poniedziałek, 18 maja 2015
relacja subiektywna

Z trudem doszłam do siebie po wieściach, że serial Forever (ten o nieśmiertelnym patologu sądowym z umysłem Sherlocka Holmesa) nie będzie kontynuowany. W samą porę, dzięki Zwierzowi , odkryłam chyba coś równie fascynującego. Serial iZombie - o młodej lekarce, która po przemianie w zombie musi jeść mózgi (żeby, ekhm, przeżyć?). Zostaje więc - tadam - patologiem sądowym, żeby mieć pod ręką fastfoody:-) Jestem zachwycona streszczeniem i obiecuję, że będę donosić, jak się rozwija akcja.

Nie pisałam, bo byłam w Chinach, a tam jakoś słabo z Internetem. Ledwie udawało mi się pocztę otworzyć, żeby napisać do dzieciątek. Mąż uznał, że Państwo Środka to doskonały pomysł na romantyczny tydzień we dwoje (no dobra, mieliśmy zaklepaną wycieczkę z jego ex pracy i żal było nie skorzystać i tanie bilety i w ogóle) , a małoletni  zostali sami (SAMI!!!!) na osiem dni. Wykorzystali ten czas doskonale - w dni wyjazdu rozchorowała się Lola, parę dni później zaraził się Misiek. Siedzieli więc na kanapie, smarkali, podgrzewali kolejne półprodukty spiętrzone w lodówce i nerdzili na komputerach. Istny raj.

Refleksje z podróży chcecie? W Chinach najczęściej widziałam Chińczyków i wieżowce. I toalety. Jak w komunistycznej Moskwie - dziura w podłodze i klawisz do deptania celem spuszczenia wody. Już na trzeci dzień umiałam  z nich korzystać nie obsikując sobie butów.

 Wieżowce czterdziestopiętrowymi  stadami zatłaczają przestrzeń każdego miasta - co nie jest dziwne, zważywszy na ilość Chińczyków. A miasta też jakby przeskalowane (cytat z naszej chińskiej przewodniczki: " To małe miasteczko jest, jakiś milion mieszkańców...").

W Chinach jada się chińszczyznę. Pałeczkami. Po dwóch dniach z głodu nauczyłam się używać pałeczek. Chińska chińszczyzna nie smakuje jak polska. Ocieka tłuszczem, ryż jest niesłony, a na śniadanie dostawaliśmy smażony makaron z warzywami. Schudłam dwa kilo rąbiąc jak maszyna ten tłuszcz i krochmal. Nie widziałam otyłych Chińczyków. Fascynujące.

Chińczycy w masie są głośni, ruchliwi i nieprawdopodobnie ekspansywni. Nie tyle uprzejmi, ile uprzejmie ignorujący. Siebie nawzajem. Nas nie, bo w miejscach nie - turystycznych stanowiliśmy absolutną egzotykę. Po wieczornym spacerze w centrum Chongqing (5 milionów mieszkańców) zrozumiałam, jak mógł czuć się Murzyn w Warszawie w latach siedemdziesiątych. Zdjęcia sobie z nami robili, rozumiecie? Palcami pokazywali. Szczęśliwi cali, że im takie dziwaki po miasteczku chodzą.

Dzieci w Chinach nie noszą pieluch. Mają śpioszki rozcięte w kroku i tak sobie radośnie leją naokoło. Ekologicznie, tanio i zero odparzeń. Że też ja na to nie wpadłam! Chińskie dzieci (a widziałam chyba pełen przegląd społeczny i majątkowy) są czyste, ślicznie ubrane, hołubione, tulone, całowane i traktowane jak skarby. Może ta polityka antyrodzinna też ma swoje zalety?

Widziałam ludzi modlących się w buddyjskich świątyniach i przed obrazem Mao na placu Tiananmen. Kilkukilometrową kolejkę przed mauzoleum Mao i Zakazane Miasto. Pola ryżowe i rzekę Jangcy.

W ogóle nie rozumiem tego kraju. Jest przedziwny. Hermetyczny i kompletnie obcy. Jak nas zaleje fala Chińczyków, kiedy już przestaną się mieścić w swoich wieżowcach, mamy przerąbane. Serio.

PS Specjalnie na użytek mojego męża: to był doprawdy niezwykle ciekawy, pouczający i zachwycający wyjazd. Och, jak bardzo mi się podobał, och, ach.

