Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
poniedziałek, 14 września 2015
Sól ziemi czarnej

Biegałam dziś od rana, odkreślając kolejne punkty z poniedziałkowej listy. Kolejny punt zawiódł mnie do pobliskiego supermarketu na ekspresowe zakupy spożywcze. Pod supermarketem dwóch panów słusznej postury, ostrzyżonych na jeża, przechadzało się z transparentem. Transparent nieco falował im na wietrze, więc zatrzymałam się usiłując przeczytać wypisane tam hasła, ale zupełnie niepotrzebnie. Panowie głośno obwieszczali, o co chodzi. O uchodźców, rzecz jasna: "Poderżną nam gardła, zgwałcą nasze kobiety, zabiorą nam pracę i mieszkania, spalą kościoły..." Pan doskoczył do mnie ochoczo, domagając się podpisania jakiejś petycji czy listy.

- Musiałabym się poddać lobotomii, żeby to podpisać - powiedziałam odruchowo.

- Eee? - nie zrozumiał  pan agitator - Ale pani się zastanowi. To ważna sprawa, musimy wszyscy, razem, murem! -

- No właśnie się zastanawiam - powiedziałam powoli, słuchając, jak drugi pan tłumaczy przechodniom, że "do Afryki ich trzeba, bandziorów czarnych,  na statki wsadzić, niech wracają, skąd przyszli"

- Właśnie - rozpromienił się pan - trzeba nam prawych ludzi! -

- I serio chcecie ich nakłonić za pomocą takich haseł - spytałam niedowierzająco - tych prawych ludzi?

- No - odrzekł pan zwięźle i z prostotą.

Poszłam dalej, kręcąc głową i myśląc, że jaki ruch, tacy jego emisariusze.

 Ale właściwie to ja miałam o tej dosłownej soli napisać.

Misiek jada w szkole obiady. Całkiem jadalne i niedrogie, idealne rozwiązanie dla człowieka, który wychodzi z domu po szóstej rano i wraca o 16. Niestety tuż po rozpoczęciu roku szkolnego Misiek boleśnie zderzył się w nowymi rozporządzeniami ministerialnymi co do zawartości soli w uczniowskich posiłkach. Dwa razy pokornie zjadł danie, w którym, jak twierdził, nie dało się odróżnić smakowo ziemniaka od kotleta, ale w końcu się poddał. Poszedł do kucharki i rozpaczliwie poprosił o szczyptę soli. Kucharka rozejrzała się nerwowo po sali. Wyciągnęła z kieszeni fartucha solniczkę i konspiracyjnie podała ją Miśkowi, szepcząc - Tylko ciiii, i zaraz przynieś, żeby nikt nie widział -

Misiek twierdzi, że klimat był całkiem jak przy dilerce kokainą. Oczywiście wierzę mu, że skojarzenia ma wyłącznie filmowe. Ale na wszelki wypadek kupiłam mu małą solniczkę.

Teraz Misiek cieszy się dużą popularnością w szkole. Wszyscy chcą z nim siedzieć przy obiedzie. A Misiek wyciąga z kieszeni solniczkę i szepcząc - tylko ciiii - podaje pod stołem kolegom.

Trochę tylko się martwię, bo ostatnio zastanawiał się, po ile mógłby sprzedawać gram białego proszku pierwszakom.....

 

 

12:38, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
wtorek, 08 września 2015
wracam na etat (blogowy)

Taak..no jakby to ująć...wróciłam? (szuram nóżką, z zawstydzeniem patrząc w ziemię i pochrząkując z zażenowaniem).

W każdym razie, gdyby ZUS kwalifikował pisanie bloga jako pracę etatową,  to ostatnie dwa miesiące byłyby z pewnością okresem nieskładkowym. To gorzka refleksja, związana z tegoroczną informacją o wysokości mojej emerytury, która ponownie, jak w roku ubiegłym,  wynosi 324 zeta.

Urwała mi się ostatecznie moja niskopłatna- mało- ambitna- dość żałosna praca zawodowa. Nawet na waciki nie mam. Dupa.

Nie mogę znaleźć pracy zgodnej z moim pracowicie zdobywanym dokształcaniem. Podwójna dupa.

Ale nic to.

Wakacje spoko były.

Misiek odkrył "Grę o tron". Przez kilka tygodni oglądał w amoku wszystkie odcinki wszystkich serii. Jak mu się skończyło, doszedł do wniosku, że czytanie jednak nie boli. I czyta. Kolejne grube tomy. Zaraz mu się skończy i wtedy już nie wiem, co będzie...Może dla odmiany zacznie się uczyć?

