poniedziałek, 22 stycznia 2018
poniedziałek cierpiący

Wstałam dziś rano i odkryłam, że mózg mi sie rozpada jak ciepła konserwa mięsna. Ani przedśniadaniowy Ibuprom pierwszy, ani wzmocniony kawa drugi nie zmniejszyły przeraźliwego bólu, który literalnie rozsadzał mi czaszkę. Dopiero, jak już rzygałam z bólu, przypomniałam sobie o Ketonalu, który usunął mi nieco tę czerwona mgłe z oczu. Nie do końca, ale nie mogłam odpłynąć w cisze i mrok, bo musiałam odstawić Gustawa do warsztatu. Muszę przyznać, że jako posiadaczka samochodu trzy razy starszego (i wielokrotnie tańszego) jestem oburzona fochami jaśnie pana Gustawa. Stefan od lat wiernie i bez kaprysów, jak koń pociagowy, wozi mnie gdzie zechcę i nie marudzi. A rasowy rumak Gustaw wydziwia, kopytkiem grzebie i prycha, jak tylko coś mu nie pasuje: a to mu sie filterek przytka, a to oleju zabraknie, a to za zimno, no wiecznie cos nie tak. Ostatnio ma fanaberię taka, że zmniejsza obroty do tempa krakowskiej dorożki, więc pierwsze cztery kilometry, ku uciesze współkierowców, pokonałam z prędkością 20 km/h. Ach, te rasowce, takie delikatne.... Chyba z tego stresu Ketonal przestał działać, więc kiedy wreszcie dotarłam z powrotem do domu, byłam tylko w stanie doczołgac sie do kanapy. Jak padłam, tak leżałam przez cztery godziny, nie mogąc nawet otworzyc oczu z bólu. Nie wiem, czy tak wyglada migrena, bo takiej prawdziwej nie miewam, ale jeśli tak, to ja serdecznie i szczerze współczuję migrenowcom. Po tych czterech godzinach i kolejnym Ketonalu (przepraszam, watrobo) zrobiło mi się jakby ciut lepiej. Nie na tyle, żebym mogła coś zrobić, ale przynajmniej włączyłam sobie TV, gdzie trafiłam na dość przerażający program. Kiedy mąż będzie miał następnym razem pretensje, że oglądam horrory, każę mu popatrzeć na "Historie wielkiej wagi" o ludziach, którzy przygotowują sie do operacji zmniejszenia żołądka. Przyznaję, że gapiłam się ze zgrozą i chorą fascynacją, jak jedna pani schodziła ze schodów. I słuchajcie, ona cała falowała, od szyi w dół, jak jakis egzotyczny monstrualny wodorost...A inna pani od roku nie wstała z łóżka, bo była po prostu za gruba. A ja akurat zgłodniałam, jak mi sie w głowie i żołądku polepszyło i normalnie bałam się zjeść drożdżówkę. Jutro idę na siłownię. Zanim zrobią polską edycję. Ale dzisiaj mam poczucie totalnej straty całego dnia. Porażka.

21:11, teraz_asia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 stycznia 2018
O sesji i Gustawie

- Co to jest? – spytałam mojego syna po dłuższej chwili komtemplowania wyrafinowanej konstrukcji, jaką zbudował na stole. Skomplikowana wieża składała się głównie z tabliczek czekolady i puszek energetyków.

- To? – z goryczą odpowiedział Misiek – To piramida żywieniowa studenta.-

No tak. Sesja w toku, drodzy państwo. Misiek od kilku miesięcy jest dumnym studentem mojej i męża Alma Mater, czyli Uniwersytetu Warszawskiego. Dostał się w sumie śpiewająco na swój wymarzony kierunek i wydaje się być totalnie zadowolony i zintegrowany ze studenckim życiem. Żeby jeszcze tych egzaminów nie było, nieprawdaż?

Proces odpępowienia mojego starszego dziecka dobiega końca.  W naszym domu mieszka prawie  niezależny, zajęty swoimi sprawami, dorosły człowiek. Człowiek, zaznaczmy, z prawem jazdy, co niesłychanie podniosło komfort także mojego życia, bo wreszcie nie muszę dowozić Miśka co dzień rano na stację.

W ogóle to śmieszna sprawa z tymi samochodami.  Ponieważ mąż w nowej pracy dostał obligatoryjnie samochód służbowy, nagle okazało się, że jesteśmy zmotoryzowani do przesady, jak amerykańska rodzina z przedmieść. Wypożyczyłam więc Miśkowi staruszka Stefana, żeby sobie dojeżdżał na PKP, a sama z pewną taką nieśmiałością przesiadłam się do śliczniutkiego samochodu męża. Początkowo to było dość traumatyczne ze względu na naszą znaczącą niekompatybilność wizualną. Próbowałam się czesać i malować przed jazdą, czasem nawet zakładałam ładniejsze ubranie, ale nic nie pomagało. Czułam, że wszyscy naokoło widzą, jak bardzo nie pasuję do tych eleganckich siedzeń i lśniących chromów. Wreszcie wpadłam na pomysł, żeby dostosować samochód do mnie, a nie na odwrót. Nadałam mu więc imię -  Gustaw, schlapałam karoserię okolicznym błotem, powiesiłam mu na lusterku szydełkowego króliczka zombie, a deskę rozdzielczą obkleiłam szturmowcami Imperium, czyli stickersami z Lidla. Jakby lepiej, nawet przestałam się przeglądać w lustrze przed wyjściem z domu. Chociaż mąż już nie chce nim jeździć. Twierdzi, że czuje się jak matka, której ktoś wytatuował ukochane dziecko w obraźliwe napisy. Niestety nie wie, że jeszcze nie skończyłam z jego pupilkiem. Myślę o szydełkowym pokrowcu na kierownicę. Jak sądzicie? Czy lepiej futrzaste pompony?

