Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
wtorek, 14 kwietnia 2015
bilans pocztowy

Uprzejmy Hindus z amerykańskiego hotelu bez wahania zaproponował odesłanie zapomnianego przez męża aparatu fotograficznego. Na ich koszt, rzecz jasna, nie ma sprawy, to dla nas przyjemność itp...

Przesyłka musiała wyglądać podejrzanie, bo zainteresował się nią polski urząd celny, który zatrzymał aparat na dwa tygodnie i po namyśle zażądał od męża opłacenia cła. Na szczęście znalazłam stary rachunek, bo bez niego mąż musiałby uiszczać cło za własny, kupiony w ojczyźnie sprzęt. Urząd uparł się jednak, że oddanie do rąk własnych jest zbyt banalne i nie zważając na półmetrową bliskość męża i przesyłki postanowił odesłać mężowi aparat do domu. Mąż oszołomiony ilością papierów i oświadczeń, które musiał podpisać, nie protestował.

Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Pokornie potuptałam więc na pocztę, żeby zakończyć wielotygodniową podróż naszego aparatu po świecie. Na poczcie jedno okienko. W okienku jedna pani. Przed okienkiem osiem osób, z czego połowa to emeryci z plikami rachunków za gaz i światło. Ale dzięki sprawnej obsłudze już po czterdziestu pięciu minutach wręczyłam pani awizo.

I zaczęło się.  Im bardziej zaglądała pani na zaplecze, tym bardziej nie było na nim paczki. Pani się zmartwiła. Ja też. Pani zadzwoniła do Krysi. Krysia odesłała ja do Janka. Janek stwierdził, że on paczkę dowiózł. Hania z kolei przyznała, że jej nie dostała. System mówił, że paczkę mam ja. Ale drugi system twierdził, że paczka leży w pobliskim miasteczku. Zuza z miasteczka też zaczęła szukać.....

Temperatura kolejki za moimi plecami zaczęła wzrastać do poziomów grożących wybuchem. Emeryci szemrali, a jedna starsza pani machała nerwowo kijkiem do nordic walking. Nieśmiało zasugerowałam pani, że może ja przyjdę później. Pani z wypiekami na twarzy odrzekła - Nie może być. Ta paczka musi się znaleźć! To sprawa honorowa -

Ubłagałam ja, żeby może obsługiwała klientów tak po troszku, między telefonami.

Pani niechlujnie przybijała pieczątki i przyklejała znaczki, w międzyczasie przerzucając się telefonicznymi inwektywami i sugestiami z Zosią, Jurkiem i Krysią. Sprawa otarła się już o pana Leszka, kiedy wreszcie wyszeptałam nerwowo, że naprawdę muszę iść.

Pani zażądała mojego numeru telefonu, zaklinając się na wszystko, że paczka się znajdzie. Uciekłam, ścigana wrogimi spojrzeniami tłumu. Dobrze, że nie mieli pierza i smoły.

Dwie godziny później pani zadzwoniła - Wiedziałam, ze się znajdzie! My  nic nie gubimy! -

Okazało się, że paczka, jak Pyza Wędrowniczka, sama na własnych nóżkach przetuptała na pocztę w sąsiedniej wsi.  Pani z okienka przysięgła, że nieważne jak, ale jeszcze dzisiaj dostanę przesyłkę. Zdaje się, mówiła coś o staniu na rzęsach i honorze poczty polskiej.

Godzinę później listonosz z sąsiedniej wsi zapukał do moich drzwi. Musiał nieźle nadłożyć drogi, bo to nie jego trasa. Kiedy wyraziłam wdzięczność i podziw, powiedział uprzejmie - To moja praca, proszę pani. Staram się ją dobrze wykonywać. -

I oddalił się, pobierając uprzednio opłatę manipulacyjną. Owszem, przesyłka nie została oclona. Jednak pobyt w magazynie urzędu celnego i karteczka z zawiadomieniem zostały wycenione na dwadzieścia osiem złotych polskich.

Nie umiem zbilansować tego pocztowego epizodu. Na plus wychodzi czy na minus? W sumie, o ile procedury jakby kuleją, to czynnik ludzki zadziałał bez zarzutu, nieprawdaż?

