Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
poniedziałek, 23 lutego 2015
Plama (odzieżowo - edukacyjna)

"Ida" dostała Oskara. No i fajnie, ale czy naprawdę mąż musiał obwieścić mi ten fakt o 4.30? Wcale nie czuję się przez to bardziej euforycznie i patriotycznie uniesiona.

Poza nocnymi pobudkami dręczy mnie ostatnio Zagadka Sweterka.

No więc tak. Wstaję. Jako kobieta schludna zakładam czysty sweterek/bluzę/koszulkę, czy co tam wygarnę z szafy. Po czym wykonuję rutynowe, codzienne czynności. Od pewnego czasu jednakże, codziennie około godziny 11 odkrywam na rzeczonym sweterku/bluzie/koszulce plamę. Dokładnie na froncie, w identycznym kształcie i tym samym burym odcieniu. Rodzina plam nie kolekcjonuje. Tylko ja. Codziennie. TAKĄ SAMĄ! Rozumiecie coś z tego? Rodzina radzi, żebym prześledziła swoje działania i porównała, co robię, a czego nie robią oni. Zabawni są, nieprawdaż. Bo zasadniczo to byłoby jakieś 90 procent domowych czynności...Staram się kontrolować sytuację, ale jak tylko na chwilę spuszczę się z oka, plama pojawia się w całej krasie i okazałości. Czuję się jak element scenografii w horrorze, wiecie, taki krwawy zaciek, który niezależnie od szorowania pojawia się na dywanie w bawialni co noc o 3.15...

Poza brudzeniem sweterków mam ostatnio dużo innych zajęć. Zapisałam się na przykład na kurs dokształcający w celu podniesienia kwalifikacji, a być może nawet znalezienia pracy. Równie nędznie płatnej, jak obecna, za to fajniejszej. Takie tam, wiecie...jak sobie podniesiesz, tak się wyśpisz...

Zajęcia póki co obnażają kosmiczny bezmiar mojej niewiedzy teoretycznej. Co ja robiłam na lekcjach polskiego i jak to możliwe, że miałam piątki? W największą depresję wpędza mnie Misiek, który nie wiadomo dlaczego, całą tę wiedzę na w małym palcu. Czy to nie powinno być karane, żeby w tak młodym wieku mieć kwalifikacje na grammar nazi?

Z ostatnich zajęć  wróciłam emanując wręcz bogactwem całkiem nowych dla mnie wiadomości, którymi natychmiast postanowiłam zaimponować synowi: - Misiek, czy ty wiesz, że w języku polskim można użyć pięć rodzajów cudzysłowów?-

Misiek wyrozumiale pokiwał głową i wymienił je wszystkie. Doprawdy. Są chwile, kiedy mam ochotę go udusić...

Teoria kuleje, ale na szczęście w praktyce radzę sobie nieźle. I dobrze, bo dopiero po zapisaniu się na kurs i opłaceniu go odkryłam, że na końcu jest egzamin! Od czasów wczesnoszkolnych nienawidzę jakiejkolwiek formy sprawdzania mojej wiedzy. Mąż jednak zabronił mi wycofania się z kursu. Twierdzi, że niezależnie od egzaminu wyjście do ludzi dobrze mi zrobi. Ha! On myśli, że ja nie wiem, co on myśli! (zrozumiałe to było, prawda?)

Jemu wcale nie chodzi o ubogacenie mojej psychiki, tylko o to, że jak już jadę do stolicy, to zakładam dżinsy zamiast mojego rozwleczonego dresiku. Przyznam, że trochę się boję zostawiać ich samych na pół dnia. Dresik jest wprawdzie łagodny i nastawiony pacyfistycznie, ale mąż emanuje agresją i miota groźbami, wzmiankując w kontekście dresiku między innymi pojemniki PCK i ogniska w ogrodzie. Rozważam zabieranie dresiku za sobą, niech  zwiedzi stolicę, a co....

PS Właśnie poszłam się przejrzeć - jest godzina 9.50, plamy na razie brak. Znaczy - to nie od siedzenia przy kompie. Uff, co za ulga:-) Resztę czynności w sumie mogę sobie odpuścić...

