Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
wtorek, 04 stycznia 2011
no dobra, obciach - reaktywacja

Pamiętałam! W przeciwieństwie do poprzedniego roku, kiedy to gnałam spóźniona i zestresowana, że za chwilę mnie zamkną w przytulnej celi albo obciążą finansowo równowartością kilku par butów, w tym roku postanowiłam przechytrzyć system. I pamiętałam, i chodziłam dumna, że pamiętam, przez cały ostatni tydzień. I tak się doczekać nie mogłam, upojona własną przemyślnością, że pojechałam na badanie techniczne calutki tydzień wczesniej.

Pomna przeżyć zeszłorocznych, postanowiłam się solidnie przygotować. Sadystom, uwielbiającym czytać o upokorzeniach bliźnich, polecam ten wpis

 Zaparkowałam sobie zgrabnie przed wejściem do biura i oddałam się memoryzowaniu (prawda, jakie ładne słowo?) poszczególnych elementów przeglądowych. Fakt, przyznaję, mogłam wygladać trochę dziwnie, siedząc w samochodzie, gadając do siebie, podnosząc na zmianę obie ręce (lewa, prawa, lewa, prawa, kretynko, prawa to ta od łyżki) i poklepując różne fragmenty deski rozdzielczej. Ale to naprawdę nie tłumaczy tego, że pani z kasy przysunęła fotel do witryny, żeby mieć na mnie lepszy widok.

Za to wjechałam do hali pewna i dumna. Miłego mechanika Władka nie było widać na horyzoncie, za to był starszawy, potwornie ponury koleś, który wyglądał tak, jakby jeszcze przeżywał problemy trawienne z Sylwestra. Ale co tam, tym razem byłam jak żyleta. Nie dość, że wiedziałam, gdzie się otwiera maskę, to jeszcze bezbłędnie rozróżniłam kierunkowskazy i , o cudzie, wiedziałam, gdzie mam światła przeciwmgielne!

Emanowałam taką dumą i samozadowoleniem, że blask mego szczęscia spłynął nawet na ponurasa, który łaskawie uznał, że mój samochód, nawet z przepalonym światłem pozycyjnym, nadaje się do dalszej jazdy i na koniec posłał mi coś w rodzaju ćwierćuśmiechu.

W podskokach i z przyśpiewem podążyłam do kasy, żeby opłacić chwilę mojej satysfakcji. Wprawdzie pani w okienku, pomna dziwacznej pantonimy, jaką odstawiłam wcześniej, spojrzała na mnie ze wstrętem, ale oślepiłam ją blaskiem stuwatowego uśmiechu. Pod wpływem takiej ilości luksów pani stopniała i zaczęła w nastroju przyjaznym wypisywać rachunek. Po czym na koniec dokładnie obejrzała mój dowód rejestracyjny ze świeżutką, jakże zasłużoną pieczątką. Obejrzała, spojrzała na mnie, jeszcze raz na dowód...W końcu bardzo ostrożnie i łagodnie spytała: - A czemu pani właściwie przyjechała na przegląd? Bo wie pani, termin mija w styczniu, ale dopiero za rok...?-

Ehmm. Wczytałam się dokładnie w poprzednią pieczątkę. Cóż, faktycznie, w przyjętym w Polsce systemie zapis 11.01.12 można przeczytać i w ten sposób, czyli jedenastego stycznia roku dwunastego....

Moje sto watów zgasło jak po awarii bezpieczników. Wzięłam od pani dowód, pozamiatałam szybciutko resztki godności własnej z podłogi i oddaliłam się chyłkiem. Ja pitolę!

Teraz mam w dowodzie piecząteczki datowane kolejno na: 11.01 12 i 03.01.12. Kiedy powinnam pojechać na następny przegląd? Może policzyć to za dwa lata i pojawić się w dwutysięcznym trzynastym? Hę?

piątek, 31 grudnia 2010
O fak!

