Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
Kategorie: Wszystkie | indywidualnie ja | czytam | małoletni | miewam męża | rodzinnie | wewnętrzne życie Loli
RSS
piątek, 07 stycznia 2011
rodzeństwo

Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że z dziećmi jest jak z samochodami. Masz już jeden, opanowałeś konieczne czynności manualne, więc poprowadzenie drugiego  wymaga tylko chwili namysłu - gdzie wsteczny, światła i jak radio włączyć.

Figa, drodzy państwo. Jeśli Misiek jest samochodem, to Lola jest co najmniej statkiem kosmicznym z napędem telepatycznym.

Wychowanie Miśka jest proste jak dodawanie. Dużo poczucia humoru, trochę surowych min, mało rodzicielskiego gadania, dużo rozmowy, a w strategicznych momentach włączyć a)poczucie winy, b) poczucie obowiązku. I działa jak złoto.

Lola jest nieprzewidywalna, chaotyczna, wybuchowa i egocentryczna. Połączenie tych cech sprawia, że w ciągu sekundy ze słodkiej dziewczynki, która w fartuszku w kropki ugniata ze mną ciasto, zamienia się w biegająca i wrzeszczącą furię lub rozszlochany kłębek żalu nad sobą. Przy czym nigdy nie wiesz, naciśnięcie jakiego guzika sprowokowało wybuch.

Czynimy pewne postępy dzięki temu, że Lola chodzi do szkoły. Bo jej zakamieniały upór nie pozwala jej wprawdzie tak po prostu przeprosić, ale teraz przecież może to napisać.

Wczoraj w błogą popołudniową ciszę wdarł się histeryczny wrzask Loli:

- Ty durniu! Tu stokrotny durrrniu!! Precz! Wynocha z mojego pokoju!!!!! -

Acha, znaczy Lola pokłóciła się z braciszkiem...Misiek wzruszył ramionami i poszedł do swojego pokoju, gdzie zaczął głosno grać "Zombie" Cranberries na gitarze. Znaczy, wkurzony, ale nie chce mu się kłócić.

Za chwilę do pokoju Miśka wleciał niebieski balonik, na którym mazakiem było napisane: "Pszepraszam". Po minucie ten sam balonik wleciał do pokoju Loli z dopiskiem: "Ja też przepraszam, Yo:-)"

Przez co najmniej godzinę małoletni bawili się w zgodzie. Nagle - znowu wrzask, Lola jak pocisk przemknęła do swojego pokoju. Za chwilę usłyszałam łupnięcie drzwi, posypało się trochę tynku, a w pokoju został jeszcze dym, który wyleciał Lolce uszami.

- Co znowu? - spytałam Miśka.

- A nic, powiedziałem, że jej petshop jest piękny jak księżniczka - zarechotał Misiek bez żadnego poczucia winy, chociaż wie, potwór jeden, że Lola NIENAWIDZI księżniczek i to słowo jest dla niej obelgą.

Chwilę później do stóp sfrunął nam kolejny balonik, tym razem z namazanym grubo napisem:

"Nie pszepraszam i nie odpisuj!!!!!!!"

Postanowiłam zostawić Lolę w spokoju, żeby trochę ostygła z dymiących emocji, ale kiedy chwilę później z naręczem prania skierowałam się na górę, na schodach przywitał mnie napis:

napis

Nie wierzę, że z wiekiem Loli poprawi się charakter. Ale chyba mogę mieć nadzieję, że przynajmniej poprawi jej się ortografia?

poniedziałek, 06 grudnia 2010
kiedy Mikołaj powinien przestać jeść pierniki?

Niedziela - dzień świętego Mikołaja. U nas w tym roku nietypowo - potomstwo znalazło prezenty pod poduszką w niedzielę rano. Prezenty proste, ale wymagające różnego składania i kombinowania, więc podrzucenie ich w poniedziałek rano, kiedy  wiadomo, że z oglądaniem i zabawą trzeba poczekać do wieczora, wydawało nam się niepotrzebnym aktem okrucieństwa.