PS Kupiłam sobie chińskie trampki. Mąż kupił sobie miecz. Naprawdę mamy inne życiowe priorytety...

20:58, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
środa, 29 kwietnia 2015
o codzienności z niespodziankami

Zdałam.

 

Aaaaa!!! Zdałam, zdałam! Bardzo dobrze zdałam! A wręcz najlepiej w grupie! A grupa pełna świeżo upieczonych absolwentów polonistyki! Jestem genialna!

No dobrze. Ochłonęliśmy, pot z czoła otarliśmy (my, Asia) i teraz możemy sobie dyplomik w ramki oprawić. Albo zacząć szukać roboty z dyplomem w garści. To się jeszcze okaże.

Póki co, mam ręce pełne roboty. I co sobie zaplanuję, to zaraz mi się harmonogram wywala. Wczoraj na przykład miałam rozpisane co do godziny plany na przedpołudnie. A tu o ósmej rano ojciec dzwoni w panice, bo pies leży i wstać nie chce.

Pies przez trzy miesiące pobytu u ojca wykopał kilka cennych okazów ogrodniczych, zrobił w wypielęgnowanym trawniku dziesięć dziur wielkości Alaski, zjadł kabel od lampek ogrodowych, kabel od domofonu, kabel od napędu bramy, dwa wiaderka, mopa, wszystkie tabliczki oznaczające rośliny i naręcza pieczołowicie wsadzonych bratków, tulipanów i innych kwiatków. Sami rozumiecie, że ojciec wielbi go miłością bezgraniczną i traktuje lepiej niż własne dzieci (teraz mam taką refleksję, że gdybym przeżuła w dzieciństwie kilka mopów, może ojciec bardziej by mnie kochał?).

Panika mi się udzieliła i pognaliśmy do weterynarza. Okazało się, że pies złapał chorobę odkleszczową, która, nie wyleczona na czas, prowadzi do szybkiego zejścia. Pies został podłączony do kroplówki,  my siedliśmy w stanie rozsypki psychicznej i wtedy zadzwonił telefon. Pielęgniarka szkolna prosi o przyjazd, bo dziecko mi się dusi.

Zostawiłam ojca i psa z kroplówką i pognałam do szkoły. Zawiozłam Lolę do domu, nafaszerowałam lekami i wróciłam po psa (za każdym razem w korkach miasteczkowych po półgodzinna trasa).

Po czym znowu pognałam do domu, sprawdziłam, czy Lola oddycha i poleciałam realizować punkty z listy. A wieczorem leciałam jeszcze na romantyczną randkę z mężem w Leruamerlę, żeby wybrać farbę.

Mój mąż, dociśnięty i ubłagany, postanowił bowiem wreszcie pomalować ścianę w jadalni. I naprawić deskę sedesową. I wymienić umywalkę. I drzwi od prysznica.

Bardzo jestem ciekawa, na jak długo wystarczy mu motywacji. Stawiam na to, że sprawy domowe rozmyją się i odejdą w niepamięć gdzieś między ścianą a umywalką.

PS A pies  błyskawicznie dochodzi do siebie i czuje się dziś już całkiem dobrze. Nawet za dobrze - jak stwierdziła z pewną frustracją moja matka, odnotowując stratę kolejnego mopa.

12:06, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
o rzygach na wietrze:-)

Jecie coś? To odłóżcie na chwilę.

Leżę na kanapie, obok śpi Lulu. Nagle słyszę dyskretne błee i zawartość kociego żołądka ląduje mi przy ramieniu. PRZEZ SEN?! Kto do cholery rzyga przez sen?

Może to przez te kropelki na łupież? Gdyż, proszę państwa, mogę się podzielić niezawodnym sposobem zapodania tychże kropelek opornemu kotu. Surową wołowinkę kroimy w kostkę. W niektórych kostkach wydłubujemy nożem dziurki, wkrapiamy do dziurki lekarstwo i sprytnie maskujemy strzępem mięsa. Całość mieszamy i z szatańskim chichotem podajemy futrzakowi, który żre bez opamiętania.