20:41, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
wtorek, 07 kwietnia 2015
powrót do normalności, czyli zwykłe irytacje

Nie, no niektórzy to W OGÓLE nie maja szacunku dla cudzych uczuć. Siada człowiek z poświęceniem na kanapie, z zamiarem obejrzenia strasznie złego filmu TYLKO dlatego, że gra w nim Alexander Skarsgard, w którym tenże człowiek się śmiertelnie kocha. I co? Dupa. Kosmici ustrzelili Alexandra po dwudziestu minutach "Battleship. Bitwa o Ziemię", zostawiając nam na pociechę Rihannę i tego wymoczka, co grał Johna Cartera. Jaasne. I ja mam się przejmować, czy Ziemia ocaleje...Ziemia bez Alexandra i tak nie ma sensu, więc IMHO twórcy filmu strzelili sobie w stopę.

Tak w ogóle to mąż wrócił. W glorii i chwale, emanując poświatą samozadowolenia, opalenizną jak z wczasów nad Balatonem i aurą wszędziebycia, jak Martyna Wojciechowska. Przywiózł nam pluszowego ptaszka kiwi i naręcze kuchennych ściereczek. Tłumaczył, że do plecaka wchodziły mu tylko dwuwymiarowe pamiątki, ale zaczynam go podejrzewać o jakiś ściereczkowy fetysz. Wszędzie tylko te ściereczki....

W każdym razie wrócił, zdrowy, cały i szczęśliwy. Po domu się rozejrzał, przegonił Miśka sprzed kompa, w oszczędnych słowach pochwalił moje dokonania i pomaszerował dziś do nowej roboty. I dobrze, bo już zupełnie się od niego odzwyczaiłam i w czasie świąt ciągle miałam wrażenie nadmiarowości domowników.

 A zupełnie nie a propos, dzisiaj w supermarkecie przeżyłam osłupienie miesiąca. Odkryłam przy kasie, że pudełko  z papierem do pieczenia, który zamierzałam nabyć,  jest otwarte. Zajrzałam, a środku dwa arkusiki, reszta wyparowała. Miałam taką minę, że kasjerka zaczęła się śmiać, i w trakcie skanowania opowiadała mi non stop o tym, co i jak ludzie kradną w supermarkecie.  Różne rzeczy widziałam na półkach w Auchan - puste butelki po napojach, pojemniki po jogurcie, nadgryzione bułki...ale po co komu do licha, kilka arkuszy papieru do pieczenia?

Poza tym, cóż...same codzienne  irytacje. Jeden kot ma łupież i linieje tak,  że znajduję sierść  nawet w rozkrojonych jabłkach i kubeczkach jogurtu. Drugi kot wyrzygał się na dywanik przed łóżkiem Loli i powtórzył ten niecny proceder pod stołem w jadalni. Zwierzęta domowe są przereklamowane. O, nius sprzed minuty - kot z łupieżem właśnie wypluł z rozmachem kropelki na łupież, które mu troskliwie zapodałam. Kropelki, dodajmy, za trzydzieści pięć zeta. Dopiszę mu to do rachunku. Po ile chodzą kocie skórki na reumatyzm?

 

22:40, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
czwartek, 26 marca 2015
Punkt widzenia

Nie, no wzruszyła mnie koleżanka sąsiadka. Ta sama, która regularnie stara się wpłynąć na moje morale, zapraszając mnie na spotkania cnotliwych dam lokalnych. Niestety, jakoś nie po drodze mi z tematyką spotkań (oglądanie filmów pro life, spotkania z działaczami religijnymi, dyskusje o dżenderze i jego zgubnym wpływie na ojczyznę itp.), więc raczej na nich nie bywam. Koleżankę jednak lubię ogromnie i staram się z nią w miarę regularnie widywać.

Sączyłyśmy więc herbatkę, gawędząc na luźne tematy, gdy koleżankę naszło na zwierzenie.

-Wiesz, ja tak sobie myślę - (i dziwię się - taktownie pozostawiła w niedopowiedzeniu) - że to jest naprawdę niesamowite. Że wy tak bez religii i bez Boga jesteście taką porządną rodziną. Szanujecie się, i dobrze wychowujecie dzieci, i w ogóle..-

- No fakt - odparłam po chwili, kiedy już przeszła mi ochota na niepohamowany i bluźnierczy śmiech - to raczej dziwne, ale jakoś dajemy radę. -

I naprawdę, przysięgam, powstrzymałam się, żeby się nie przyznać, że ja chwilami myślę o niej podobnie: że pomimo tego Boga i religii jest taką miłą, uroczą kobietą i tak dobrze wychowuje dzieci!