- Aaaaa! - triumfalny okrzyk Loli przeszył powietrze. Nie dlatego, że odkryła prezent, w końcu to tylko zabawka:-). Zbiegła boso z samego rana na dół, żeby sprawdzić, czy Mikołaj i jego renifery spożyli (hmm, spożyły?)  gustowny poczęstunek, złożony z marchwi, pierników i kubka mleka, zostawiony przy kominku. Jejku, jejku - kubek pusty, talerzyki też. Zjadły!!!!

Nie umiem, po prostu nie umiem zepsuć jej zabawy. Od roku subtelnie i mniej subtelnie przemycam info, jak to jest z tym Mikołajem, ale na próżno. Lola jest głucha i ślepa, twardo trzyma się swojej bajki i nie pozwala się z niej wyciągnąć. Od października tworzy kolejne wersje listów do Mikołaja, opatrzone kolejnymi punktami i przypisami. W miarę zbliżania się grudnia, listy mają coraz więcej grzecznościowych zwrotów i serduszek w nadziei zmiękczenia serca nieubłaganego starca, który przez cały rok podgląda, czy jesteśmy grzeczni.

Kiedy oglądałam kolejne wersje i zaczynałam hiperwentylować, przeliczając w myślach te rysuneczki  na twardy pieniądz, pytałam czasem nieśmiało - Lola, czy jesteś pewna, że Mikołaj da radę? Wiesz, to wszystko jest dosyć drogie...-

Lola jednak pogodnie odpowiadała za każdym razem - No wiesz, mamusiu, właśnie dlatego proszę o to wszystko Mikołaja. Wiem, że wy nie macie tyle pieniedzy, więc nie chcę tego pod choinkę. Widzisz, ile na mnie zaoszczędzisz? -

No i co teraz? Przecież nie mogę jej powiedzieć, że Mikołaj zrzucił na moje wątłe barki dofinansowanie zawartości swojego worka? Bezczelny brodacz swoją drogą!

Nie chcę odzierać jej życia do końca z magii. Kiedy jeszcze wierzymy we wróżki i w Mikołaja, i w to, że będziemy żyć jakąś nieskończoną ilość lat i że wszystko, dosłownie wszystko może się zdarzyć...Ja jeszcze doskonale pamiętam ten czas  - świat wydawał mi się wtedy nieograniczenie wielkim, przyjaznym i tajemniczym przestworem  z milionami otwartych drzwi. Chyba poczekam jeszcze chwilę, zanim zamknę jedne z tych drzwi.

Zresztą, w sumie, kto to wie, jak to jest naprawdę z tym Mikołajem? Pierniczki wprawdzie zjadłam, ale mleka i marchewki nie ruszałam, słowo...

piątek, 19 listopada 2010
Głowourywacz

- Pani Asiu! - słychać było nawet przez telefon, że pani Hania ma głos zaniepokojony - Co pani dziecku nagadała?! -

- Ale że co? - nie załapałam

- Wyszłyśmy ze świetlicy, jedziemy do domu, a Lola w płacz. I w krzyk. Ja nie wiem, o co chodzi, ona zawodzi rozpaczliwie: pani Haniu, pani Haniu, mama mi głowę urwie! Musimy wracać, bo mama mi głowę urwie! - No i musiałyśmy wracać do świetlicy po tego misia, bo podobno pani jej zapowiedziała, że jak go dziś nie przyniesie, to jej pani urwie głowę. -

- Eeee - zawiesiłam się - no możliwe, że coś takiego powiedziałam, ale wie pani, pani Haniu, że to taka przenośnia była? -

Lola najwyraźniej nie wiedziała. A ja tylko chciałam odzyskać mojego cudownego misia - termofor, którego dostałam na urodziny od siostry. Miś jest słodki, biały, puchaty, a po podgrzaniu woreczka w brzuszku robi się cudownie ciepły. Lola go oczywiście zaanektowała, i to tak skutecznie, że zostawiała go od poniedziałku w szkole. Ja tylko chciałam odzyskać mojego misia!! I w porannym pośpiechu rzuciłam barwnym tekstem celem wzmocnienia przekazu werbalnego.