 

09:52, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
środa, 11 lutego 2015
szok kulturowy

Wyszłam z gabinetu tak szeroko uśmiechnięta, że czekający w recepcji mąż zdaje się podejrzewał u mnie jakiś wstrząs bólowy. A to był tylko szok kulturowy w czystej postaci. Po Ketonalu i magicznych psikadłach dało się przeżyć, w każdym razie po ścianach nie chodziłam. Ale najbardziej znieczulający okazał się wstęp. Wyobraźcie sobie, jak w państwowej przychodni wchodzicie do gabinetu, a lekarz wstaje, ściska wam rękę, uprzejmie się przedstawia, po czym uważnie wysłuchuje całej skomplikowanej historii, starannie przegląda badania, nie traktuje was jak upośledzonych idiotów, ale używając prostej terminologii medycznej tłumaczy, na czym polega zabieg, czemu służy, co można zrobić z jego rezultatami i zapewnia, że postara się, żeby bolało jak najmniej. I faktycznie się stara.

Wyobraziliście już sobie? No, to teraz wymażcie ten kawałek "państwowa". Aż tak daleko moja fantazja nie sięga. Za odpowiednią odpłatnością możesz otrzymać w gabinecie szacunek, kulturę, uwagę i troskę. Za grubą kasę otrzymujesz fachową pomoc, profesjonalny sprzęt, sterylną czystość i uprzedzająco grzeczne recepcjonistki. 

I kiedy przejęta relacjonowałam mężowi jeszcze raz - i słuchaj, on normalnie wstał i się przywitał -dotarło do mnie, w jak dziwacznej żyję rzeczywistości, że banalne, grzecznościowe gesty wywołują we mnie takie emocje.

 Państwowa służba zdrowia przeprowadziła mnie przez dwie operacje, dwa porody i kilka dłuższych pobytów w szpitalnym łóżku.  W trakcie tych procedur regularnie bywałam upokarzana, lekceważona, a przede wszystkim traktowana jak kawał mięsa do obróbki.

I żeby nie było - nie czepiam się warunków, na które lekarze wpływu nie mają. Nie czepiam się możliwości lokalowych, technicznych, sanitarnych i innych. To są bardzo ważne rzeczy, owszem, ale z mojego punktu widzenia nie najważniejsze.

Dlaczego ŻADEN, no przysięgam, żaden jak dotąd lekarz, z jakim miałam styczność w państwowej służbie zdrowia, nigdy nie wykonał takiego prostego gestu przywitania? Dlaczego jedyne spektrum zachowań wahało się pomiędzy rutyną,  ledwie skrywaną niechęcią do pracy i pacjentów a drastycznym infantylizowaniem tychże pacjentów? Dlaczego zawsze miałam wrażenie, że jestem dla lekarza górą w Tatrach (ech, te Tatry, tu byłyby takie ładne widoki, gdyby nie te góry...).

Mój przypadek był zawsze rozczarowująco banalny, albo irytująco nietypowy. Przypadek. Bo ja sama byłam tylko pętającym się na łóżku dodatkiem do karty, któremu nic się tłumaczy, bo nie zrozumie wszak, nie informuje, bo po co język strzępić, nie traktuje jak klienta/partnera do rozmowy/człowieka, bo ma na sobie szpitalną pidżamę.

Chwilami zastanawiałam się, czy to cecha wrodzona (jestem aspołecznym gburem, więc zostanę lekarzem) czy nabyta (vide moja teściowa, była nauczycielka klas początkowych, od lat na emeryturze, a wciąż nie może pozbyć się specyficznego tembru głosu, precyzyjnej dykcji i tendencji do tłumaczenia świata).

Przestałam się zastanawiać. Od lat w miarę możliwości finansowych unikam kontaktu z lekarzami opłacanymi przez Fundusz. I po cichu liczę na to, że zanim wiek zmusi mnie do przesiadywania w poczekalniach, ktoś napisze pracę na temat terapeutycznego wpływu uprzejmości lekarza na stan pacjenta. Bo chwilowo czuję się niemal uzdrowiona...

PS Wierzę, jestem tego wręcz pewna, że są lekarze, którzy nie zasłużyli na to, co napisałam. Szkoda, że nie trafiłam właśnie na nich.

 

13:55, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
piątek, 06 lutego 2015
streszczenie wiadomości dziwnych i zbędnych

No to tak:

Właśnie się dowiedziałam, że kuzyn mojego ojca był karłem i występował w cyrku. Kto mnie przebije?

Spam pocztowy niepokoi się o moje problemy z transferem jelitowym. Do licha, teraz sama się zaczęłam martwić, a wcześniej nawet nie przyszło mi to do głowy.