Czy jest w tym jakaś głębsza refleksja? Zapewne tak. Okopując się na swoich pozycjach, wierząc w swój monopol na prawdę, możemy stracić z oczu to, że wszyscy w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami. Każda ideologia, w którą wierzymy, jest tylko otoczką - wpływa na nasze życiowe wybory, ale nie determinuje tego, jakimi jesteśmy ludźmi.

Nie pisałam, że byłam w tym roku pierwszy raz na Manifie. Namówiona przez koleżankę poniekąd z drugiego bieguna ideologicznego. Nie wiem, czego się spodziewałam. Ale byłam raczej skonsternowana, gdy odkryłam, że w spokojnie spacerującym ulicami tłumie pełno jest rodzin z dziećmi, eleganckich starszych pań i zróżnicowanych wiekowo facetów. Nikt nie bił się z policją, nikt nie pokazywał cycków ani nie dokonywał publicznych aborcji. Jakoś się zdziwiłam tym łagodnym, bardzo kobiecym rzekłabym, obliczem polskiego feminizmu.

Dzięki chwilowemu wglądowi w ten także obcy dla mnie świat, trochę przeorientowałam swoją opinię na temat feministek. Chociaż nie przyznałam się koleżance feministce, że dzięki niej  odłożyłam na półkę kilka stereotypów, cieszę się, że mogłam to zrobić.

Może więc po prostu bądźmy sympatyczni? I mili dla innych, żeby świecić przykładem swojej wiary/niewiary/ideologii/bądź jej braku?

I w ogóle tęcza i jednorożce. I kochajmy się. Tako rzecze natchniona wiosennym słońcem Asia:-)

11:54, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 marca 2015
adaptacja

- Nienawidzę cię - wymamrotałam żałośnie, wchodząc o szóstej rano do zimnej łazienki - ciebie i twoje dzieci. I dzieci twoich dzieci. -

- Ciekawe, co będziesz mówić za dwa tygodnie? - zainteresował się uprzejmie Misiek, którego miałam dostarczyć na dworzec punkt szósta trzydzieści.

No dobra, początek był faktycznie trudny. Kiedy poprzedniego dnia wraca się do domu o wpół do dwunastej w stanie ciężkiego schetania, idea porannej pobudki jakby traci na urodzie. Ale nawet przywykłam, do tego stopnia, że w niedzielny poranek obudziłam się całkowicie dobrowolnie w szóstej czterdzieści.

Koegzystencja z małoletnimi okazała się niezwykle harmonijna. Oni chcą żarcia, świętego spokoju i czasem chwilę mojej uwagi. Ja chcę zejścia mi z oczu, jak jestem zajęta, karnego zjadania tego, co podam na stół i czasem chwilę ich czasu i wysiłku. Na wszelki wypadek upewniam się jednak co do słuszności swoich metod wychowawczych u źródła.

- Misiek, czy ja nie powinnam cię ochrzanić za to, że od trzech godzin siedzisz przy komputerze? -

- Nie - odparł mój syn i zastanowił się jeszcze chwilę - zdecydowanie nie. Wszystko jest w najlepszym porządku -

Skoro tak...

Mąż podróżuje z rozmachem, zdając z postępów szczegółowe relacje, na, jakże by inaczej, blogu. Blog założył, jak uprzejmie mi wyjaśnił, żebyśmy wiedzieli, co u niego słychać. Z tego, co przeczytałam, aktualnie gania gdzieś po Polinezji Francuskiej, zajadając się papają i gapiąc się na młode Tahitanki. Niech mu idzie na zdrowie, co mu będę żałować (zwłaszcza papai).

On ma owoce tropikalne i równie tropikalne laski, a ja grządki do zgrabienia, trawę do wertykulacji, okna do umycia, lekcje do odrobienia (matko, ile nam na tym cholernym kursie zadają!) i tysiąc spraw do załatwienia. I wcale nie żałuję. Przez te pół roku mężowskiego bezrobocia za bardzo nauczyłam się polegać na jego obecności i pomocy. To rozleniwia fizycznie i umysłowo. A więc... Baczność! Na ramię łopatę! I segregator z kolejnymi korektami do zrobienia!

 

13:21, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
piątek, 06 marca 2015
Czasem słońce, czasem deszcz

Słońce:

Dostałam wyniki biopsji. Dwa tygodnie czekania, czy podejrzane komórki mają cechy nowotworu, może człowieka wypalić psychicznie, wierzcie mi, drodzy państwo. Nie mają. Te komórki. Brzydkie są i nie lubimy ich, ale grunt, że wyleczalne.

