po prostu zwiewa z domu. Czasem pozwala się dokarmić, czasem myszę zakąsi. Ale zawsze jakimś ósmym kocim zmysłem wyczuwa nasz przyjazd. Siedzi na podjeździe, zmarnowana, wychudzona,  i czeka. Po czym przez dwa dni demonstruje mega urazę, ale pilnuje nas jak owczarek niemiecki.

Kot jest egoistą. Mój nie jest. Hojnie dzieli się upolowanymi myszami i jaszczurkami w dowolnych ilościach, co tam, myślę, że nawet Whiskasa by mi odstąpił, gdybym poprosiła.

Kot jest samowystarczalny emocjonalnie. No, pod tym względem mój jest szczeniakiem labradora. Do spania jest kanapa, ale obowiązkowo z leżącym na niej ciałem. W zimowe noce najlepszy jest materac z dziecka. I ścieśnijcie się na tej kanapie, to na pewno pomieścimy się wszyscy - ja przeciez mogę leżeć równocześnie na czterech waszych kolanach. A w ogóle przytulcie mnie wreszcie!

Kot ma dziwne poczucie humoru. No, hmm, to akurat się zgadza. Na pewno mnie nie znajdziecie! Tylko, cholera, krawacik mi widać, muszę nosić ciemniejsze stroje.

kot

 

13:09, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (11) »
środa, 25 sierpnia 2010
zdjęciowo

Przyjechaliśmy do hotelu późnym wieczorem i natychmiast polecieliśmy zobaczyć morze. Ach, pachnie...glony i słona woda. Popatrzyliśmy na wprost z zachwytem głębokiem - wooooda, dużo wody i księżyc. Popatrzyliśmy w prawo - piasek, dużo piasku i światła hoteli, potem  w lewo....i nagle, w dziwny, niewytłumaczalny sposób poczuliśmy się jak w domu:-)

krzyż

Od razu lepiej, co tam obce morza, grunt, że swojskie akcenty w pobliżu.

Hotel był taki zwykły, hotelowaty, ale miał na wyposażeniu ładny księżyc, o właśnie taki:

noc

Misiek i Lola wypełniali sobie dnie dogłębnym poznawaniem okolicznej fauny, Misiek raczej wzrokowo, Lola preferowała kontakt bezpośredni (tak, wzrok was nie myli, ona naprawdę dotyka meduzy, błeeee):

Misiek

Lola

Brzucha męża jest nieodłączną i płasko przylegającą do męża częścią, więc nie znalazłam zdjęcia, na którym występują oddzielnie:-) znalazłam za to mój własny, ale  jakoś ja i mój brzuch razem nie tworzymy takiej harmonijnej całości, więc umówmy się, że jak już opanuję tajniki fotoszopa i fotomontażu, wkleję swoje zdjęcie. Tylko nie zdziwcie się, że będę miała tatuaż na ramieniu dokładnie w tym samym miejscu co Angelina Jolie:-)

Bułgarzy mają swoiste, nieco nekrofilskie poczucie humoru:

ryba

 Ale mogę im to wybaczyć, przynajmniej niektórym z nich:

mięśniak

Był bossski - zrobił w takiej pozycji ze czterdzieści pompek:-)

To na razie tyle, bo praca mnie wzywa.

13:36, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (7) »
wtorek, 24 sierpnia 2010
rozliczenie urlopowe

Się zebrałam w sobie i donoszę, że w przerwach między słabościami ciała udało mi się wypełnić większośc punktów programu urlopowego.

Lola cierpi na deficyt naszej uwagi. Najwyraźniej potrzebuje go w ilości większej niż standardowa, bo przez ten tydzień była słodka jak anioł. Ale: tulona, całowana, głaskana, bez przerwy przy nodze jak szczeniak. Zaskoczyło mnie to, że znienacka odkryli się nawzajem z tatusiem. Mąż preferuje na co dzień rozrywki z Miśkiem, bo chłopaki świetnie się razem bawią - szachy, piłka, meczyk w TV, a Lola jednak orbituje trochę z boku. Na urlopie mąż zauważył nagle, że ma fajną córkę, która bez słowa skargi maszeruje z nim kilometrami brzegiem morza, uwielbia nurkować i zadaje sensowne pytania. W cieple ojcowskiej uwagi Lola rozkwitła jak pączek, do tego stopnia, że wczoraj udało się jej coś niesłychanego. Tatuś nauczył ją jeździć na rowerze, o czym z matczyną dumą donoszę. Tak, wiem, że w tym wieku to żadna sensacja, ale z punktu widzenia Lolki to wydarzenie na skalę pierwszego kroku na księżycu. Strasznie się wstydziła, że nie umie jeszcze jeździć na dwóch kółkach, a teraz pławi się w nowo odkrytym poczuciu samozadowolenia. Które, mam nadzieję, wystarczy jej na jakiś czas, bo znowu zaczyna się harówka i boję się, ze trochę ją zaniedbamy.