Dopisek do ostatniego wpisu.

Tylko ktoś w poziomie umysłowym krewetki (czyli ja) mógł zapomnieć w ferworze walki z Sylwestrem o jednym maniunim drobiażdżku. Takim mianowicie, że owszem, spędza go w domu, ale z zaproszonymi przez siebie gośćmi......

Wprawdzie to rodzina, czyli moi rodzice, brat i siostra z mężem i potomstwem, ale do licha, jakby nie liczyć, to jedenaście osób do nakarmienia. Zdaje się, że nie pójdą na to, że w ramach protestu przeciwko układom jemy tylko paluszki (których nie mam zresztą)?

Trudno. Tu następuje, niestety nie sponsorowana, reklama produktów trwałych, ze szczególnym uwzględnieniem wyrobów Hortexu i Delekty.

Otwieramy kilka słoików i mamy michę sałatki. Done.

Mieszamy różne tajemnicze proszki z mlekiem/jajkiem/margaryną i mamy apetyczne babeczki, ciasto i kulki czekoladowe (z nutą mięty). Done.

Wyciągamy z tajemniczego, meczowego  schowka męża nachos, popcorn i chipsy i proszę, talerz przekąsek gotowy. Done.

Dzwonimy do mamy i bez większego wysiłku otrzymujemy gar bigosu (no wiem, matka nie jest produktem trwałym, ale za to pewnym jak podatki). Done.

Jeszcze tylko karton barszczyku, zachomikowany przed Miśkiem zapas Coli i voila!

Impra na całego. Dusza mi się buntuje, bo programowo miał być koc i książka ("Radio duchów"), ale za to chwilowo przepełnia mnie duma skrzętnej i zapobiegliwej gospodyni. Nie ma to jak świąteczne, niewykorzystane zapasy.

No, i wygląda na to, że nie ma przebacz, do północy oka nie zmrużę:-) A później najwyżej wypowiem słynną kwestię teścia, z którym  łączy mnie niechęć do przedłużających się zabaw:

"No to się pobawiliśmy. Ale zapraszałem na Sylwestra, a tu juz wiecie, Nowy Rok...."

Nienawidzę Sylwestra

No, wreszcie to powiedziałam.

Bez żadnych racjonalnych powodów, z czystej przekory. Bo, cholera, ten przymus bawienia się doprowadza mnie do furii. Dzień wcześniej i dzień później bez problemu z flaszką posiedzę i pół nocy (na całą noc nie ma co liczyć), w Sylwestra już od ósmej popadam w narastająca irytację. Bo nawet gdybym w odruchu słusznego buntu zaszyła się w łóżku o dziewiątej, cały świat będzie mi przypominał o tym, że Wszyscy Się Bawimy W  Ten Wspaniały Kurna Dzień.

- Jutro jest pierwszy dzień nowego roku? - pyta Lola z szeroko otwartymi oczami - I co się wtedy zmieni? -

- Nic, cholera, nic - mamroczę do siebie, nauczona wieloletnim doświadczeniem.

Dawno temu jeszcze próbowałam. Mój pierwszy Sylwester z wtedy jeszcze nie mężem skończył się naszą pierwszą karczemną awanturą. Sylwester w jakimś kieleckim ośrodku kultury - porażka. Sylwester w hotelu - masakra. Sylwester  z przyjaciółmi - kłócili się oni, co też było frustrujące.

Dlatego od lat konsekwentnie odmawiam udziału w jakichkolwiek imprezach sylwestrowych. Odliczajcie sobie do upojenia te sekundy, pijcie szampana (nienawidzę szampana!), i obsypujcie się konfetti. I bawcie się dobrze, słowo, trzymam za was kciuki. Tylko nie każcie mi współuczestniczyć w tym szaleństwie.

Bo następnego dnia rano wstanie takie samo niemrawe słońce, posypie tym samym śniegiem, a ja znów zacznę myśleć odruchowo o podsumowaniach i postanowieniach, których i tak nigdy nie dotrzymuję.