Mąż nabył samochód. Tym samym ja i Stefan - mój stary, ukochany towarzysz - znowu tworzymy monogamiczny związek. Znów możemy, bez mozolnych ustaleń i negocjacji czasowych, pruć po wiejskich drogach, kiedy nam się zamarzy. Nasze plamy na siedzeniu, nieprzykryte żadnymi odrażającymi kocykami,  radośnie pławią się w marcowym słońcu.

Mąż dostał także pracę. Nie ukrywam, te pół roku, pomimo niewątpliwych plusów, było cokolwiek stresujące. Dla mnie chyba bardziej niż dla męża, bo ja z charakteru jestem czarnowidzem. Od kwietnia nasze życie wskoczy na nowe tory. 

 - Szkoda - powiedział Misiek - nie będziemy już grać w Fifę -.

- A ile będziesz zarabiał? - zatroszczyła się Lola - Możemy z mamą pojechać na zakupy?-

- To kiedy pomalujesz ścianę w jadalni - spytałam - i może uda nam się wreszcie wymienić umywalkę? -

Deszcz, a przynajmniej mżawka:

- Eee, co do tej ściany.....no, właściwie, kochanie, to ja chciałem wyjechać na trochę. Żeby się zresetować przed nową pracą -

- To cudowny pomysł, skarbie. Wyjedź sobie na trzy, cztery dni w góry, pochodź po szlakach -

- Hkhm, ja raczej zaplanowałem... Wiesz, że mam jeszcze te tanie bilety? I że mogę kupić bilet do Australii za czterysta złotych? Wyjeżdżam we wtorek. Ale nie martw się - zapewnił mnie troskliwie małżonek - wrócę przed Wielkanocą -

Tak. No właśnie. Mąż wyjeżdża. Się resetować. Dlaczego w ramach resetowania nie mieści się malowanie i wymiana umywalki, pojąć nie mogę. Noaleoszywiście, jako żona łagodna i wspierająca, wspieram. Słowem i czynem, aczkolwiek myślą już niekoniecznie.

Bo oznacza to, że w związku z moim dokształcaniem małoletni będą dwa dni w tygodniu pozostawieni całkowicie samym sobie. Bo ja wychodzę o 15 i wracam o 23.15. Schetana jak koń po westernie. A Miśka trzeba o szóstej rano dostarczyć na pociąg. Codziennie (to były te plusy męża w domu...).

A teraz proszę napisać mi szybko, zanim zmienię zdanie:

Dobrze robię, że go puszczam? Poradzę sobie? Nie umrę ze strachu o męża plątającego się w dziczy? I w ogóle?

 

21:38, teraz_asia
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 23 lutego 2015
Plama (odzieżowo - edukacyjna)

"Ida" dostała Oskara. No i fajnie, ale czy naprawdę mąż musiał obwieścić mi ten fakt o 4.30? Wcale nie czuję się przez to bardziej euforycznie i patriotycznie uniesiona.

Poza nocnymi pobudkami dręczy mnie ostatnio Zagadka Sweterka.

No więc tak. Wstaję. Jako kobieta schludna zakładam czysty sweterek/bluzę/koszulkę, czy co tam wygarnę z szafy. Po czym wykonuję rutynowe, codzienne czynności. Od pewnego czasu jednakże, codziennie około godziny 11 odkrywam na rzeczonym sweterku/bluzie/koszulce plamę. Dokładnie na froncie, w identycznym kształcie i tym samym burym odcieniu. Rodzina plam nie kolekcjonuje. Tylko ja. Codziennie. TAKĄ SAMĄ! Rozumiecie coś z tego? Rodzina radzi, żebym prześledziła swoje działania i porównała, co robię, a czego nie robią oni. Zabawni są, nieprawdaż. Bo zasadniczo to byłoby jakieś 90 procent domowych czynności...Staram się kontrolować sytuację, ale jak tylko na chwilę spuszczę się z oka, plama pojawia się w całej krasie i okazałości. Czuję się jak element scenografii w horrorze, wiecie, taki krwawy zaciek, który niezależnie od szorowania pojawia się na dywanie w bawialni co noc o 3.15...

Poza brudzeniem sweterków mam ostatnio dużo innych zajęć. Zapisałam się na przykład na kurs dokształcający w celu podniesienia kwalifikacji, a być może nawet znalezienia pracy. Równie nędznie płatnej, jak obecna, za to fajniejszej. Takie tam, wiecie...jak sobie podniesiesz, tak się wyśpisz...