Odkryłam serial Forever i nie mogę się oderwać. Kiedy usiłowałam streścić mężowi fabułę (no wiesz, on jest koronerem i jest nieśmiertelny, i w dodatku genialnie spostrzegawczy), też wydało mi się to ...ekhm, dziwne. Ale czy tu o fabułę chodzi?! Ioan Gruffudd mówi przecudowną brytyjską angielszczyzną, nosi trzyczęściowy garnitur i ma sarkastyczne poczucie humoru. To pierwszy serial, w którym przewijam sobie po dwa razy dialogi, żeby jeszcze raz ponapawać się głosem głównego bohatera.

A tak a propos mojego ojca, właśnie spełnił swoje marzenie.

- Wiesz, czytałem, że taki pan miał psa. I jak ten pan umarł, to jego pies przez rok przychodził na cmentarz -

- I naprawdę chciałbyś, żeby po twojej śmierci pies siedział rok na twoim grobie? -

Czy tylko mnie wydaje się to dziwne?

Marzenie ojca jest siedmiomiesięcznym owczarkiem australijskim. Wielkim, futrzastym kłębem nieposkromionej energii. Ja pierdzielę. Chodzimy z pieseczkiem na spacery, wszyscy na zmianę, pięć razy dziennie, żeby dało radę. Albo ojciec po takiej dawce ruchu dożyje setki, albo piesek wpędzi go do grobu. W sumie- jakby nie patrzeć, ojciec spełni swoje marzenie...

Nie kłócę się już z mężem, bo jakoś nie mam siły. Kocyk jakoś tak sam dyskretnie wyszedł z samochodu i zawstydzony skulił się w kącie. Mąż się nie kuli, ale stara się być miły.

Poza tym mam taką jakby depresję i przez większość czasu słabo kontaktuję, co się dzieje. I tak jakby choruję i różne rzeczy niemiłe mi dolegają. I czeka mnie taka jakby operacja. A! Wiedziałam, że miałam się o coś spytać! Co byście wybrały? Żeby trochę bolało, ale krótko, za to bez znieczulenia, albo żeby nie bolało w trakcie, a potem rzygać po narkozie? Poważnie skłaniam się do pierwszej opcji. Chyba mniejsze zło, no nie?

 

08:57, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
wtorek, 13 stycznia 2015
Dramat rodzinny w trzech aktach

Występują:

Mąż w stanie coraz-bardziej-zestresowanym, w dodatku zmuszony od początku roku brać samochód od Żony, co negatywnie wpływa na jego morale

Żona w stanie rozsypki psychicznej, a być może nawet na skraju depresji

Syn w stanie zmęczenia rzeczywistością, zwłaszcza tą rodzinną, z ojcem nietypowo ciągle na miejscu

Córka chwiejna i spięta, ale też z poczuciem misji

 

Akt 1, a raczej Prolog:

Mąż wraca ze stolicy w stanie lekkiego podminowania:

- Muszę cię skarcić, kochanie, za stan siedzeń w twoim samochodzie. Są koszmarnie brudne. Naprawdę ci to nie przeszkadza?-

- Nie! Mój samochód, mój brud! -

- Naprawdę przez całe lato nie wpadłaś na to, żeby je uprać?-

- No, wyobraź sobie, że jakoś nie. A w twoim nieustannie były góry śmieci, ja swój odkurzam przynajmniej-

Mąż oburzony. Żona zirytowana.  Dzieci wznoszą oczy do nieba.

Syn, wyraźnie znudzony - Dajcie już spokój -. Córka ze łzami w oczach mamrocze - Ciągle się kłócicie -.

Chwilowa cisza.

 

Akt drugi, czyli Kulminacja

Po chwili Żona idzie do samochodu po coś i odkrywa starannie złożony kocyk na siedzeniu pasażera. Wpada w furię i natychmiast robi Mężowi jesień średniowiecza. (w domyśle: Mąż jechał do stolicy. Wcześniej brud mu nie przeszkadzał. Teraz nawet kocyk rozściela. Dla kogóż?! Och! Komuż to przeszkadza samochód w stanie naturalnym? Czyj tyłek Mąż na tymże kocyku obwoził?!) Mąż, już i tak wkurzony, błyskawicznie podchwytuje  i rozpętuje się małe piekiełko.

Mąż i żona chodzą wokół siebie jak wilki w filmach przyrodniczych. Jeszcze nie gryzą, ale już ranią. - Może od razu weźmy rozwód - krzyczy mąż w złości.

- Przestańcie wreszcie! - krzyczy Syn.