- Czy naprawdę myślisz – spytała mnie właśnie z politowaniem Lola – że jak upchniesz krówki między jabłkami, to nabiorą podobnych właściwości zdrowotnych jak owoce? –

A nie? Na serio nie? Tak przez osmozę…

09:40, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
sobota, 06 stycznia 2018
Honey, I'm baack a także Opowieść wigilijna

Szanowni Państwo,

Z przyjemnością informuję nielicznych zainteresowanych, że powracam. Troche naprawiłam, co się zepsuło, trochę nie do końca, ale przynajmniej nie nurzam się już w odmętach cierpienia. Albowiem cierpienie wcale nie uszlachetnia, tylko kopie w tyłek. Na razie nie będę dywagować o przyczynach, i nawet nie próbuję nadrabiać zaległości, za to jako rekompensatę wrzucam świąteczną historyjkę. Ciesze się, że wracam!

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

Natychmiast po wejściu do domu teściów szczelnie opatulił nas klimat grozy. Z  kątów dobiegały zdławione łkania i pospiesznie uciszane złowieszcze szepty „bo to twoja wina”, „bo ty zawsze”, „czy ona może choć raz”, a przede wszystkim „CO TERAZ BĘDZIE?”.

Moja szwagierka poza roztargnionym amerykańskim mężem i hiperaktywnym synem zwiększyła jakiś czas temu stan posiadania o córkę. Rozkoszne maleństwo, obdarzone monstrualnym apetytem, z równie wielkim zapałem zużywa pampersy. I o pampersy właśnie poszło, a raczej ich brak.

Zapomniana paczka pieluch tkwiła w Warszawie, a nam zajrzało w oczy widmo owijania dzieciny rąbkiem szaty w żłobie, no bo głucha wieś, hektar do jakichkolwiek sklepów większych niż budka pana Zdzisia z chlebem i piwem na kreskę, i wigilijny wieczór na dokładkę.

Mąż przytomnie zapakował histeryzującą siostrę do samochodu i rozpoczął objazd okolicznych miasteczek i stacji benzynowych. Ja miałam gorzej - zostałam na posterunku, żeby szykować kolację z teściową i uspokajać teścia, który źle reaguje na każde odejście od tradycji.

Co dwadzieścia minut dzwoniłam do męża i zestresowana na maksa raportowałam: Teść mamrocze złowieszczo i chodzi od okna do okna. Teściowa po raz trzeci podgrzewa rybę. Pierogi też. Over.

Mąż przy wtórze siostrzanych lamentów donosił: Czwarta stacja benzynowa bez pieluch. Tesco zamknięte. Żabki, Stokrotki i inne okoliczne punkty handlowe takoż. Jedyna dyżurna apteka w okolicy pieluch nie prowadzi. Wyczerpujemy możliwości. Over.

W końcu wrócili. Rozanielona szwagierka tuliła do łona paczkę pieluch Dada. Jednak dopiero kiedy ukoiliśmy nerwy teścia pospiesznym połknięciem ryby z kapustą, udało mi się dowiedzieć, jak weszli w posiadanie upragnionego towaru.

- Krążyliśmy po tych opłotkach jak Maryja z Józefem w poszukiwaniu stajenki. – opowiadał mąż żując podgrzane po raz piąty i całkowicie niejadalne pierogi - W końcu uznaliśmy, że wrócimy do tej apteki i znajdziemy coś odrobinę zbliżonego do pieluch, ligninę czy co. No i kiedy dociskałem aptekarkę, żeby poszukała na zapleczu, może coś znajdzie, jakiś facet który stał za mną, spytał – a te pieluchy, to jaki rozmiar pan potrzebuje? Od słowa do słowa, gość zadzwonił do żony, uzgodnił stan posiadania i powiedział, żebyśmy za nim pojechali, to nam sprzeda pieluchy. No i pojechaliśmy na jakieś odludzie totalne. Domek malutki, a w wejściu niemal naturalnych rozmiarów stajenka, taka bardziej przepiękna, artystyczna. Normalnie metafizycznie się poczułem –

Mąż niestety nie przeżył nawrócenia z powodu wigilijnego cudu. Wszyscy przeżyliśmy atak niestrawności po podgrzewanej wielokrotnie kolacji. Prezenty były totalnie udane. A kiedy nad najmłodszym członkiem rodziny uniosła się fala odrażającej woni, wszyscy zaczęliśmy klaskać – wszak dzieciątko dzisiaj naprawdę miało wyjątkowo udany dzień.

18:07, teraz_asia
Link Komentarze (12) »