Mąż zobaczył mnie niedawno w kuchni, pochyloną nad strzępami krwistego mięsa, radosną jak Hannibal Lecter przed posiłkiem, i jakoś nerwowo przytulił do siebie talerz z kanapkami. Nie wiem, czy to może mieć związek, ale kiedy wieczorem zaproponowałam mu obiad, pospiesznie odparł, że jadł na mieście...

A w ogóle to beztroskim bełkotem usiłuję zamaskować niepokój. Jadę dziś na egzamin pisemny, który ma udowodnić, że nadaję się do pracy z książkami. W sumie to niby wiem, ale jakby nie wiem, czy wiem to, co powinnam wiedzieć...

Zwłaszcza dziś, bo ten cholerny wiatr wywiewa mi właśnie z mózgu resztki inteligencji. Czy wy też macie takie objawy? Bo zasadniczo mróz, deszcz i inne pogodowe klopsiki aż tak mi nie szkodzą. Ale przy silnym, porywistym wietrze  zamieniam się w umysłowo ociężałą galaretę.

I siedzę teraz tępo na tej kanapie, co mi ją Lulu obrzygała, patrzę bez zrozumienia w notatki i myślę - kawa? Red Bull? czekolada z orzechami? skręt? kop w tyłek?

Niestety, z energetyzujących bodźców mam tylko kawę (i kocie rzygi do sprzątnięcia).

Trzymajcie więc kciuki, drodzy czytacze, bo może być słabo.

 

 

 

13:13, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 14 kwietnia 2015
bilans pocztowy

Uprzejmy Hindus z amerykańskiego hotelu bez wahania zaproponował odesłanie zapomnianego przez męża aparatu fotograficznego. Na ich koszt, rzecz jasna, nie ma sprawy, to dla nas przyjemność itp...

Przesyłka musiała wyglądać podejrzanie, bo zainteresował się nią polski urząd celny, który zatrzymał aparat na dwa tygodnie i po namyśle zażądał od męża opłacenia cła. Na szczęście znalazłam stary rachunek, bo bez niego mąż musiałby uiszczać cło za własny, kupiony w ojczyźnie sprzęt. Urząd uparł się jednak, że oddanie do rąk własnych jest zbyt banalne i nie zważając na półmetrową bliskość męża i przesyłki postanowił odesłać mężowi aparat do domu. Mąż oszołomiony ilością papierów i oświadczeń, które musiał podpisać, nie protestował.

Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Pokornie potuptałam więc na pocztę, żeby zakończyć wielotygodniową podróż naszego aparatu po świecie. Na poczcie jedno okienko. W okienku jedna pani. Przed okienkiem osiem osób, z czego połowa to emeryci z plikami rachunków za gaz i światło. Ale dzięki sprawnej obsłudze już po czterdziestu pięciu minutach wręczyłam pani awizo.

I zaczęło się.  Im bardziej zaglądała pani na zaplecze, tym bardziej nie było na nim paczki. Pani się zmartwiła. Ja też. Pani zadzwoniła do Krysi. Krysia odesłała ja do Janka. Janek stwierdził, że on paczkę dowiózł. Hania z kolei przyznała, że jej nie dostała. System mówił, że paczkę mam ja. Ale drugi system twierdził, że paczka leży w pobliskim miasteczku. Zuza z miasteczka też zaczęła szukać.....

Temperatura kolejki za moimi plecami zaczęła wzrastać do poziomów grożących wybuchem. Emeryci szemrali, a jedna starsza pani machała nerwowo kijkiem do nordic walking. Nieśmiało zasugerowałam pani, że może ja przyjdę później. Pani z wypiekami na twarzy odrzekła - Nie może być. Ta paczka musi się znaleźć! To sprawa honorowa -

Ubłagałam ja, żeby może obsługiwała klientów tak po troszku, między telefonami.

Pani niechlujnie przybijała pieczątki i przyklejała znaczki, w międzyczasie przerzucając się telefonicznymi inwektywami i sugestiami z Zosią, Jurkiem i Krysią. Sprawa otarła się już o pana Leszka, kiedy wreszcie wyszeptałam nerwowo, że naprawdę muszę iść.

Pani zażądała mojego numeru telefonu, zaklinając się na wszystko, że paczka się znajdzie. Uciekłam, ścigana wrogimi spojrzeniami tłumu. Dobrze, że nie mieli pierza i smoły.