To ani Męża ani Żony nie stopuje. Stopuje ich za to szlochająca w kącie Córka, która wykrzyczane w gniewie słowa wzięła całkowicie na serio.

Zapada cisza. Z gatunku tych ciężkich jak głaz.

Akt trzeci, czyli Katharsis:

Mąż i Żona mijają się w milczeniu przez resztę wieczoru. Córka woła przed snem do swojego pokoju Żonę. Po chwili także Męża. - Stańcie naprzeciwko siebie - zarządza poważnie - Dobrze, teraz dajcie sobie ręce. - Lekka konsternacja po obu stronach, ale poczucie winy zwycięża.

- Teraz, tatusiu, przeproś mamę, a ty, mamo, przeproś tatę -

Mąż i Żona patrzą na córkę, skupioną na swoim odpowiedzianym zadaniu utrzymania rodziny razem i robi im się łyso. Przepraszają się całkiem szczerze. Córka zasypia zadowolona.

 

Niespodziewane zakończenie:

Następnego dnia Żona odbiera Córkę ze szkoły - Ach, więc to jest ten słynny kocyk - zauważa Córka kąśliwie, moszcząc się w samochodzie - To siedzenie wcale nie jest takie brudne, nie przejmuj się, mamo. Ale wiesz co, nie możecie się tak ciągle kłócić. Może ja się nie znam, ale małżeństwo nie polega na kłóceniu się. Trzeba sobie pomagać.

Żona tłumaczy, że stres, że problemy, że tak naprawdę tata wcale tak nie myślał, że dorośli ludzie czasem się kłócą, nawet jak się kochają.

- Dobra, dobra - raźno kontruje Córka - gdyby nie ja, to już byście byli dawno po rozwodzie -

Żona nie wytrzymuje. Śmieje się przez całą drogę do domu. Powtarza Mężowi rozmowę z Córką. Śmieją się razem. Zgodnie obiecują sobie bardziej się starać i nie kłapać pochopnie dziobem.

Kocyk nadal  złowieszczo tkwi na siedzeniu pasażera. Żona przykrywa go torebką w czasie jazdy, żeby się nie denerwować. Mąż się nie wstydzi, wożąc (kogo do licha?! no kogo?!!!) samochodem. Ale Mąż i Żona nie pokłócili się od kilku dni ani razu. Nie chcą, żeby Córka za kilka lat musiała przepracowywać ten okres na terapii.

 

15:44, teraz_asia
Link Komentarze (11) »
środa, 24 grudnia 2014
Łosifer i jasełka

Łosifer przebija. Odkryliśmy to dopiero wczoraj wieczorem, po kolejnej dramatycznej przerwie w dostawie prądu. W połowie pieczenia wyrafinowanego ciasta, w połowie prania,  po chwili od zapuszczenia kolejnej pełnej zmywarki wyrażałam się brzydko o największym polskim dostawcy energii, włączałam korki (ta czynność, nietypowa raczej dla awarii prądu, jakoś nie dała mi do myślenia) i leciałam dalej z robotą. Ostatni blackout miał miejsce, kiedy wszyscy już kładliśmy się do łóżek. Nawet się ucieszyliśmy, bo udało nam się spędzić dziatwę do naszego łóżka i spędzić urocze chwile na kotłowaninie w pościeli i wygłupach, co raczej rzadko się zdarza z dwójką nastolatków na stanie. Kiedy jednak o północy znowu włączyłam korki, wreszcie powiązałam skutek z przyczyną. Faktycznie - nasz świecący reniferek, z powodu demonicznej niebieskiej poświaty nazwany Łosiferem, ewidentnie źle znosił nieustanne potoki deszczu i przebijał, i korki wywalał jak złoto. Łosifer został odłączony, a prąd po kablach leci  aż miło, ułatwiając nam przeżywanie świąt.

W tym roku podeszliśmy do sprawy kompleksowo, żeby zrekompensować sobie zeszłoroczny brak Wigilii. Mama jest głównym dostawcą cateringu, siostra zapewnia lokal i serwis, a ja zostałam kaowcem.