Wycofuję się z tego, co kiedyś napisałam Fionie. Moja córka najwyraźniej nie rozumie przenośni.....Musiałam jej wieczorem przesięgać uroczyście i na klęczkach prawie, że nawet jak potwornie narozrabia, nigdy, przenigdy nie pozbawię jej tak integralnej części ciała.

- Bo ty jesteś mamusią, tak? - córka spojrzała na mnie z nową ufnością - dobrą mamusią, a nie żadnym głowourywaczem? -

Jasne, że tak, jestem dobrą mamusią. Która następnym razem ugryzie się w język....

wtorek, 26 października 2010
skutki uboczne

Moja wizyta u babci zaowocowała zupełnie niespodziewanym skutkiem ubocznym. Chyba przestanę jeść drób... Czy kiedykolwiek przemknęło wam przez myśl, że bezosobowe, beżowe udko na ladzie chłodniczej należało kiedyś do miłej, towarzyskiej istoty o imieniu Matylda?

W ciągu ostatnich lat inwentarz na babcinym podwórku skurczył się do psa, kota i stadka dziewięciu kur. Lolę kury najwyraźniej zafascynowały. Siadłyśmy w końcu na betonowych schodkach i leniwie kontemplowałyśmy stadko grzebiące na podwórku. Kury łypały na nas paciorkowatymi oczkami i wydawały się równie zainteresowane. Zataczając pozornie chaotyczne kręgi, zbliżały się do nas, aż w końcu okazało się, że siedzimy, otoczone grupką ciekawskich kur, czekających, co się wydarzy.

- Czy te kury mają imiona? - zapytała Lola. Kury okazały się bezimienne, co szczerze nas oburzyło. Przecież  o wiele przyjemniej byłoby wołać kury po imieniu:

- Ładne dziś jajko zniosłaś, Matyldo...nie wyłaź za ogrodzenie, Franciszko -

Pozwoliłyśmy więc sobie nadać całej kolorowej grupce ładne, damskie imiona, ponieważ, ku oburzeniu Loli, okazało się, że nie ma żadnego chłopaka.

- Ale gdyby był taki chłopiec kura, nazwałbym go Dziubek - oświadczyła Lola i poszła nakarmić Stefanię i Pelagię okruszkami, bo wydały jej się najbardziej nieśmiałe.

Przed wyjazdem Lola poszła się pożegnać z kurami. Kucnęła w środku stadka i coś im długo klarowała, a przejęte kury odpowiadały jej przeciągłym koooook, kooook....

Babcia oczywiście chciała nas obdarować jajkami. Obie z mamą zaczęłyśmy grzecznościowo protestować, bo jajka kupić możemy same, a babci też sie przydadzą.

- Spokojnie - rzekła moja córka tomem autorytarnym - możemy wziąć. Rozmawiałam z kurami i powiedziały mi, że chętnie dadzą nam parę jajek -

Ja się jeszcze przez chwilę wahałam, rozważając ewentualne zawiłości prawne (czy jajka po opuszczeniu organizmu kury pozostają nadal własnością kury?), ale moja mama, ucieszona na maksa,  zgodziła się natychmiast, no bo skoro kury same częstują?

 I teraz mam dylemat. Taki etyczno - kulinarny. Jeszcze kupienie bezosobowego udka ujdzie, ale kiedy Lola zobaczy oskubanego kurczaka, może się załamać. Nieładnie tak spożywać kumpele Matyldy czy Pelagii, same przyznajcie...Uff, jak dobrze, że babcia nie ma krowy. Ani świnek. Wizja schabiku ze śliwką oddaliłaby się niebezpiecznie z moich planów kulinarnych na najbliższe dni.

poniedziałek, 25 października 2010
pozytywnie

Czy miewacie czasem takie dogłębne uczucie, że zrobiłyście coś dobrego? Takie, że możecie o sobie pomyśleć, no, coś w stylu: kurczę, ale jestem pozytywna? Mnie sie to zdarza wyjątkowo rzadko. Ale po ostatnim weekendzie czuję się miłą, odmienioną, pozytywną Asią i mam nadzieję, że to uczucie, nawet bez sztucznego podtrzymywania, potrwa jeszcze choć dzisiaj...