Moje postanowienia minimalistyczne na rok 2011 - przeżyć. Dać żyć innym. Nie utyć zbyt wiele. Nie zapuścić się umysłowo ponad dopuszczalną dla wieku normę.  Wytworzyć sobie kilka nowych zmarszczek od śmiechu. Posadzić kilka nowych roślin. Dokończyć telenowelę i posłac ją w diabły, czyli na ekran. Czasem być miłą dla ludzi, ale nie za często.

No, teraz chyba uda mi się zrealizować te postanowienia noworoczne?

poniedziałek, 20 grudnia 2010
Bulimia książkowa

Ostatnio potwornie dużo czytam. Zaobserwowałam z niepokojem, że to już nie jest takie relaksacyjne czytanie, ale rodzaj książkowej bulimii. Złapać, łyknąć niezależnie od wartości odżywczych, wydalić z mózgu, i następna, i następna... W sumie nic dziwnego, niektórzy  zagłuszają stresy kompulsywnym jedzeniem, a ja kompulsywnym czytaniem. A że ostatnio praca mnie mocno stresuje, to po ośmiu godzinach czytania za biurkiem łapię w domu dowolną zadrukowaną treść i pochłaniam łapczywie.

Pocieszające jest to, że poniekąd przy okazji przeczytałam kilka naprawdę dobrych książek, na przykład nową książkę Margaret Atwood "Rok potopu". Zupełnie inna, niż moje ulubione do tej pory, ale po pierwszych trzech rozdziałach złapałam rytm i wsiąkłam.

Mam też na koncie niepowodzenia. "Erynie" Krajewskiego na przykład. Przysięgam, usiłowałam to przeczytać przez tydzień chyba i nie dałam rady. W połowie zorientowałam się, że wciąż nie jestem zainteresowana, kto zabił, jak komisarz to odkryje, i że generalnie nie znoszę głównego bohatera.

Ale przy okazji po raz kolejny odkryłam siłę pierwszych zdań. To jest jak odwijanie sreberka z czekolady - jeszcze się nie wgryzłam, a już ślinię się łakomie, jak będzie smakować reszta.

Są takie książki, których pierwsze zdania dają przedsmak całości, w tak sprytny sposób, że po przeczytaniu wracam do tego początku, żeby się upewnić - tak, to faktycznie się wiąże z resztą:-)

"Mając niespełna lat trzynaście, mój brat Jem doznał skomplikowanego złamania ręki w łokciu". Tak się zaczyna "Zabić drozda". I słowo daję, kiedy przeczytasz całość, wracasz do tego zdania, bo okazuje się że piętrowa, skomplikowana i wzruszająca historia kończy się faktycznie właśnie tak - złamaniem ręki chłopca.

"Wiem,  że kiedy wstawałam w piątek rano, czułam się dobrze; byłam najwyżej nieco bardziej otępiała niż zazwyczaj" -  to początek "Kobiety do zjedzenia" Margaret Atwood - banalna rozbiegówka do niemal psychotycznych jazd bohaterki. Kiedy to czytam, myślę sobie: ile ludzkich historii mogłoby się zacząć tak prostym zdaniem?

Niestety, żadna ze mnie intelektualistka. W mojej fazie bulimicznej pożeram z równym smakiem arcydzieła i gnioty, chociaż nawet tymi ostatnimi zdarza się zadławić. (Jeśli ktoś miałby ochotę nabyć "Pocałunek ciemności" Laurell Hamilton, szczerze odradzam, chyba że ma ochotę wczuć się w bogate, choć perwersyjne życie erotyczne półelfów).

Ale chyba zaczynam zwalniać. Od wczoraj czytam tylko dwie książki równocześnie. Z czego jedna to  "Polska Kuchnia Domowa". Mam nadzieję, że niejako przez osmozę nabiorę chęci upieczenia czegoś na święta...Jestem przy dziale "Drób", może zdążę dojść do "Ciast i deserów" przed Wigilią?

czwartek, 16 grudnia 2010
Czarna seria

Czyli Dziury ciąg dalszy.