Zajęcia póki co obnażają kosmiczny bezmiar mojej niewiedzy teoretycznej. Co ja robiłam na lekcjach polskiego i jak to możliwe, że miałam piątki? W największą depresję wpędza mnie Misiek, który nie wiadomo dlaczego, całą tę wiedzę na w małym palcu. Czy to nie powinno być karane, żeby w tak młodym wieku mieć kwalifikacje na grammar nazi?

Z ostatnich zajęć  wróciłam emanując wręcz bogactwem całkiem nowych dla mnie wiadomości, którymi natychmiast postanowiłam zaimponować synowi: - Misiek, czy ty wiesz, że w języku polskim można użyć pięć rodzajów cudzysłowów?-

Misiek wyrozumiale pokiwał głową i wymienił je wszystkie. Doprawdy. Są chwile, kiedy mam ochotę go udusić...

Teoria kuleje, ale na szczęście w praktyce radzę sobie nieźle. I dobrze, bo dopiero po zapisaniu się na kurs i opłaceniu go odkryłam, że na końcu jest egzamin! Od czasów wczesnoszkolnych nienawidzę jakiejkolwiek formy sprawdzania mojej wiedzy. Mąż jednak zabronił mi wycofania się z kursu. Twierdzi, że niezależnie od egzaminu wyjście do ludzi dobrze mi zrobi. Ha! On myśli, że ja nie wiem, co on myśli! (zrozumiałe to było, prawda?)

Jemu wcale nie chodzi o ubogacenie mojej psychiki, tylko o to, że jak już jadę do stolicy, to zakładam dżinsy zamiast mojego rozwleczonego dresiku. Przyznam, że trochę się boję zostawiać ich samych na pół dnia. Dresik jest wprawdzie łagodny i nastawiony pacyfistycznie, ale mąż emanuje agresją i miota groźbami, wzmiankując w kontekście dresiku między innymi pojemniki PCK i ogniska w ogrodzie. Rozważam zabieranie dresiku za sobą, niech  zwiedzi stolicę, a co....

PS Właśnie poszłam się przejrzeć - jest godzina 9.50, plamy na razie brak. Znaczy - to nie od siedzenia przy kompie. Uff, co za ulga:-) Resztę czynności w sumie mogę sobie odpuścić...

 

09:52, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
środa, 11 lutego 2015
szok kulturowy

Wyszłam z gabinetu tak szeroko uśmiechnięta, że czekający w recepcji mąż zdaje się podejrzewał u mnie jakiś wstrząs bólowy. A to był tylko szok kulturowy w czystej postaci. Po Ketonalu i magicznych psikadłach dało się przeżyć, w każdym razie po ścianach nie chodziłam. Ale najbardziej znieczulający okazał się wstęp. Wyobraźcie sobie, jak w państwowej przychodni wchodzicie do gabinetu, a lekarz wstaje, ściska wam rękę, uprzejmie się przedstawia, po czym uważnie wysłuchuje całej skomplikowanej historii, starannie przegląda badania, nie traktuje was jak upośledzonych idiotów, ale używając prostej terminologii medycznej tłumaczy, na czym polega zabieg, czemu służy, co można zrobić z jego rezultatami i zapewnia, że postara się, żeby bolało jak najmniej. I faktycznie się stara.

Wyobraziliście już sobie? No, to teraz wymażcie ten kawałek "państwowa". Aż tak daleko moja fantazja nie sięga. Za odpowiednią odpłatnością możesz otrzymać w gabinecie szacunek, kulturę, uwagę i troskę. Za grubą kasę otrzymujesz fachową pomoc, profesjonalny sprzęt, sterylną czystość i uprzedzająco grzeczne recepcjonistki. 

I kiedy przejęta relacjonowałam mężowi jeszcze raz - i słuchaj, on normalnie wstał i się przywitał -dotarło do mnie, w jak dziwacznej żyję rzeczywistości, że banalne, grzecznościowe gesty wywołują we mnie takie emocje.

 Państwowa służba zdrowia przeprowadziła mnie przez dwie operacje, dwa porody i kilka dłuższych pobytów w szpitalnym łóżku.  W trakcie tych procedur regularnie bywałam upokarzana, lekceważona, a przede wszystkim traktowana jak kawał mięsa do obróbki.

I żeby nie było - nie czepiam się warunków, na które lekarze wpływu nie mają. Nie czepiam się możliwości lokalowych, technicznych, sanitarnych i innych. To są bardzo ważne rzeczy, owszem, ale z mojego punktu widzenia nie najważniejsze.