W sobotę zostałyśmy z Lolą same. Panowie oddalili się, aby zażywać całodniowych męskich rozrywek, które, jak sądzę, są współczesnym odpowiednikiem polowania na mamuty czy też plemiennych rytuałów przejścia w wiek męski.

Byłam tak rozpaczliwie zmęczona ostatnim tygodniem, że po raz pierwszy od dawna celowo zignorowałam piętrzące się pranie i prasowanie. Powiedziałam mojej córce, że może dowolnie dysponować moim czasem i że przez cały dzień będziemy robić to, co ona chce. W związku z tym: byłam na długim spacerze, skakałam na trampolinie, biegałam po okolicy za Lolą, która trenowała świeżo nabytą umiejętność jazdy na rowerze, owinięta w koce, z Lolą na brzuchu, czytałam do zdarcie gardła "Magicze drzewo", tańczyłam, a pod wieczór upiekłam przy wydatnej pomocy Loli nasze ukochane "palce czarownicy". Ciasteczka są malownicze, przepyszne, z podanej porcji wyszła nam gigantyczna ilość i świetnie się bawiłyśmy przy naklejaniu migdałowych paznokci:-) Zainteresowanym polecam ten przepis, sugerując jednocześnie zmiejszenie ilości proszku do pieczenia o połowę, bo podanej ilości mogą wyjść palce niezwykle otyłych czarownic.

Lola była tak szczęśliwa, że aż mi się wstyd zrobiło. W końcu naprawdę niewiele musiałam włożyć w to wysiłku, a moje dziecko było tak wdzięczne i zadziwione, jakbym górę przeniosła. Podbudowana i zmotywowana, postanowiłam przedłużyć bycie pozytywną aż do niedzieli. I razem z Lolą i moimi rodzicami wybrałam się do mojej babci, u której nie byłam już żenująco długo. Nawet wizyta na cmentarzu, której zazwyczaj szczerze nie znoszę, okazała się niezłą zabawą. Mój tata, podkręcony zainteresowaniem wnuczki, snuł nam przy rodzinnych grobach historie, których Lola słuchała z wypiekami na buzi: o prapradziadku, który miał szesnaścioro dzieci, o jednej takiej cioci, co ją zamordowali, i o małej siostrzyczce dziadka, która umarła w czasie wojny. Zahipnotyzowana tymi historiami u babci moja córka zachowywała się nad podziw pozytywnie, dawała się bez oporów ściskać i całować, ale po obiedzie wyciągnęła mnie na spacer - tylko musimy same iść, mamusiu - podkreśliła.

Dopiero na spacerze dała upust dręczącym ją wątpliwościom:

- Chciałam iść tylko z tobą, bo muszę ci zadać kilka pytań - oświadczyła z namaszczeniem i od razu nabrała tchu:

- Po pierwsze: dlaczego twoja babcia ma wąsy? Po drugie: czy ona zawsze była taka mała?  Po trzecie: czy ona naprawdę nie słyszy? Przecież ma takie duże uszy...? - zakończyła ze szczerym niedowierzaniem, a ja wiedziałam, że kiedy wybuchnę śmiechem, to zrujnuję zaufanie mojego dziecka. To była najdłuższa chwila w moim życiu, kiedy nieumiejętnie próbowałam zamaskować duszący mnie chichot pokasływaniem:-).