Dwie godziny później pani zadzwoniła - Wiedziałam, ze się znajdzie! My  nic nie gubimy! -

Okazało się, że paczka, jak Pyza Wędrowniczka, sama na własnych nóżkach przetuptała na pocztę w sąsiedniej wsi.  Pani z okienka przysięgła, że nieważne jak, ale jeszcze dzisiaj dostanę przesyłkę. Zdaje się, mówiła coś o staniu na rzęsach i honorze poczty polskiej.

Godzinę później listonosz z sąsiedniej wsi zapukał do moich drzwi. Musiał nieźle nadłożyć drogi, bo to nie jego trasa. Kiedy wyraziłam wdzięczność i podziw, powiedział uprzejmie - To moja praca, proszę pani. Staram się ją dobrze wykonywać. -

I oddalił się, pobierając uprzednio opłatę manipulacyjną. Owszem, przesyłka nie została oclona. Jednak pobyt w magazynie urzędu celnego i karteczka z zawiadomieniem zostały wycenione na dwadzieścia osiem złotych polskich.

Nie umiem zbilansować tego pocztowego epizodu. Na plus wychodzi czy na minus? W sumie, o ile procedury jakby kuleją, to czynnik ludzki zadziałał bez zarzutu, nieprawdaż?

20:41, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
wtorek, 07 kwietnia 2015
powrót do normalności, czyli zwykłe irytacje

Nie, no niektórzy to W OGÓLE nie maja szacunku dla cudzych uczuć. Siada człowiek z poświęceniem na kanapie, z zamiarem obejrzenia strasznie złego filmu TYLKO dlatego, że gra w nim Alexander Skarsgard, w którym tenże człowiek się śmiertelnie kocha. I co? Dupa. Kosmici ustrzelili Alexandra po dwudziestu minutach "Battleship. Bitwa o Ziemię", zostawiając nam na pociechę Rihannę i tego wymoczka, co grał Johna Cartera. Jaasne. I ja mam się przejmować, czy Ziemia ocaleje...Ziemia bez Alexandra i tak nie ma sensu, więc IMHO twórcy filmu strzelili sobie w stopę.

Tak w ogóle to mąż wrócił. W glorii i chwale, emanując poświatą samozadowolenia, opalenizną jak z wczasów nad Balatonem i aurą wszędziebycia, jak Martyna Wojciechowska. Przywiózł nam pluszowego ptaszka kiwi i naręcze kuchennych ściereczek. Tłumaczył, że do plecaka wchodziły mu tylko dwuwymiarowe pamiątki, ale zaczynam go podejrzewać o jakiś ściereczkowy fetysz. Wszędzie tylko te ściereczki....

W każdym razie wrócił, zdrowy, cały i szczęśliwy. Po domu się rozejrzał, przegonił Miśka sprzed kompa, w oszczędnych słowach pochwalił moje dokonania i pomaszerował dziś do nowej roboty. I dobrze, bo już zupełnie się od niego odzwyczaiłam i w czasie świąt ciągle miałam wrażenie nadmiarowości domowników.

 A zupełnie nie a propos, dzisiaj w supermarkecie przeżyłam osłupienie miesiąca. Odkryłam przy kasie, że pudełko  z papierem do pieczenia, który zamierzałam nabyć,  jest otwarte. Zajrzałam, a środku dwa arkusiki, reszta wyparowała. Miałam taką minę, że kasjerka zaczęła się śmiać, i w trakcie skanowania opowiadała mi non stop o tym, co i jak ludzie kradną w supermarkecie.  Różne rzeczy widziałam na półkach w Auchan - puste butelki po napojach, pojemniki po jogurcie, nadgryzione bułki...ale po co komu do licha, kilka arkuszy papieru do pieczenia?

Poza tym, cóż...same codzienne  irytacje. Jeden kot ma łupież i linieje tak,  że znajduję sierść  nawet w rozkrojonych jabłkach i kubeczkach jogurtu. Drugi kot wyrzygał się na dywanik przed łóżkiem Loli i powtórzył ten niecny proceder pod stołem w jadalni. Zwierzęta domowe są przereklamowane. O, nius sprzed minuty - kot z łupieżem właśnie wypluł z rozmachem kropelki na łupież, które mu troskliwie zapodałam. Kropelki, dodajmy, za trzydzieści pięć zeta. Dopiszę mu to do rachunku. Po ile chodzą kocie skórki na reumatyzm?