Obawiam się, że pochłonięta dolegliwościami pokarmowymi i dziećmi nie poświęciłam kwestii męża wystarczająco dużo uwagi. Ale jednak zarejestrowałam mimochodem, że mój czterdziestokilkuletni mąż wciąż jest przystojnym, niebieskookim facetem z płaskim brzuchem i seksowną opalenizną i zamierzam uważniej przyjrzeć się tym walorom w najbliższym czasie:-)

Mój umysł zresetował się cudownie przy pomocy książek Mendozy ( "Brak wiadomosci od Gurba" - prześmieszne) i dodatku do Polityki - Omnibusa - mega pakietu łamańców umysłowych. Codziennie przebijaliśmy się przez nie rodzinnie i indywidualnie na zmianę, aż nam mózgi z wysiłku parowały, a oczy zachodziły mgłą:-) Okazało się, że jednostkowo moze niekoniecznie, ale razem radzimy sobie bardzo dobrze, całkiem jak pszczoły albo mrówki robotnice - taki umysł zbiorowy. Jak widać, rodzina to potęga...

A zdjęć nie mam. Siedzą w aparacie i czekają na wrzucenie. I nie mogę się doczekać, bo strasznie chcę wam coś pokazać:-) Może jutro?

11:34, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (14) »
piątek, 13 sierpnia 2010
spadam stąd

Czuj czuj, czuwaj! Druhna Asia wyrusza w świat. Niezbyt daleki, bo do Bułgarii. Niezbyt szeroki, bo, jak znam życie, w promieniu 5 kilometrów od hotelu. Wyrusza jednak dziarsko, dzierżąc u szyi uwieszonego ukochanego małżonka, a u rąk obydwu małoletnich w kąpielówkach. Do zabrania: Aparat, klapki i coś na ból głowy. Spray do odganiania niemieckich emerytów z leżaków przy basenie. Czapka niewidka, żeby się schować przed własnymi dziećmi, peleryna Harrego Pottera, żeby schować swe wątpliwe wdzięki przed widokiem publicznym (no dobra, niech będzie pareo).

Udało mi się. Po złożeniu uroczystej przysięgi przed szefową, że Manueli włos z głowy nie spadnie podczas mojej nieobecności. Po uzyskaniu równie uroczystej przysięgi, że producent mojego ukochanego serialu, przy którym dłubię od półtora roku, nie przewróci mi znowu odcinka do góry nogami, przyprawiając mnie o apopleksję. Po wyżebraniu od rodziców obietnicy, że kotka nie padnie z głodu, a kwiatki z pragnienia.

I po co te całe zabiegi? Po to, żeby tydzień pomoczyć tyłek w obcym morzu i połazić po piachu.  Lekko frustrujące, nie sądzicie? A gadania i nadrabiania tyle, jakbym wyruszała na dwumiesięczny rejs do źródeł Amazonki.

Plany mam nieskomplikowane:

1 odkryć, co się dzieje z Lolą. A dzieje się coś niedobrego, sądząc po jej ostatnich wystąpieniach ( jestem głupia! zabiję się! nie mogę tego zjeść, bo się odchudzam! - wszystko bez racjonalnego powodu podane przez chudą, otoczoną miłością rodzinną siedmiolatkę). Wstępna diagnoza - skłonność do dramatyzowania i chęć zwrócenia na siebie uwagi, ale pacjent musi zostać poddany obserwacji.

2. patrzeć czule w oczy (niebieskie) męża, tak, jakby te ostatnie siedemnaście lat małżeństwa było tylko miesiącami. Bo z praktycznego punktu widzenia najwygodniej zakochać się we własnym mężu - dużo mniej komplikacji, a satysfakcja gwarantowana.

3. odreagować Manuelę - wybieram się dziś do Empiku na poszukiwanie książki o dużym ładunku dystansu do świata i satyrycznego humoru.

4. Być. W sposób bierny, nieskomplikowany  i przyjazny dla świata.

Przyjaźnie, łagodnie, niezbyt aktywnie pozdrawiam:-)

 

09:40, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4