Główną atrakcją mają być jasełka w wykonaniu osób niepełnoletnich. Dlatego spędziłam ostatnie dni raczej nietypowo, klejąc diabelskie rogi i korony, wymyślając nakrycia głowy i akcesoria oraz przeprowadzając kolejne próby:

- Ola, trzymaj brzuch, bo Jezuska za wcześnie urodzisz -

- Misiek, jak umrzesz, musisz przepełznąć pod stołem za kulisy -

- Kuba, wiem, że masz kożuch, ale udawaj, że ci zimno -

- Lola, jak będziesz tak majtać tą kosą, to faktycznie kogoś skrócisz o głowę -

Ciężka praca, mówię wam, chociaż moi aktorzy wykazują zadziwiający zapał i talent godny Oskara.

W każdym razie będzie niezbyt tradycyjnie, za to smacznie i chyba dość śmiesznie.

Mam nadzieję na miły wieczór, bo zasadniczo jest ponuro i pisać mi się nie chciało. No bo co miałam pisać? Że wieje i leje? Że mąż pracy wciąż nie ma? Że ja prawie nic w grudniu nie zarobiłam? Że jakby trochę stresująco finansowo się robi? Że Lola właśnie skończyła brać antybiotyk, bo uporczywy kaszelek, który ją męczył przez dwa tygodnie okazał się zapaleniem płuc? Że boję się jechać na święta do teściów, bo siostrzeniec męża wychodzi ze szkarlatyny i jak mi zarazi Lolę, to mi żyłka pęknie?

Sami widzicie. Szkoda strzępić klawiatury na takie żale.

Za to piszę teraz z uczuciem i szczerą sympatią: bardzo, bardzo was wszystkich lubię. Tych, co piszą i tych, co tylko czytają, i tych, których czytam ja, często nawet nie komentując, tylko napawając się z cicha. Nie umiem nawet zliczyć, ile razy skorzystałam z waszych rad, sugestii, dobrych pomysłów, słów wsparcia i otuchy w trudnych chwilach.

Dziękuję. I wszystkim wam życzę takich świątecznych dni, które pozwolą na chwilę oderwać się od codzienności i kłopotów i poczuć.. no, tę magię powszechnie reklamowaną w TV..., albo przynajmniej odrobinę takiego zwyczajnego ludzkiego ciepełka.

choinka

 

14:52, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
czwartek, 04 grudnia 2014
Mikołajkowe dymelaty

 - Dlaczego?! - spytała rozdzierająco moja córka po powrocie ze szkoły - Dlaczego ja mam tak przerąbane?! -

Pytanie było najwyraźniej retoryczne, gdyż nie czekając na moją reakcję, Lola zalała się rzewnymi łzami. Wreszcie perswazją  i groźbą udało mi się z niej wydobyć powód rozpaczy.

- Dziś było losowanie (chlip), na klasowe Mikołajki (chlip), i ja wylosowałam najgorzej -

- To znaczy? -

- Wylosowałam Piotrka, (buuuu) i ja nie mogę mu nic kupić! -

No tak. O Potwornym Piotrusiu słyszałam opowieści mrocznej treści od pierwszej klasy. W połowie klasy drugiej nabrałam głębokiego przekonania, że Potworny Piotruś jest inkarnacją Koszmarnego Karolka, a kiedy w klasie trzeciej poznałam ojca Potwornego Piotrusia, odkryłam, że to jednak muszą być kwestie genetyczne.

Jednak bez przesady. Nawet Piotrusiowie tego świata nie powinni być wykluczeni z otrzymywania prezentów mikołajkowych. W zwięzłych żołnierskich słowach wytłumaczyłam to córce, odwołując się do jej rozwiniętej zazwyczaj empatii.

Lola popatrzyła na mnie zrezygnowana i zapytała - no ale co ja mu mogę kupić? -

- Książkę - podrzuciłam automatycznie

- On nie czyta -

- Grę planszową? -

- On nie gra w gry planszowe -

- Puzzle? -

Lola tylko prychnęła.

- Gumki do robienia bransoletek? Fajny notes? Coś, co kolekcjonuje? -

- On nie robi bransoletek, nie pisze i nic nie zbiera -

- To co on zazwyczaj robi na przerwach? - spytałam zdesperowana

- Bije inne dzieci - chłodno poinformowała mnie Lola

Przez chwilę pielęgnowałam w głowie myśl o nabyciu zgrabnego kija bejsbolowego w rozmiarze S, ale pospiesznie ją odrzuciłam. Zwłaszcza, że ograniczała nas cena - maksymalnie trzy dychy, no a jednak takie kije to kosztują.