 

22:40, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
czwartek, 26 marca 2015
Punkt widzenia

Nie, no wzruszyła mnie koleżanka sąsiadka. Ta sama, która regularnie stara się wpłynąć na moje morale, zapraszając mnie na spotkania cnotliwych dam lokalnych. Niestety, jakoś nie po drodze mi z tematyką spotkań (oglądanie filmów pro life, spotkania z działaczami religijnymi, dyskusje o dżenderze i jego zgubnym wpływie na ojczyznę itp.), więc raczej na nich nie bywam. Koleżankę jednak lubię ogromnie i staram się z nią w miarę regularnie widywać.

Sączyłyśmy więc herbatkę, gawędząc na luźne tematy, gdy koleżankę naszło na zwierzenie.

-Wiesz, ja tak sobie myślę - (i dziwię się - taktownie pozostawiła w niedopowiedzeniu) - że to jest naprawdę niesamowite. Że wy tak bez religii i bez Boga jesteście taką porządną rodziną. Szanujecie się, i dobrze wychowujecie dzieci, i w ogóle..-

- No fakt - odparłam po chwili, kiedy już przeszła mi ochota na niepohamowany i bluźnierczy śmiech - to raczej dziwne, ale jakoś dajemy radę. -

I naprawdę, przysięgam, powstrzymałam się, żeby się nie przyznać, że ja chwilami myślę o niej podobnie: że pomimo tego Boga i religii jest taką miłą, uroczą kobietą i tak dobrze wychowuje dzieci!

Czy jest w tym jakaś głębsza refleksja? Zapewne tak. Okopując się na swoich pozycjach, wierząc w swój monopol na prawdę, możemy stracić z oczu to, że wszyscy w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami. Każda ideologia, w którą wierzymy, jest tylko otoczką - wpływa na nasze życiowe wybory, ale nie determinuje tego, jakimi jesteśmy ludźmi.

Nie pisałam, że byłam w tym roku pierwszy raz na Manifie. Namówiona przez koleżankę poniekąd z drugiego bieguna ideologicznego. Nie wiem, czego się spodziewałam. Ale byłam raczej skonsternowana, gdy odkryłam, że w spokojnie spacerującym ulicami tłumie pełno jest rodzin z dziećmi, eleganckich starszych pań i zróżnicowanych wiekowo facetów. Nikt nie bił się z policją, nikt nie pokazywał cycków ani nie dokonywał publicznych aborcji. Jakoś się zdziwiłam tym łagodnym, bardzo kobiecym rzekłabym, obliczem polskiego feminizmu.

Dzięki chwilowemu wglądowi w ten także obcy dla mnie świat, trochę przeorientowałam swoją opinię na temat feministek. Chociaż nie przyznałam się koleżance feministce, że dzięki niej  odłożyłam na półkę kilka stereotypów, cieszę się, że mogłam to zrobić.

Może więc po prostu bądźmy sympatyczni? I mili dla innych, żeby świecić przykładem swojej wiary/niewiary/ideologii/bądź jej braku?

I w ogóle tęcza i jednorożce. I kochajmy się. Tako rzecze natchniona wiosennym słońcem Asia:-)

11:54, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 marca 2015
adaptacja

- Nienawidzę cię - wymamrotałam żałośnie, wchodząc o szóstej rano do zimnej łazienki - ciebie i twoje dzieci. I dzieci twoich dzieci. -

- Ciekawe, co będziesz mówić za dwa tygodnie? - zainteresował się uprzejmie Misiek, którego miałam dostarczyć na dworzec punkt szósta trzydzieści.

No dobra, początek był faktycznie trudny. Kiedy poprzedniego dnia wraca się do domu o wpół do dwunastej w stanie ciężkiego schetania, idea porannej pobudki jakby traci na urodzie. Ale nawet przywykłam, do tego stopnia, że w niedzielny poranek obudziłam się całkowicie dobrowolnie w szóstej czterdzieści.

Koegzystencja z małoletnimi okazała się niezwykle harmonijna. Oni chcą żarcia, świętego spokoju i czasem chwilę mojej uwagi. Ja chcę zejścia mi z oczu, jak jestem zajęta, karnego zjadania tego, co podam na stół i czasem chwilę ich czasu i wysiłku. Na wszelki wypadek upewniam się jednak co do słuszności swoich metod wychowawczych u źródła.