Odpowiedziałam. Wyczerpująco. A co? W końcu wciąż miałam dzień Pozytywnej Matki. A także Wnuczki. Moja babcia, nieświadoma zainteresowania, jakie wzbudziła, była naprawdę szczęśliwa z powodu odwiedzin, i odmówiła za nas co najmniej pięć zdrowasiek, więc bezpiecznie i szybko dotarliśmy do domu:-). Nawet Lola z, mam nadzieję,  mimowolnym czarnym humorem, doceniła wartość tej wizyty:

- Czy wiesz, mamo - Lola najwyraźniej mozolnie sobie coś w głowie przeliczała - że to moja ostatnia prababcia? Musimy ją odwiedzać, zanim się nie wyczerpie -

środa, 29 września 2010
ślimaczki

Nie, no muszę publicznie zaprotestować. Przeciwko szkolnej logice matematycznej. Oglądam wczoraj pracę domową Loli i widzę, że coś ma pokreślone i minus jakiś. No wiecie, matka dorywcza w takim momencie ma rzut emocjonalny, że się rozwojem dziecka nie zajmuje i takie efekty. Studiuję więc z zainteresowaniem zadanie.

Zadanie wygląda tak: jest narysowany ślimaczek, taki, powiedzmy, ślimaczek instruktażowy, w pustej liniii z miejscem na kolejne. Polecenie brzmi dokładnie tak: narysuj pięć takich ślimaczków.

No i teraz zagadka: ile rysujecie ślimaczków?

Lola narysowała pięć, zgodnie z poleceniem, ostatni został skreślony przez panią z uwagą, że jest o jednego ślimaczka za dużo.

Hę? Poinformowałam moją córkę, że polecenie zrozumiała i wypełniła prawidłowo. Gdyby polecenie brzmiało: narysuj tyle ślimaczków, żeby było ich pięć w rzędzie, pani miałaby rację, skreślając ostatniego. A tak, to nie ma. I już. Lola lekko zgłupiała, no bo przecież pani powiedziała...a mama teraz mówi...


Przez chwilę włączył mi się tryb "matka bojowa", ale przecież nie pójdę robić afery o ślimaczki. Mimo wszystko  czuję pewną irytację. Bo bardzo nie lubię podważać autorytetu nauczyciela. W końcu młoda musi na czymś bazować przez te lata. A takie bzdury spowodują, że przestanie wierzyć swojej pani. I to jest niefajne, bo dla takich maluchów jednak pani i jej zdanie jest bardzo ważne. Iść do pani? Olać?

wtorek, 07 września 2010
co robi zakonnica

Jedziemy sobie z Lolą samochodem, późno, ciemno, sennie. Mimo tego Loli buzia się nie zamyka. Po pół godzinie jazdy już wiem, że Ala czasem oszukuje panią, że obiady na stołówce są ohydne, że już pięć koleżanek ma kolczyki i żebym wreszcie przekłuła jej uszy, że "Bardzo Mądrze mamo zrobiłaś, że dałaś mi dziś książkę do religii, bo się przydała jak nie wiem co".

A! To ciekawe. - A czy macie lekcje z tą samą panią, co w zerówce? - pytam żywo zainteresowana odpowiedzią, bo pani katechetka, która uczyła Lolę w przedszkolu i zerówce, była moim ukrytym wrogiem pedagogicznym numer jeden. Gdzieś sobie nawet skrupulatnie odnotowywałam mądrości, jakich moja córka dowiadywała się na jej zajęciach z myślą, że kiedyś mi się przeleje i zrobię babie awanturę, mimo głębokiego przywiązania Loli do religii. Chcecie przykładów? Lola w przedszkolu miała dzięki jej zajęciom klasyczną obsesję na temat śmierci: A wiesz, że kiedy umrę, to będzie ze mnie taki piękny, mały aniołek? Tak powiedziała pani. Mamusiu, chciałabym już nie żyć, żeby zobaczyć wreszcie pana Jezusa. Tak powiedziała pani. Misiek, nie mów tak! Nie wiesz, że takie słowa przygniatają Jezusa do krzyża? Tak powiedziała pani. A pani zadawała nam dzisiaj zagadki - co powinni zrobić rodzice, kiedy ich dziecko jest bardzo chore? A. iść do lekarza B. modlić się (zgadnijcie, która odpowiedź okazała się prawidłowa).