Eksplorując półki w supermarkecie, udało się nam w końcu trafić na coś, co hipotetycznie może ucieszyć Piotrusia - mały helikopterek sterowany pilotem. Lola odetchnęła z ulgą, ale tuż po powrocie do domu znowu zaczęła się miotać:

-Mamo, nie możemy mu dać tego helikoptera. Przecież on tym rozwali szkołę -

- Daj spokój, chyba przesadzasz -

- Ty nie wiesz, co on może z tym zrobić! Na pewno potłucze szyby, albo lampy, albo trafi w panią, albo komuś wydłubie oko, albo... - zatchnęła się spanikowana.

OK, udzieliło mi się. W milczeniu podeszłam do pudełka i wyjęłam baterie. Sprawdziłam raz jeszcze: Baterii brak, spiczastych zakończeń brak, ostrych krawędzi brak. Zastanowiłam się, czy nie owinąć całości gąbką albo watą, ale natychmiast wyobraziłam sobie hipotetycznie złowieszcze zastosowania waty albo gąbki i zrezygnowałam. Za to opakowałam prezent tak pedantycznie, że samo rozpakowanie powinno zająć Piotrusiowi kilka cennych chwil ( "take cover, everybody take cover").  Może nie nosi baterii w szkolnym plecaku?

 

O matko, nie wytrzymam tego napięcia do jutra! Niech już będzie po Mikołajkach! Niech oni wezmą te prezenty do domów!

 

21:13, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
wtorek, 25 listopada 2014
Wlazł kotek na p..arapet

Była ciemna, burzliwa noc. No, prawdę mówiąc, burzliwa nie była za cholerę, ale od dawna chciałam zacząć jakiś tekst w ten właśnie sposób.

Noc była jednakowoż zdecydowanie ciemna, późno listopadowa i mocno zaawansowana. Dokładniej rzecz biorąc wpół do trzeciej, czyli godzina duchów i tak dalej.

- Mamooo! - owionął mnie dramatyczny szept Miśka tuż przy uchu - kot spadł z parapetu! -

Komunikat przestawił mnie w ciągu pięciu sekund z fazy REM do fazy maksymalnego alarmu.

Słowem wyjaśnienia - okno Miśka jest na piętrze. Pod oknem jest daszek tarasowy. Kiedy koty wracają z nocnych wycieczek, wdrapują się na daszek, a z daszku na parapet, gdzie walą łapami w okno do czasu, gdy odźwierny Misiek nie wpuści ich do środka.

Lulu poślizgnęła się na parapecie i łupnęła z wysokości. Miśka dobiegło tylko echu rozpaczliwego miauczenia lecącej kici.

Misiek w panice, ja też, bo przed oczami mam już wizję rozbryźniętego na trawniku kota, albo kota zwisającego z rynny na strzępach futra albo zakrwawionych kocich zwłok na tarasie albo....no dobra, nie chcecie wiedzieć, jak działa moja wyobraźnia o wpół do trzeciej nad ranem.

Zestaw poszukiwawczo - ratowniczy składał się z jednego Miśka w bluzie naciągniętej na pidżamę i w trampkach na bosych nogach oraz z jednej Asi niechlujnie owiniętej w szlafrok i odzianej w adidasy. Penetrowaliśmy ogród zaopatrzeni w latarki i przenikliwie szeptane kici - kici w coraz bardziej nerwowej tonacji. Koci denat nie odpowiedziałby rzecz jasna, ale też raczej nie oddaliłby się z miejsca upadku.  Brak futra, krwawych plam i innych śladów organicznych wskazywałby na fakt, że kot w stanie niezbyt jeszcze ciężkim przeczołgał się gdzieś, żeby skonać w ukryciu.

Kiedy już szron zaczął nam pokrywać brwi, a rozliczne odsłonięte części ciała nabrały niebieskawego odcienia, Misiek znalazł naszą niedoszłą ofiarę w kępie iglaków. Wczołgałam się tam przejęta, wbijając sobie przy okazji kilo igieł w kolana, ale to nic, bo przecież skoro Lulu nie reaguje na wołanie, musi być naprawdę ciężko ranna.

Lukrecja odczekała, aż zanurzę się w iglakach dokładnie i boleśnie, po czym wyszła, niezmiernie z siebie zadowolona, na środek trawnika. Przeciągnęła się, demonstrując idealną sprawność, ziewnęła i spojrzała na nas z miną: ale-o-co-chodzi?.

Pamiętacie takie chwile, kiedy na przykład znajdywaliście swojego rozchichotanego czterolatka po kwadransie przeszukiwania placu zabaw? To dramatyczne rozdarcie między chęcią natychmiastowego uduszenia potomka za głupie dowcipy i zasypania pocałunkami z ulgi, że nic mu się nie stało?