Dlaczego ŻADEN, no przysięgam, żaden jak dotąd lekarz, z jakim miałam styczność w państwowej służbie zdrowia, nigdy nie wykonał takiego prostego gestu przywitania? Dlaczego jedyne spektrum zachowań wahało się pomiędzy rutyną,  ledwie skrywaną niechęcią do pracy i pacjentów a drastycznym infantylizowaniem tychże pacjentów? Dlaczego zawsze miałam wrażenie, że jestem dla lekarza górą w Tatrach (ech, te Tatry, tu byłyby takie ładne widoki, gdyby nie te góry...).

Mój przypadek był zawsze rozczarowująco banalny, albo irytująco nietypowy. Przypadek. Bo ja sama byłam tylko pętającym się na łóżku dodatkiem do karty, któremu nic się tłumaczy, bo nie zrozumie wszak, nie informuje, bo po co język strzępić, nie traktuje jak klienta/partnera do rozmowy/człowieka, bo ma na sobie szpitalną pidżamę.

Chwilami zastanawiałam się, czy to cecha wrodzona (jestem aspołecznym gburem, więc zostanę lekarzem) czy nabyta (vide moja teściowa, była nauczycielka klas początkowych, od lat na emeryturze, a wciąż nie może pozbyć się specyficznego tembru głosu, precyzyjnej dykcji i tendencji do tłumaczenia świata).

Przestałam się zastanawiać. Od lat w miarę możliwości finansowych unikam kontaktu z lekarzami opłacanymi przez Fundusz. I po cichu liczę na to, że zanim wiek zmusi mnie do przesiadywania w poczekalniach, ktoś napisze pracę na temat terapeutycznego wpływu uprzejmości lekarza na stan pacjenta. Bo chwilowo czuję się niemal uzdrowiona...

PS Wierzę, jestem tego wręcz pewna, że są lekarze, którzy nie zasłużyli na to, co napisałam. Szkoda, że nie trafiłam właśnie na nich.

 

13:55, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
piątek, 06 lutego 2015
streszczenie wiadomości dziwnych i zbędnych

No to tak:

Właśnie się dowiedziałam, że kuzyn mojego ojca był karłem i występował w cyrku. Kto mnie przebije?

Spam pocztowy niepokoi się o moje problemy z transferem jelitowym. Do licha, teraz sama się zaczęłam martwić, a wcześniej nawet nie przyszło mi to do głowy.

Odkryłam serial Forever i nie mogę się oderwać. Kiedy usiłowałam streścić mężowi fabułę (no wiesz, on jest koronerem i jest nieśmiertelny, i w dodatku genialnie spostrzegawczy), też wydało mi się to ...ekhm, dziwne. Ale czy tu o fabułę chodzi?! Ioan Gruffudd mówi przecudowną brytyjską angielszczyzną, nosi trzyczęściowy garnitur i ma sarkastyczne poczucie humoru. To pierwszy serial, w którym przewijam sobie po dwa razy dialogi, żeby jeszcze raz ponapawać się głosem głównego bohatera.

A tak a propos mojego ojca, właśnie spełnił swoje marzenie.

- Wiesz, czytałem, że taki pan miał psa. I jak ten pan umarł, to jego pies przez rok przychodził na cmentarz -

- I naprawdę chciałbyś, żeby po twojej śmierci pies siedział rok na twoim grobie? -

Czy tylko mnie wydaje się to dziwne?

Marzenie ojca jest siedmiomiesięcznym owczarkiem australijskim. Wielkim, futrzastym kłębem nieposkromionej energii. Ja pierdzielę. Chodzimy z pieseczkiem na spacery, wszyscy na zmianę, pięć razy dziennie, żeby dało radę. Albo ojciec po takiej dawce ruchu dożyje setki, albo piesek wpędzi go do grobu. W sumie- jakby nie patrzeć, ojciec spełni swoje marzenie...

Nie kłócę się już z mężem, bo jakoś nie mam siły. Kocyk jakoś tak sam dyskretnie wyszedł z samochodu i zawstydzony skulił się w kącie. Mąż się nie kuli, ale stara się być miły.

Poza tym mam taką jakby depresję i przez większość czasu słabo kontaktuję, co się dzieje. I tak jakby choruję i różne rzeczy niemiłe mi dolegają. I czeka mnie taka jakby operacja. A! Wiedziałam, że miałam się o coś spytać! Co byście wybrały? Żeby trochę bolało, ale krótko, za to bez znieczulenia, albo żeby nie bolało w trakcie, a potem rzygać po narkozie? Poważnie skłaniam się do pierwszej opcji. Chyba mniejsze zło, no nie?