Uczciwie przyznaję, że większość jadu, który wylewam na blogu, ma związek z tą panią. Ale hurra, chyba już koniec moich stresów! Lola odpowiada: -Nie, na szczęście nie, bo tamta pani strasznie na nas krzyczała (szkoda, że mała nie powiedziała mi tego jakby ciut wcześniej, zamiast zalewać mnie pseudomądrościami). - Teraz uczy nas siostra zakonna. A wiesz, mamo - Lola jest niesłychanie podekscytowana - wiesz, że ta siostra robi tylko dwie rzeczy w życiu? No, oczywiście - dodaje sumiennie po namyśle - oczywiście chyba jeszcze śpi i je. Ale poza tym, mamo, to ona tylko uczy dzieci i się modli. Niesamowite, no nie, mamo? -

- Mnie to się wydaje potwornie nudne - przyznaję uczciwie - ale może ją to bawi -

- Na pewno, mamo, na pewno. Ale te siostry - wzdycha Lola z zawiścią - ależ one mają czaderskie życie -

Zaczynam się bać:-)

czwartek, 01 lipca 2010
Klaps

Moja córka wczoraj dostała klapsa, a nawet dwa. Możecie zgłosić to do opieki społecznej, a ja pójdę tam śmiało i z podniesionym czołem, bo kiedy pracownicy socjalni spędzą trochę czasu z Lolą, będą błagać, żebym ją sobie z powrotem zabrała.

Wczoraj wieczorem wpadła na chwilę moja mama. Zmęczona upałem i bólem kręgosłupa. Posiedziała parę minut, a Lola zaofiarowała się, ze odprowadzi ją do furtki osiedla. OK. Za moment wpada Lolka, brudna, na boso, i pyta, czy może iść z babcią. 

- Nie, dziecko, nie możesz - powiedziałam rozsądnie - babcia źle się czuje, a jest już wpół do dziewiątej i czas na kolację -

Lola odwinęła się na pięcie bez słowa i znikła mi z oczu. Pomyślałam, że się obraziła i tyle, ale coś mnie tknęło i wyszłam na podwórko. Moja córka właśnie znikała za osiedlową furtką.

Zadzwoniłam do mamy, która grzecznie powiedziała mi, że w sumie się zdziwiła, że pozwoliłam jej iść. Bo Lola, spytana przez babcię, odparła, że ależ owszem, mama pozwoliła!

Gdyby jeszcze poszła bez pytania, OK, uznałabym to za brak pomyślunku, ale takie jawne nieposłuszeństwo ? W dodatku podparte kłamstwem?!

No, i dałam jej dwa klapsy.  Ponieważ ostatnim razem Lola dostała w tyłek jako czterolatka, uparcie i upodobaniem wbiegająca pod samochody,  oczywiście natychmiast poczułam się jak ostatnia świnia i nabrałam już tchu, żeby ją przeprosić. Ale Lola, otarłszy łzę z oka, spytała z ożywieniem:

- A jaką mi dasz karę?  Może szlaban? -

- Eeee - zawiesiłam się - TO jest twoja kara, klapsa właśnie dostałaś -

- Phi - Lola skwitowała pogardliwie moje metody katowskie - a Kasia to dostaje klapsa I szlaban!-

Po czym  poleciała do łazienki, żeby sprawdzić w lustrze, czy ma odciski na pupie i była bardzo rozczarowana, że nic nie widać, bo "Kasia to mówiła, że po tym to ma się czerwone ślady".