Tak? Bo od razu mówię, że z kotem jest inaczej. Gdyby nie to, że tkwiłam w iglakach, futrzak miałby zaraz okazję wykorzystać następne z siedmiu żyć.

No dobra, kogo ja oszukuję. Lulu była szczęśliwa, że tak się świetnie bawiliśmy przy zabawie w chowanego i przeszła do drugiej zabawy, czyli wyścigu do michy. Potulnie nakarmiłam koteczka i wpuściłam pod własną kołdrę.  Takiego złośliwego gada. Ze spaczonym poczuciem humoru. Żmiję na memłonie.

Ale to okno chyba drutem kolczastym owinę. W końcu kot nie zawsze spada na cztery łapy, nawet TAKI kot, jak Lukrecja.

 

09:12, teraz_asia
Link Komentarze (17) »
czwartek, 06 listopada 2014
co przeczytać, żeby się odłamać?

Na moim cichutkim i bogobojnym wiejskim osiedlu wykryto wczoraj wytwórnię amfetaminy. Pławię się w szczęściu. Wreszcie przestanę rzucać podejrzliwe spojrzenia wszystkim sąsiadom, zastanawiając się, który gnojek wylewa te cuchnące chemikalia do kanalizacji. No i wreszcie oni przestaną na mnie tak dziwnie patrzeć....Doprawdy, nic tak nie działa na poprawę jakości współżycia społecznego jak uzbrojony oddział CBŚ w kominiarkach.

Mąż znosi stan bezrobocia z coraz większym trudem. Ja znoszę męża w stanie bezrobocia z coraz większą aprobatą. Mąż albowiem dyscyplinuje się wewnętrznie. Wstaje bladym świtem zawieźć Miśka na dworzec, po czym... biega. Tak normalnie, wiecie, bierze i biega. Mam do biegania stosunek taki jak do ostryg. Niby modne i wytworne, a jednak wywołuje odruch wymiotny. Chwalę więc męża za bieganie z mniej więcej takim samym entuzjazmem, jak koty przynoszące mi z polowania bezgłową mysz.

Ale mąż angażuje się też w aktywności zaiste pochwały godne - odmalowuje meble ogrodowe, skacze po dachu celem załatania dziur, załatwia zaległe sprawy urzędowe, wozi dzieci  i robi sobie badania. Czyli wszystko to, na co nie miał czasu przez ostatnie lata. Ja się cieszę, on raczej średnio, bo stres mu się buduje finansowo zawodowy.

Mnie się też buduje i nawet powody mam te same. Moja firma ma przetasowania wewnętrzne. Przetasowania owocują chwilowym mam nadzieję zawieszeniem scenariuszy.

Ze stresu zamiast biegać myję okna i czytam. I słuchajcie, taki problemik mam. Nie jestem w stanie skończyć żadnej książki. Od prawie miesiąca. Czytam z coraz większą rozpaczą,  szerokim łukiem tematycznym od Masłowskiej (wymiękłam po 30 stronach), przez Marininę (brnę po rozdziale od dwóch tygodni), z desperacji sięgnęłam już po ponoć cudowną młodzieżową fantasy "Klątwa tygrysa" (umarłam z redaktorskiego wstrętu po 50 stronie) i po Jacka Ketchuma (który jest fajny, ale tak mroczny, że w moim obecnym stanie ducha zaczynam rozglądać się za żyletką po jednym rozdziale).

CO PRZECZYTAĆ?? Żeby:

a. się totalnie nie dobić

b. przez mózg przeszło gładko, nie plącząc się w zwojach

c. nie zwymiotować złą redakcją albo fabułą?

Przysięgam, sprawdzę każdą propozycję...

 

18:26, teraz_asia
Link Komentarze (25) »
piątek, 17 października 2014
kolekcjoner

- Gdzie moje papiery?! -

- Tutaj, zwinięte w reklamówce. Wiedziałam, że ich nie ruszysz jeszcze przez miesiąc najmarniej, więc upchnęłam, żeby nie zawadzały -

- Nie bądź zgryźliwa -

- Jestem racjonalna. Wiem też, że swojej szuflady z papierami nie ruszysz do końca roku, a już nic tam się nie mieści, więc papiery musiały wylądować w reklamówce. Ale czy mógłbyś pozbyć się przynajmniej tego stosu z komody? Trochę mi przeszkadza -

Mąż rzuca mi spojrzenie mroczne i złowieszcze. Oddala się na pół godziny, żeby zmobilizować wewnętrzne zasoby energii. Wraca. Pod naciskiem jego spojrzenia wycofuję się do pokoju, gdzie dobiegają mnie tylko bolesne jęki, wzdychanie i prychanie. Po czterech minutach ...