Faktycznie, muszę przyznać, że Dzień Dziury był zaiste dziwnym dniem, obfitującym w dziwne wydarzenia. Z góry zaznaczam, że pisze prawdę i tylko prawdę i nie dodałam nic do naszych redakcyjnych niedoli...

Wróciłam, mokra  i ociekająca szambem, do domu, żeby się przebrać. Bo pal licho wodę w butach, ale ten subtelny aromat, unoszący się wokół mnie, przywodził na myśl wiosenne nawożenie pól gnojówką, a nie jest to skojarzenie, jakie chciałbym budzić w kolegach scenarzystach.

Przebrana pobieżnie w suche byleco pognałam na spotkanie. Pognałam oczywiście tylko w przenośni, bo w międzyczasie zaczął padać śnieg, który automatycznie sprawił, że nawet szczeniak jamnika przegoniłby sznur samochodów na wylotówce miasta. Może i dobrze, bo Stefan, obrażony moimi insynuacjami, przy każdym zakręcie zdradzał chęć odpoczynku w  najbliższym rowie.

Ponieważ byłam wciąż przemarznięta, mocno spóźniona, zmęczona i głodna, wpadłam na parking przed halą w stanie wściekłej furii. A że furia odblokowuje moją skłonnośc do bluzgów, wyskoczyłam z samochodu z taką wiąchą na ustach, ze każdy praski żul pokłoniłby mi się w pas.

Ku mojemu zdziwieniu wpadłam na moich scenarzystów, którzy zamiast siedzieć i planować życie Arturra, otaczali główną scenarzystkę, mrucząc pocieszające murmuranda.

- Samochód mi ukradli - Marta podniosła na mnie oczy zranionej sarny - z garażu.  Ukradli. Moją Tojotkę kochaną -

Faki zamarły mi na ustach. Przyłączywszy się pocieszeń, zwierzyłam się przy okazji z własnych porannych rozrywek, po czym niebacznie spytałam scenarzystkę Ewę, czy już wyjaśniła dziwny wypływ kasy z jej konta, który tak przeżywała przy ostatnim spotkaniu.

- Tak, k... - bluznęła niezwykle spokojna zazwyczaj Ewa - pewnie, że tak. Okazało się, że na mój ukradziony dowód ktoś wziął kredyt, a teraz z odsetkami narosło mi tego podobno 10 tysięcy. I nie wiadomo, czy to się w ogóle da odkręcić! -

Poczułam, ze w środku buduje mi się coś, czemu muszę dać ujście, bo zaraz ekspoduję i zniszczę halę zdjęciową.

- Czy ktoś jeszcze - wrzasnęłam - czy ktoś jeszcze powie coś gorszego, co może to wszystko przebić? -

Scenarzysta Krzyś dyplomatycznie odsunął się na kilka kroków, po czym wyszeptał:

- Byłem w kuchni. Nie mają mleka do kawy...-

I zapadła grobowa cisza.

środa, 15 grudnia 2010
Dziura

Nie lubię jeździć zimą po naszej jedynej przelotowej asfaltówce przez wieś. Dwie wąziutkie koleiny wyżłobione w sniegu są tylko pozornie czarne i suche. Każdy minimalny ruch kierownicy sprawia, że Stefan (mój samochód znaczy) rusza w pląsy jak uczestnik Tańca z Gwiazdami. Dlatego wczoraj ruszając spod domu rodziców radośnie przypomniałam sobie o skrócie, który pozwoliłby mi uniknąć sporego odcinka tej pląsawicy drogowej. I tak sobie kalkulowałam w swojej bystrej główce: skoro mam jeszcze dwie godziny do spotkania wyznaczonego na hali produkcyjnej, zdążę spełnić życzenie mojej matki, czyli kupienie opłatka...Bardzo lubię spełniać życzenia moich rodziców, których wzrusza nawet fakt, że dzwonię z pytaniem, czy nie kupić im bułek. - Miło mieć takie troskliwe córki -  powiedzieli, gdy wychodziłam - też chętnie ci pomożemy, jakby co -