- Misiek, czy ja nie powinnam cię ochrzanić za to, że od trzech godzin siedzisz przy komputerze? -

- Nie - odparł mój syn i zastanowił się jeszcze chwilę - zdecydowanie nie. Wszystko jest w najlepszym porządku -

Skoro tak...

Mąż podróżuje z rozmachem, zdając z postępów szczegółowe relacje, na, jakże by inaczej, blogu. Blog założył, jak uprzejmie mi wyjaśnił, żebyśmy wiedzieli, co u niego słychać. Z tego, co przeczytałam, aktualnie gania gdzieś po Polinezji Francuskiej, zajadając się papają i gapiąc się na młode Tahitanki. Niech mu idzie na zdrowie, co mu będę żałować (zwłaszcza papai).

On ma owoce tropikalne i równie tropikalne laski, a ja grządki do zgrabienia, trawę do wertykulacji, okna do umycia, lekcje do odrobienia (matko, ile nam na tym cholernym kursie zadają!) i tysiąc spraw do załatwienia. I wcale nie żałuję. Przez te pół roku mężowskiego bezrobocia za bardzo nauczyłam się polegać na jego obecności i pomocy. To rozleniwia fizycznie i umysłowo. A więc... Baczność! Na ramię łopatę! I segregator z kolejnymi korektami do zrobienia!

 

13:21, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
piątek, 06 marca 2015
Czasem słońce, czasem deszcz

Słońce:

Dostałam wyniki biopsji. Dwa tygodnie czekania, czy podejrzane komórki mają cechy nowotworu, może człowieka wypalić psychicznie, wierzcie mi, drodzy państwo. Nie mają. Te komórki. Brzydkie są i nie lubimy ich, ale grunt, że wyleczalne.

Mąż nabył samochód. Tym samym ja i Stefan - mój stary, ukochany towarzysz - znowu tworzymy monogamiczny związek. Znów możemy, bez mozolnych ustaleń i negocjacji czasowych, pruć po wiejskich drogach, kiedy nam się zamarzy. Nasze plamy na siedzeniu, nieprzykryte żadnymi odrażającymi kocykami,  radośnie pławią się w marcowym słońcu.

Mąż dostał także pracę. Nie ukrywam, te pół roku, pomimo niewątpliwych plusów, było cokolwiek stresujące. Dla mnie chyba bardziej niż dla męża, bo ja z charakteru jestem czarnowidzem. Od kwietnia nasze życie wskoczy na nowe tory. 

 - Szkoda - powiedział Misiek - nie będziemy już grać w Fifę -.

- A ile będziesz zarabiał? - zatroszczyła się Lola - Możemy z mamą pojechać na zakupy?-

- To kiedy pomalujesz ścianę w jadalni - spytałam - i może uda nam się wreszcie wymienić umywalkę? -

Deszcz, a przynajmniej mżawka:

- Eee, co do tej ściany.....no, właściwie, kochanie, to ja chciałem wyjechać na trochę. Żeby się zresetować przed nową pracą -

- To cudowny pomysł, skarbie. Wyjedź sobie na trzy, cztery dni w góry, pochodź po szlakach -

- Hkhm, ja raczej zaplanowałem... Wiesz, że mam jeszcze te tanie bilety? I że mogę kupić bilet do Australii za czterysta złotych? Wyjeżdżam we wtorek. Ale nie martw się - zapewnił mnie troskliwie małżonek - wrócę przed Wielkanocą -

Tak. No właśnie. Mąż wyjeżdża. Się resetować. Dlaczego w ramach resetowania nie mieści się malowanie i wymiana umywalki, pojąć nie mogę. Noaleoszywiście, jako żona łagodna i wspierająca, wspieram. Słowem i czynem, aczkolwiek myślą już niekoniecznie.

Bo oznacza to, że w związku z moim dokształcaniem małoletni będą dwa dni w tygodniu pozostawieni całkowicie samym sobie. Bo ja wychodzę o 15 i wracam o 23.15. Schetana jak koń po westernie. A Miśka trzeba o szóstej rano dostarczyć na pociąg. Codziennie (to były te plusy męża w domu...).