 

08:57, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
wtorek, 13 stycznia 2015
Dramat rodzinny w trzech aktach

Występują:

Mąż w stanie coraz-bardziej-zestresowanym, w dodatku zmuszony od początku roku brać samochód od Żony, co negatywnie wpływa na jego morale

Żona w stanie rozsypki psychicznej, a być może nawet na skraju depresji

Syn w stanie zmęczenia rzeczywistością, zwłaszcza tą rodzinną, z ojcem nietypowo ciągle na miejscu

Córka chwiejna i spięta, ale też z poczuciem misji

 

Akt 1, a raczej Prolog:

Mąż wraca ze stolicy w stanie lekkiego podminowania:

- Muszę cię skarcić, kochanie, za stan siedzeń w twoim samochodzie. Są koszmarnie brudne. Naprawdę ci to nie przeszkadza?-

- Nie! Mój samochód, mój brud! -

- Naprawdę przez całe lato nie wpadłaś na to, żeby je uprać?-

- No, wyobraź sobie, że jakoś nie. A w twoim nieustannie były góry śmieci, ja swój odkurzam przynajmniej-

Mąż oburzony. Żona zirytowana.  Dzieci wznoszą oczy do nieba.

Syn, wyraźnie znudzony - Dajcie już spokój -. Córka ze łzami w oczach mamrocze - Ciągle się kłócicie -.

Chwilowa cisza.

 

Akt drugi, czyli Kulminacja

Po chwili Żona idzie do samochodu po coś i odkrywa starannie złożony kocyk na siedzeniu pasażera. Wpada w furię i natychmiast robi Mężowi jesień średniowiecza. (w domyśle: Mąż jechał do stolicy. Wcześniej brud mu nie przeszkadzał. Teraz nawet kocyk rozściela. Dla kogóż?! Och! Komuż to przeszkadza samochód w stanie naturalnym? Czyj tyłek Mąż na tymże kocyku obwoził?!) Mąż, już i tak wkurzony, błyskawicznie podchwytuje  i rozpętuje się małe piekiełko.

Mąż i żona chodzą wokół siebie jak wilki w filmach przyrodniczych. Jeszcze nie gryzą, ale już ranią. - Może od razu weźmy rozwód - krzyczy mąż w złości.

- Przestańcie wreszcie! - krzyczy Syn.

To ani Męża ani Żony nie stopuje. Stopuje ich za to szlochająca w kącie Córka, która wykrzyczane w gniewie słowa wzięła całkowicie na serio.

Zapada cisza. Z gatunku tych ciężkich jak głaz.

Akt trzeci, czyli Katharsis:

Mąż i Żona mijają się w milczeniu przez resztę wieczoru. Córka woła przed snem do swojego pokoju Żonę. Po chwili także Męża. - Stańcie naprzeciwko siebie - zarządza poważnie - Dobrze, teraz dajcie sobie ręce. - Lekka konsternacja po obu stronach, ale poczucie winy zwycięża.

- Teraz, tatusiu, przeproś mamę, a ty, mamo, przeproś tatę -

Mąż i Żona patrzą na córkę, skupioną na swoim odpowiedzianym zadaniu utrzymania rodziny razem i robi im się łyso. Przepraszają się całkiem szczerze. Córka zasypia zadowolona.

 

Niespodziewane zakończenie:

Następnego dnia Żona odbiera Córkę ze szkoły - Ach, więc to jest ten słynny kocyk - zauważa Córka kąśliwie, moszcząc się w samochodzie - To siedzenie wcale nie jest takie brudne, nie przejmuj się, mamo. Ale wiesz co, nie możecie się tak ciągle kłócić. Może ja się nie znam, ale małżeństwo nie polega na kłóceniu się. Trzeba sobie pomagać.

Żona tłumaczy, że stres, że problemy, że tak naprawdę tata wcale tak nie myślał, że dorośli ludzie czasem się kłócą, nawet jak się kochają.

- Dobra, dobra - raźno kontruje Córka - gdyby nie ja, to już byście byli dawno po rozwodzie -

Żona nie wytrzymuje. Śmieje się przez całą drogę do domu. Powtarza Mężowi rozmowę z Córką. Śmieją się razem. Zgodnie obiecują sobie bardziej się starać i nie kłapać pochopnie dziobem.