Skrócik był przyjemny, droga wprawdzie całkowicie pokryta grubą warstwą śniegu, ale przejezdna. Na zakręcie, o dziwo, przecinał ją wartki strumyczek. Który przejechałam z fasonem, żeby ułamek sekundy później poczuć trzask i łupnięcie. Och, Stefan, sieroto jedna! Jak mogłeś nie zauważyć, że pod śniegiem jest lód, a pod lodem - półmetrowej głębokości Dziura, wyżłobiona przez strumyczek! Ale nas wpakowałeś! (czy wszyscy już zauważyli, że w chwilach kryzysu chętnie spycham winę na kogoś innego?).

Wyszłam, żeby ocenić szkody. Prosto w podstępną i niewidoczną kontynuację Dziury, a wtedy lód się załamał pod moim ciężarem (nie, no to była cienka warstwa lodu, o taka cieniuteńka, uwierzcie), w związku z czym malowniczo chlupnęłam po kolana w wodę. W wodę? No, nie wiem, dziwny ten zapach...Taki, hmm, organiczny...

Ach, no już wiem, co to za strumyczek - szambo nielegalnie puszczone z pobliskich domostw! Ślicznie, po po prostu ślicznie, Stefan i ja tkwimy po kolana i opony w szambie, i jakoś tak smutnawo mi się zrobiło i samotnie.

- Tato...pamiętasz, wspominałeś coś o pomocy? Bo ja chętnie skorzystam. Tylko weź kalosze -

Przyjechał tata. Z odsieczą i łopatą.  Łopata nie była szczególnie pomocna przy szambiastym strumyczku, ale tata owszem. Pchał. Ja pchałam na zmianę. Stefan jęczał i dymił. Dziura trzymała mocno. Zatrzymała się Pani z Psem.

- Musi pani zadzwonić do gminy, żeby wreszcie coś zrobili  z tą Dziurą -

Na szczęście na tym skończyła z kreatywnymi pomysłami, bo nie sądzę, żeby ci z gminy chcieli się taplać ze mną w strumyczku, i też zaczęła pchać. Tata pchał, Pani pchała, Pies, nie doceniając powagi sytuacji cieszył się z zamieszania, Stefan dawał z siebie wszystko. Ja zamieniłam się z tatą, który jako ćwierćinwalida po niedawnym upadku z drabiny nie bardzo się do pchania nadawał. Spod kół buksował śnieg z rozpuszczonym szambem.

Zatrzymał się Pan w Landroverze. Farciarz, ten to takie Dziury jednym skokiem załatwia. Pan się dołączył. No i  Pani w Czerwonym Opelku też, bo nie miała wyjścia - i tak zastawiłam cały skrót.

Rany boskie, jak w "Rzepce" normalnie, tylko boćka brakuje....

No i pchaliśmy, pchaliśmy, Dziura radośnie pluła szambem, Stefan wyrażał frustrację, Pies się cieszył. Jakąś godzinę to trwało. Ale  wypchaliśmy. Wyglądałam cudnie - do pasa niemalże pokryta śniegiem i szambem, w butkach pływały mi skarpetki, kurtka jak po zwiedzaniu kanałów - idealna kreacja na spotkanie ze scenarzystami. Stefan też nie był w najlepszej formie i łypał na mnie oskarżycielsko reflektorem. Co? To nie moja wina! To ty nie zauważyłeś Dziury, nie ja!