A teraz proszę napisać mi szybko, zanim zmienię zdanie:

Dobrze robię, że go puszczam? Poradzę sobie? Nie umrę ze strachu o męża plątającego się w dziczy? I w ogóle?

 

21:38, teraz_asia
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 23 lutego 2015
Plama (odzieżowo - edukacyjna)

"Ida" dostała Oskara. No i fajnie, ale czy naprawdę mąż musiał obwieścić mi ten fakt o 4.30? Wcale nie czuję się przez to bardziej euforycznie i patriotycznie uniesiona.

Poza nocnymi pobudkami dręczy mnie ostatnio Zagadka Sweterka.

No więc tak. Wstaję. Jako kobieta schludna zakładam czysty sweterek/bluzę/koszulkę, czy co tam wygarnę z szafy. Po czym wykonuję rutynowe, codzienne czynności. Od pewnego czasu jednakże, codziennie około godziny 11 odkrywam na rzeczonym sweterku/bluzie/koszulce plamę. Dokładnie na froncie, w identycznym kształcie i tym samym burym odcieniu. Rodzina plam nie kolekcjonuje. Tylko ja. Codziennie. TAKĄ SAMĄ! Rozumiecie coś z tego? Rodzina radzi, żebym prześledziła swoje działania i porównała, co robię, a czego nie robią oni. Zabawni są, nieprawdaż. Bo zasadniczo to byłoby jakieś 90 procent domowych czynności...Staram się kontrolować sytuację, ale jak tylko na chwilę spuszczę się z oka, plama pojawia się w całej krasie i okazałości. Czuję się jak element scenografii w horrorze, wiecie, taki krwawy zaciek, który niezależnie od szorowania pojawia się na dywanie w bawialni co noc o 3.15...

Poza brudzeniem sweterków mam ostatnio dużo innych zajęć. Zapisałam się na przykład na kurs dokształcający w celu podniesienia kwalifikacji, a być może nawet znalezienia pracy. Równie nędznie płatnej, jak obecna, za to fajniejszej. Takie tam, wiecie...jak sobie podniesiesz, tak się wyśpisz...

Zajęcia póki co obnażają kosmiczny bezmiar mojej niewiedzy teoretycznej. Co ja robiłam na lekcjach polskiego i jak to możliwe, że miałam piątki? W największą depresję wpędza mnie Misiek, który nie wiadomo dlaczego, całą tę wiedzę na w małym palcu. Czy to nie powinno być karane, żeby w tak młodym wieku mieć kwalifikacje na grammar nazi?

Z ostatnich zajęć  wróciłam emanując wręcz bogactwem całkiem nowych dla mnie wiadomości, którymi natychmiast postanowiłam zaimponować synowi: - Misiek, czy ty wiesz, że w języku polskim można użyć pięć rodzajów cudzysłowów?-

Misiek wyrozumiale pokiwał głową i wymienił je wszystkie. Doprawdy. Są chwile, kiedy mam ochotę go udusić...

Teoria kuleje, ale na szczęście w praktyce radzę sobie nieźle. I dobrze, bo dopiero po zapisaniu się na kurs i opłaceniu go odkryłam, że na końcu jest egzamin! Od czasów wczesnoszkolnych nienawidzę jakiejkolwiek formy sprawdzania mojej wiedzy. Mąż jednak zabronił mi wycofania się z kursu. Twierdzi, że niezależnie od egzaminu wyjście do ludzi dobrze mi zrobi. Ha! On myśli, że ja nie wiem, co on myśli! (zrozumiałe to było, prawda?)

Jemu wcale nie chodzi o ubogacenie mojej psychiki, tylko o to, że jak już jadę do stolicy, to zakładam dżinsy zamiast mojego rozwleczonego dresiku. Przyznam, że trochę się boję zostawiać ich samych na pół dnia. Dresik jest wprawdzie łagodny i nastawiony pacyfistycznie, ale mąż emanuje agresją i miota groźbami, wzmiankując w kontekście dresiku między innymi pojemniki PCK i ogniska w ogrodzie. Rozważam zabieranie dresiku za sobą, niech  zwiedzi stolicę, a co....

PS Właśnie poszłam się przejrzeć - jest godzina 9.50, plamy na razie brak. Znaczy - to nie od siedzenia przy kompie. Uff, co za ulga:-) Resztę czynności w sumie mogę sobie odpuścić...