Kocyk nadal  złowieszczo tkwi na siedzeniu pasażera. Żona przykrywa go torebką w czasie jazdy, żeby się nie denerwować. Mąż się nie wstydzi, wożąc (kogo do licha?! no kogo?!!!) samochodem. Ale Mąż i Żona nie pokłócili się od kilku dni ani razu. Nie chcą, żeby Córka za kilka lat musiała przepracowywać ten okres na terapii.

 

15:44, teraz_asia
Link Komentarze (11) »
środa, 24 grudnia 2014
Łosifer i jasełka

Łosifer przebija. Odkryliśmy to dopiero wczoraj wieczorem, po kolejnej dramatycznej przerwie w dostawie prądu. W połowie pieczenia wyrafinowanego ciasta, w połowie prania,  po chwili od zapuszczenia kolejnej pełnej zmywarki wyrażałam się brzydko o największym polskim dostawcy energii, włączałam korki (ta czynność, nietypowa raczej dla awarii prądu, jakoś nie dała mi do myślenia) i leciałam dalej z robotą. Ostatni blackout miał miejsce, kiedy wszyscy już kładliśmy się do łóżek. Nawet się ucieszyliśmy, bo udało nam się spędzić dziatwę do naszego łóżka i spędzić urocze chwile na kotłowaninie w pościeli i wygłupach, co raczej rzadko się zdarza z dwójką nastolatków na stanie. Kiedy jednak o północy znowu włączyłam korki, wreszcie powiązałam skutek z przyczyną. Faktycznie - nasz świecący reniferek, z powodu demonicznej niebieskiej poświaty nazwany Łosiferem, ewidentnie źle znosił nieustanne potoki deszczu i przebijał, i korki wywalał jak złoto. Łosifer został odłączony, a prąd po kablach leci  aż miło, ułatwiając nam przeżywanie świąt.

W tym roku podeszliśmy do sprawy kompleksowo, żeby zrekompensować sobie zeszłoroczny brak Wigilii. Mama jest głównym dostawcą cateringu, siostra zapewnia lokal i serwis, a ja zostałam kaowcem.

Główną atrakcją mają być jasełka w wykonaniu osób niepełnoletnich. Dlatego spędziłam ostatnie dni raczej nietypowo, klejąc diabelskie rogi i korony, wymyślając nakrycia głowy i akcesoria oraz przeprowadzając kolejne próby:

- Ola, trzymaj brzuch, bo Jezuska za wcześnie urodzisz -

- Misiek, jak umrzesz, musisz przepełznąć pod stołem za kulisy -

- Kuba, wiem, że masz kożuch, ale udawaj, że ci zimno -

- Lola, jak będziesz tak majtać tą kosą, to faktycznie kogoś skrócisz o głowę -

Ciężka praca, mówię wam, chociaż moi aktorzy wykazują zadziwiający zapał i talent godny Oskara.

W każdym razie będzie niezbyt tradycyjnie, za to smacznie i chyba dość śmiesznie.

Mam nadzieję na miły wieczór, bo zasadniczo jest ponuro i pisać mi się nie chciało. No bo co miałam pisać? Że wieje i leje? Że mąż pracy wciąż nie ma? Że ja prawie nic w grudniu nie zarobiłam? Że jakby trochę stresująco finansowo się robi? Że Lola właśnie skończyła brać antybiotyk, bo uporczywy kaszelek, który ją męczył przez dwa tygodnie okazał się zapaleniem płuc? Że boję się jechać na święta do teściów, bo siostrzeniec męża wychodzi ze szkarlatyny i jak mi zarazi Lolę, to mi żyłka pęknie?

Sami widzicie. Szkoda strzępić klawiatury na takie żale.

Za to piszę teraz z uczuciem i szczerą sympatią: bardzo, bardzo was wszystkich lubię. Tych, co piszą i tych, co tylko czytają, i tych, których czytam ja, często nawet nie komentując, tylko napawając się z cicha. Nie umiem nawet zliczyć, ile razy skorzystałam z waszych rad, sugestii, dobrych pomysłów, słów wsparcia i otuchy w trudnych chwilach.

Dziękuję. I wszystkim wam życzę takich świątecznych dni, które pozwolą na chwilę oderwać się od codzienności i kłopotów i poczuć.. no, tę magię powszechnie reklamowaną w TV..., albo przynajmniej odrobinę takiego zwyczajnego ludzkiego ciepełka.

choinka

 

14:52, teraz_asia
Link Komentarze (10) »