W sumie mam niemiłe wrażenie, że coś schrzaniłam. Bo tak: dziecko  skłamało, zignorowało mój zakaz, dostało za to najbardziej paskudną karę, która mi przyszła do głowy i której nigdy właściwie nie używam; po czym okazało się, że młoda miała frajdę, zrobiła, co chciała,  kary się nie wystraszyła i jeszcze w dodatku jest generalnie zadowolona i dumna. Kurczę, następnym razem każę jej klęczeć na grochu... albo stanąć w kącie...Nienawidzę wymyślania kar dla dzieci. Ale mam przynajmniej nauczkę - bicie dziecka jest złe. A na pewno nieskuteczne:-) Chyba z innych powodów, niż twierdzą obrońcy praw dziecka, ale jednak kompletnie nieskuteczne.....

wtorek, 29 czerwca 2010
wolne dziewczyny i złamana kostka

Misiek złamał sobie palec u nogi. Doprawdy, pomysłowość dwunastolatków w dziedzinie samookaleczeń jest  niemal nieograniczona. Dlatego nie podzielałam optymizmu męża, który pocieszał zwijającego się z bólu syna, że to tylko stłuczenie i zabrałam młodego do ortopedy. Teraz Misiek przemieszcza się o kulach, pokazuje wszystkim zdjęcie rentgenowskie i generalnie pławi się w glorii i chwale okaleczonego bohatera. Mężczyźni to naprawdę dziwne i egzotyczne istoty.

Lola natomiast odkryła w sobie żyłkę biznesową. Zmusiła mnie do wywleczenia na podwórko stolika, który następnie ustawiła na rogu ulicy i zasiadła tam, aby sprzedawać swoje niepotrzebne zabawki. Chętnych miała mnóstwo,  niestety tylko na posadę sprzedawczyni. W pewnym momencie przy stoliku siedziały cztery ekspedientki, tylko kupujących brakowało.

Lola pożaliła mi się, że interes słabo idzie. Nie znam się na tym specjalnie, więc uraczyłam ją tylko frazesem, że "reklama dźwignią handlu" i poradą, żeby poinformowała potencjalnych kupujących o wyprzedażach i promocjach.

Jak się okazało, Lola podeszła do mojej porady chyba zbyt dosłownie. Pięć minut później, pieląc ogródek, usłyszałam donośne krzyki mojej córki, biegającej po całym osiedlu: "Ludzie, tanie zabawki!! Ludzieeee, zabawki kupujcie!!!" Na wszelki wypadek skuliłam się pod płotem i udawałam, że to nie moje dziecko i że w ogóle nie ma mnie w domu.

To też był duuuży błąd. Kwadrans później przyszła do mnie zwijająca się ze śmiechu sąsiadka z pytaniem, czy na pewno wiem, co sprzedaje moja córka.

Poszłam, zobaczyłam, umarłam. Na stoliku, za którym siedziały Lola i jej dwie koleżanki,  był przyklejony wielki, wypisany koślawymi literami napis: "FREE GIRLS".

Dziewczyny ściągnęły nazwę swojego sklepiku z T-shirta jednej z nich, a jako że żadna po angielsku nie mówi, niezbyt orientowały się, co to oznacza. Nie miałam siły tłumaczyć im ewentualnej dwuznaczności nazwy, i poprosiłam tylko, żeby ją zmieniły, bo w końcu klienci mogą nie znać angielskiego, no nie?

Co do mnie: remont skończony. Moje pokoje lśnią blaskiem nowości i znów są gotowe na kredki, ciastolinę, hulajnogi, sok porzeczkowy, piłkę, czekoladę i zabłocone buty. Następny remont zrobię, kiedy wypuszczę moje ptaszyny w szeroki świat, za jakieś dziesięć lat - wtedy będę się mogła dłużej cieszyć efektem czystości. Ale kto wie, może nie będzie tak źle, skoro mój małżonek odkrył w sobie nową pasję.  Choć na co dzień ma niewielki kontakt z zajęciami domowymi, tym razem nie udało mu się uciec przed niewdzięcznym sprzątaniem poremontowym. Zerkałam na niego co chwila kątem oka, kiedy szorował szafki kuchenne, raz, żeby oko nacieszyć nietypowym widokiem, dwa,że bałam się, że zaraz mi zwieje. Ale skąd, mąż z zaskakującym zapałem szorował i wycierał, nabierał coraz więcej energii w ruchach i jakiegoś takiego błysku w oku....w końcu zwierzył mi się, zaskoczony: "Ty wiesz, to sprzątanie naprawdę człowieka wciąga!" A tyle lat go przekonywałam, że porządki są lepsze niż golf i narciarstwo! Muszę  pomyśleć teraz o jakichś konkurencjach, żeby nie stracił zapału neofity: " "Najbardziej błyszczące okno na osiedlu", " Zwalczamy osad na wannie" albo "Kurz twoim wrogiem. Zabij go".