- Nie, ja nie mogę teraz tego zrobić. Muszę być w odpowiednim nastroju! Ale popatrz, teraz to tylko stosik! -

Faktycznie, stos papierów zmalał o jakieś sześć centymetrów i przy dobrej woli można nazwać go stosikiem.

Klepię męża pocieszająco po ramieniu. Staram się zrozumieć. W końcu to trudny i bolesny proces, wymagający przejrzenia świstków i starych pism branżowych, uporządkowania wizytówek, a niedajboże wręcz wyrzucenia jakiegoś papierka.

Oglądałam takie programy o zbieractwie. Oni mają fachową pomoc psychologiczną, bez tego nie są w stanie wyrzucić nawet opakowania po płatkach. Dlatego kiedy po raz kolejny napomykam coś o usunięciu skrawka papieru drukowanego i słyszę - Nie naciskaj, nie naciskaj. Ja to zrobię, w swoim tempie - wycofuję się, w końcu nie mam odpowiedniego przygotowania do pracy z kompulsywnym zbieraczem papieru. I  nie wspominam o tym, że na strychu nadal stoją stosy pudeł z jego notatkami ze studiów i każdym tekstem, który kiedykolwiek napisał albo choćby miał w planach.

Czy wy też tak macie? W sensie tak wybiórczo? Bo mąż bez drgnienia powieką wywala ciuchy, zbędne gadżety, sprzęty domowe, no, całą resztę poza papierem zadrukowanym.

 Ja beztrosko i bezmyślnie wyrzucam wszystko (i potem szukam niezapłaconego rachunku czy paragonu do reklamacji). Co też jest dość bezsensowne, tyle tylko, że mniej stosów generuję. Jak znaleźć złoty środek?

08:36, teraz_asia
Link Komentarze (16) »
niedziela, 12 października 2014
Zjeść te Merci?

Nasi wygrali. Tak przynajmniej wywnioskowałam z nieartykułowanych, dzikich odgłosów dobiegających sprzed telewizora. Mąż się uchlał ze szczęścia, a Misiek z wrażenia mnie przytulił, więc  uznałam, że miało miejsce wydarzenie zaiste wiekopomne.

No ale flaszki już sprzątnięte, ślubna kiecka z powrotem wylądowała na strychu (Lola jednak nalegała na tyle intensywnie, że poskromiła mój szał porządkowy), na strych da się wejść bez brodzenia po kolana w śmieciach, więc mogę zająć się życiem codziennym.

Pisałam już, że moja nominacja do trójki klasowej okazała się taka bardziej dożywotnia? Nie? No, bo czym tu się chwalić...chyba tym, że właśnie spędziłam upojną godzinę, pieczołowicie pakując Merci na dzień nauczyciela, o, pardon, Dzień Edukacji Narodowej. Edukacja Narodowa ceni sobie w tym roku dobra bardziej trwałe niż kwiecie (taką subtelną sugestię dostałam od tej, ekhm, Edukacji), a jednak czekoladki wydały mi się nieco mniej nachalne w przekazie, niż na przykład komplet Duralexu czy też brylantowe kolie.

Jednakowoż pani Edukacja ostatnio podpadła mi jak cholera i poważnie rozważam skonsumowanie wszystkich Merci z czystej zemsty, nawet kosztem własnej wątroby.

Ja nie wiem, czy się ciskać, czy machnąć ręką i nie kopać się z metaforycznym koniem?

Ale mimo wszystko. Czy ktoś potrafi mi w prostych słowach wytłumaczyć, jak to możliwe, że w świeckim teoretycznie państwie, w publicznej placówce edukacyjnej, w trakcie zajęć lekcyjnych wszyscy uczniowie udają się do kościoła na mszę z okazji - uwaga, uwaga - wizyty jakiegoś świętego obrazu w lokalnej parafii?

Muszę przyznać, że tkwię w zadziwieniu, solidnie podszytym irytacją. Ech. Co tam. Może po prostu wydłubię dziurki w tych bombonierkach i ponadgryzam czekoladki?

17:27, teraz_asia
Link Komentarze (17) »