 

09:52, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
środa, 11 lutego 2015
szok kulturowy

Wyszłam z gabinetu tak szeroko uśmiechnięta, że czekający w recepcji mąż zdaje się podejrzewał u mnie jakiś wstrząs bólowy. A to był tylko szok kulturowy w czystej postaci. Po Ketonalu i magicznych psikadłach dało się przeżyć, w każdym razie po ścianach nie chodziłam. Ale najbardziej znieczulający okazał się wstęp. Wyobraźcie sobie, jak w państwowej przychodni wchodzicie do gabinetu, a lekarz wstaje, ściska wam rękę, uprzejmie się przedstawia, po czym uważnie wysłuchuje całej skomplikowanej historii, starannie przegląda badania, nie traktuje was jak upośledzonych idiotów, ale używając prostej terminologii medycznej tłumaczy, na czym polega zabieg, czemu służy, co można zrobić z jego rezultatami i zapewnia, że postara się, żeby bolało jak najmniej. I faktycznie się stara.

Wyobraziliście już sobie? No, to teraz wymażcie ten kawałek "państwowa". Aż tak daleko moja fantazja nie sięga. Za odpowiednią odpłatnością możesz otrzymać w gabinecie szacunek, kulturę, uwagę i troskę. Za grubą kasę otrzymujesz fachową pomoc, profesjonalny sprzęt, sterylną czystość i uprzedzająco grzeczne recepcjonistki. 

I kiedy przejęta relacjonowałam mężowi jeszcze raz - i słuchaj, on normalnie wstał i się przywitał -dotarło do mnie, w jak dziwacznej żyję rzeczywistości, że banalne, grzecznościowe gesty wywołują we mnie takie emocje.

 Państwowa służba zdrowia przeprowadziła mnie przez dwie operacje, dwa porody i kilka dłuższych pobytów w szpitalnym łóżku.  W trakcie tych procedur regularnie bywałam upokarzana, lekceważona, a przede wszystkim traktowana jak kawał mięsa do obróbki.

I żeby nie było - nie czepiam się warunków, na które lekarze wpływu nie mają. Nie czepiam się możliwości lokalowych, technicznych, sanitarnych i innych. To są bardzo ważne rzeczy, owszem, ale z mojego punktu widzenia nie najważniejsze.

Dlaczego ŻADEN, no przysięgam, żaden jak dotąd lekarz, z jakim miałam styczność w państwowej służbie zdrowia, nigdy nie wykonał takiego prostego gestu przywitania? Dlaczego jedyne spektrum zachowań wahało się pomiędzy rutyną,  ledwie skrywaną niechęcią do pracy i pacjentów a drastycznym infantylizowaniem tychże pacjentów? Dlaczego zawsze miałam wrażenie, że jestem dla lekarza górą w Tatrach (ech, te Tatry, tu byłyby takie ładne widoki, gdyby nie te góry...).

Mój przypadek był zawsze rozczarowująco banalny, albo irytująco nietypowy. Przypadek. Bo ja sama byłam tylko pętającym się na łóżku dodatkiem do karty, któremu nic się tłumaczy, bo nie zrozumie wszak, nie informuje, bo po co język strzępić, nie traktuje jak klienta/partnera do rozmowy/człowieka, bo ma na sobie szpitalną pidżamę.

Chwilami zastanawiałam się, czy to cecha wrodzona (jestem aspołecznym gburem, więc zostanę lekarzem) czy nabyta (vide moja teściowa, była nauczycielka klas początkowych, od lat na emeryturze, a wciąż nie może pozbyć się specyficznego tembru głosu, precyzyjnej dykcji i tendencji do tłumaczenia świata).

Przestałam się zastanawiać. Od lat w miarę możliwości finansowych unikam kontaktu z lekarzami opłacanymi przez Fundusz. I po cichu liczę na to, że zanim wiek zmusi mnie do przesiadywania w poczekalniach, ktoś napisze pracę na temat terapeutycznego wpływu uprzejmości lekarza na stan pacjenta. Bo chwilowo czuję się niemal uzdrowiona...

PS Wierzę, jestem tego wręcz pewna, że są lekarze, którzy nie zasłużyli na to, co napisałam. Szkoda, że nie trafiłam właśnie na nich.

 

13:55, teraz_asia
Link Komentarze (13) »