czwartek, 17 czerwca 2010
scena zazdrości

No i doczekałam się sceny zazdrości. Myślicie, że wykonaniu męża? Gdzie tam, prędzej mi uszy futrem porosną.

Córka mianowicie wczoraj zrobiła mi scenę z repertuaru: Bo wy mnie nie kochacie. Bo chwalicie tylko Miśka. Bo nikt mnie nie lubi. Bo Misiek jezt ZŁY!  I nikt, nikt tego nie widzi! Tylko ja!

Fakt, Misiek miał wczoraj dobry dzień. Bo wstawiali oceny końcowe i Misiek wyliczył sobie, że dostanie niespodziewanie (przynajmniej dla mnie niespodziewanie) dobre świadectwo. A dziadek go pochwalił, że jest bardzo dobrze wychowany i grzeczny (tak, wiem, mnie to też powaliło na kolana, ale nie śmiejcie się, takie są fakty).

No i Lolę dopadł zielonooki potwór. Bo przecież zazwyczaj to ją się chwali po wszystkich odpustach, a tu nagle ktoś inny się wysforował na czoło peletonu?

Wzięłam w końcu młodą na wieczorną przechadzkę. Bo kiedy już Lola wyczerpała zasób zachowań demostracyjnych (trzaskanie drzwiami, siedzenie w pokoju, skopanie brata, rzucanie ubraniami), zastygła w niemym cierpieniu na kanapie, co odbierało mi apetyt na kolację.

Na przechadzce udało mi się powiedzieć, jak bardzo jest mądra, kochana i urocza, jakieś piętnaście razy. Tyle samo otrzymywałam odpowiedź, że nie, bo i tak Miśka kocham bardziej. Wytłumaczyłam, dlaczego dziadek pochwalił Miśka. Bo kiedy Misiek był w jej wieku, był mocno podejrzewany przez panią psycholog o zespół Asperegera, z wszelkimi objawami:  brak empatii, umiejętności społecznych, zaburzenia SI, brak elastyczności itp. Dziadek uważał wówczas po prostu, że Misiek jest niewychowanym, rozpuszczonym bachorem. Mnóstwo pracy i wysiłku włożyliśmy w to, żeby Misiek zaczął funkcjonować normalnie. I teraz coś, co dla Loli jest zachowaniem normalnym, dla Miśka oznacza duży postęp, który sama widzę i czasem jestem w szoku, jak bardzo udało mu się zmienić.

Tłumaczenia zdały się jak psu na budę. Na szczęście Lola posiada pomocną w takich momentach cechę: poczucie humoru.

Szła sobie więc odęta, z łapkami wciśniętymi w kieszenie, ja za nią, jęcząc i krzycząc na zmianę: - Kocham cię Lola, kocham cię Lola, kocham cię strasznie. Komary mnie zaraz zjedzą, ale trudno, ja cię kocham. Włażą mi do uszu, ale to nic, bo przecież cię kocham. Właśnie nadepnęłam na tłustego ślimaka bez skorupy, ale cię kocham - (Lola obejrzała się nerwowo). Nie zjadłam kolacji i zimno mi w nogi, ale trudno, będę tak iść, bo cię kocham. Aj, kocham cię, mrówka ugryzła mnie w stopę! -

W końcu Lola pękła,  rozchichotała się na dobre i rzuciła się odganiać ode mnie komary. Teraz będę się drapać przez tydzień!  Chwilami macierzyństwo to ciężka harówka:-) No i pozostaje wciąż aktualne pytanie: co to będzie dalej?

 
1 , 2 , 3