Grzecznie wyraziliśmy sobie różne tam wdzięczności i inne, rozchodząc się do samochodów, kiedy usłyszeliśmy głos Pani z Czerwonego Opelka, która właśnie ruszyła: - Przepraszam, ja właśnie wpadłam do takiej samej dziury, mogę państwo...?-

-Musi pani zadzwonić do Gminy...- prawie ugryzłam się w język, żeby się nie podzielić mądrością. Opelka też wypchalim.

Teraz mam potworne zakwasy. Kompletnie zniszczone buty o zapachu szamba. Wszystko łacznie z kurtką do prania. Katar jak cholera. Samochód prosto z Camel Trophy. Uraz do skrótów. Siwe pasemko na skroni. Nerwowy dygot na widok śniegu.

Mam dzwonić do gminy, żeby pokryli straty? Czy poczekać w domu na zwolnieniu lekarskim aż do wiosny? No, i czy mam przeprosic Stefana? Bo to, że mam unikać skrótów, to już sama wiem....

czwartek, 09 grudnia 2010
Jest nieśmiesznie

Ponieważ dzisiaj jestem naprawdę zła. I zaczynam poważnie myśleć o zmianie pracy, a to już niedobrze, bo jestem dość zrównoważoną osobą i byle co mnie nie wkurza.

Nie lubię telewizji. Nie lubię środowiska telewizyjnego. Chwilowo bardzo nie lubię mojej pracy. Nie od strony merytorycznej, tylko organizacyjno - projektowej. Ostatnio coraz częściej czuję się tak, jakbym została zatrudniona w firmie X do, powiedzmy zamiatania. A mój szef codziennie dorzucał mi kawałek podłogi więcej, potem uznał, że przy okazji mogę polerować meble, a później zarządził, że mam stanąć przy taśmie produkcyjnej, podpisać umowy z kontrahentem i zająć się reklamą produktu. Wszystko przy pomocy tej samej szczotki, którą dostałam na początku pracy...

Chrzanię taki system. Chrzanię taką robotę.

Nie macie pomysłu na fajne zajęcie dla absolutnie nie przebojowej,  introwertycznej, dość oczytanej kobiety w wieku średnim?

Kasa w Biedronce odpada (nie wytrzymam tak długo bez sikania), odśnieżanie zbyt sezonowe, nianią nawet dla swoich dzieci byłam kiepską, gotuję nędznie...

Za to czytam w trzech językach ( z tego w dwóch rozumiem to, co czytam), mam obszerną wiedzę na mnóstwo kompletnie niepotrzebnych i nieżyciowych tematów, znam się na pracach ogrodowych i wystroju wnętrz, ponadto umiem udzielać błyskotliwych, choć nie zawsze spotykających się z uznaniem porad na dowolny temat. Jakieś oferty?

 

niedziela, 14 listopada 2010
urodziny

Dzisiaj mam urodziny.

Kolejne, hmmm. Składam sama sobie serdeczne gratulacje za przeżycie kolejnego roku we względnym zdrowiu psychicznym. W sumie to robi się coraz łatwiejsze z każdymi kolejnymi urodzinami:-)

Kiedyś uważałam, że jestem piękna i głupia. Dość szybko zorientowałam sie jednak, że jestem brzydka i mądra. Po latach moja samoocena ustabilizowała się w strefie stanów średnich, co pozwala mi patrzeć w lustro, choć  wyłącznie w celach kosmetycznych, i odezwać się w towarzystwie, choć nie zawsze błyskotliwie.

To dziwne, ale właściwie lubię mieć urodziny.

Lubię cezury, punkty zwrotne akcji, podsumowania i listy postanowień. Lubię dostawać koślawe laurki, niedźwiedzie uściski i prezenty od rodziny. A dzisiaj dostałam w prezencie słońce i 16 stopni:-) Dzięki, listopadzie...

poniedziałek, 08 listopada 2010
Wpis odwołany

Dzisiejszy wpis zostaje zawieszony do odwołania z powodu ciężkiego przypadku  kaca.

PS. Gdyby ktoś mimo wszystko chciał skomentować to pożałowanie godne zwierzenie, uprzejmie proszę o ciche i dyskretne pisanie bez wykrzykników oraz o przesłanie mi litra kefiru.

Pozdrawiam, choć niezbyt wylewnie...wylewanie źle mi się kojarzy....

piątek, 05 listopada 2010
Eureka

Ja pier....! Eureka i alleluja! Nareszcie zstąpiło na mnie objawienie. Proszę o  pokłon i tytułowanie mnie od dzisiaj "Miszczem Telenoweli"!

Gdyż albowiem niebiosa zesłały na mnie wczoraj łaskę zrozumienia. Zamiast czterdziestodniowego postu i błąkania się po pustyni wystarczyło jedno, dwunastogodzinne planowanie kolejnych odcinków.

Od dawna wyzewnętrzniam się na blogu, jakim wyzwaniem jest dla mnie praca nad telenowelą. Z powodów oczywistych:

a) zasadniczo prawie nie oglądam telewizji

b) jeśli już siadam przed telewizorem, to oglądam wyłącznie filmy fabularne, ze szczególnie czułym pochyleniem się nad horrorami klasy B i mrocznymi dreszczowcami, Discovery Channel albo kreskówkę "Fineasz i Ferb"

c) jedyne wytwory serialowe, które jestem w stanie bez większego znużenia śledzić przez dłużej niż dwa odcinki, to "House", "Mentalista", "True blood",  "CSI" i "Ocalić Grace", czyli znowu krwiście i mroczno...

Nieustannie natykałam więc w swoim umyśle na blokadę pod tytułem: co ja do cholery robię? I do czego to w ogóle służy?

I nagle...tadam! Dwunastogodzinny maraton rozważania miliarda możliwości: co zrobić z naszymi bohaterami, i co oni zrobią, kiedy wpuścimy ich w te maliny, zaowocował nagłym olśnieniem: już wiem, na czym polega telenowela!

To bardzo proste, musiałam tylko otrząsnąć się ze swoich dawnych nawyków, że film ogląda się po to, żeby śledzić w napięciu akcję, zadziwiając się po drodze niezwykłymi przygodami bohaterów.

Przypuśćmy, że wymyślimy sobie, że w odcinku 120 naszą bohaterkę porywa UFO. I teraz uwaga, musimy mieć świadomość, że całkowicie nieistotne w tym przypadku są:

a) informacje dotyczące anatomii Marsjan i ich choćby najbardziej drastycznych upodobań kulinarnych

b) szczegóły napędu statku kosmicznego  i prowadzonych tam badań na ludziach

c) cel porwania, nawet jeśli miałoby to być dokonanie fascynującej krzyżówki gatunkowej z kosmicznym pajęczakiem, kolonoskopia przez gardło albo choćby banalna hipnoza celem zamachu na amerykańskiego prezydenta

Istotne jest Tylko Jedno: czy główny bohater zdąży uratować bohaterkę przed proszoną kolacją u cioci Antonelli, i czy w  międzyczasie zła bohaterka zdąży zaciągnąć go do łóżka. No i czy po porwaniu będą mieli jakieś przelotne (tak na trzy odcinki) problemy emocjonalne w swoim związku.

I tyle! Słowo daję, gdybym wpadła na to wcześniej, oszczędziłabym sobie wielu bezsennych nocy, a wam wielu żałosnych wpisów. Teraz jako Nowy Prorok Telenoweli jaśnieję wewnętrznym blaskiem, świadoma tego, że w cokolwiek ich nie wpakujemy, jakkolwiek idiotyczne będą ich kolejne perypetie, jest to doskonale i całkowicie nieistotne w obliczu faktu, że na koniec odcinka Adela powie w zaufaniu Danusi, że kiedy Manuela była na statku obcych, to ona widziała Artura w kawiarni z tą rudą małpą Mirellą.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7