Lola odkryła jakąś młodzieżową serię w stylu Percy'ego Jacksona. Przeczytała, i owszem, ochoczo, ale podeszła do tematu bardziej twórczo. W związku z tym przez całe wakacje bawiły się z kuzynką w walki na Olimpie. Przy pomocy skomplikowanych przebieranek, biegania po okolicznych łąkach z drewnianymi łukami (nikt poszkodowany się nie zgłosił, nawet właściciele stogów zboża, wykorzystywanych jako twierdze), tresowania "olimpijskiego psa" (czy wiecie że owczarek australijski potrafi perfekcyjnie iść stępem hiszpańskim? Bo ja nie wierzyłam własnym oczom) i przemowami stylizowanymi na mowę bogiń olimpijskich (pełno w nich było "a zatem", "azaliż" i "ruszajmy w bój"). Jednym słowem bawiła się doskonale...

Mąż przywlókł z golfa monstrualny puchar, a teraz narzeka, że mu handicap spadł, czy się podniósł, nie ogarniam za bardzo, ale że teraz mu trudniej będzie zdobyć następne takie naczynie. Mam nadzieję, bo wiecie, ktoś to musi odkurzać...

U mnie nic nie słychać. Tak cicho, że aż świszczy w uszach. A, racja, włosy zapuszczam. Czy to się liczy jako ekscytująca nowina?

17:08, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
niedziela, 21 czerwca 2015
całkiem zbędny risercz

 

Tak! Po roku od oberwania się umywalki i nieco dłuższym okresie korzystania z zepsutych drzwi prysznicowych wreszcie nadszedł TEN moment. Miałam zarówno kasę jak i męża, który wreszcie pogodził się z ponurą perspektywą wymiany urządzeń sanitarnych. Mąż wykazał się epickim poświęceniem, rezygnując z sobotniego golfa na rzecz wędrówek po Bartyckiej (wieelkie centrum budowlane z milionem sklepów).

Cóż robi Asia w obliczu takiego wyzwania? Asia oczywiście robi risercz. Pedantyczna analiza uwzględniająca mnóstwo danych: zróżnicowanie finansowe, stosunek ceny do jakości, opinie w necie, lokalizacje fabryk poszczególnych firm, dostępność serwisu i nazwy sklepów na Bartyckiej dysponującej kabinami wybranych firm zajęła ładnych parę godzin i dwie kartki z zeszytu Loli.

Założyłam wygodne buty, przygotowałam zapas wody i ściskając w ręce moją podręczną sanitarną biblię zaholowałam męża do centrum, nastawiając się na kilkugodzinny seans wybierania.

Mąż uznał, że o wybrane sklepy spyta w informacji.

- A, państwo źle podjechali. Te wszystkie sklepy to są pod następnym numerem - rzekł pan Informator.

- A tu nie ma żadnego z umywalkami chociaż? - spytał mąż przygnębiony perspektywą kolejnego przeparkowania samochodu.

- Jeden. Taki mały, tu bliziutko -

Poszliśmy. Ja tylko z grzeczności. Wszak wybranych firm tu  nie sprzedawali. Mąż zagaił grzecznie o kabiny.

- No, nie mam. Ale miałem - ożywił się sprzedawca - wczoraj sprzedałem taką fajną. Mogę panu pokazać -

Pokazał. Zdjęcie na stronie internetowej całkowicie nieznanej mi firmy, takie dwa na trzy centymetry.

- Fajna. Bierzemy - zdecydował mąż, a ja osłupiałam, ściskając moje riserczowe karteczki w garści.

- Ale...-

- A umywalki pan ma? - kontynuował mąż radośnie

- No...teraz takich, jak państwo potrzebują, to nie mam. Ale mogę zamówić taką - sprzedawca podsunął nam laptop ze zdjęciem wielkości znaczka pocztowego

- Podoba ci się? - spytał mąż - Bo ja bym brał. Co będziemy kombinować.

- Ale...ja tego wszystkiego nie sprawdziłam - wymamrotałam spłoszona - riserczu nie zrobiłam na te firmy.

- Oj tam - machnął mąż ręką - będzie dobrze - To jeszcze kran wybierzemy, jak tak nam dobrze idzie. Chodź, kochanie, wybierzesz sobie kran -

- Eee, ten może? Takie zwyczajny? -

- Za zwyczajny - zawyrokował mąż - ten ma fajny dings, widzisz? Pan dopisze jeszcze ten kran. -

Wyszliśmy. Ja w stanie milczącego oszołomienia, wciąż z karteczkami w garści, mąż w stanie dziwnie triumfującym.

 - Ale cię zrobiłem na szaro - prychnął wreszcie cały szczęśliwy  - teraz nie możesz mnie więcej ciągać po tych sklepach. Wszystko ci załatwiłem, kochanie, wszystko, co chciałaś i to w pół godziny. Nieźle, no nie? -

 

Mąż ma cholerne szczęście, bo pospieszny risercz post factum wykazał, że kabina i umywalka są akceptowalne i mieszczą się przyjętych przeze mnie kryteriach. Inaczej ten przypływ maczyzmu drogo by go kosztował.....

 

 

19:33, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
wtorek, 02 czerwca 2015
Machiavelli

Nie umiem parkować paralelnie. Mój umysł po prostu nie ogarnia faktu, że tyłując, można wpasować samochód między dwa inne, tak żeby kuper nie wystawał. Nie i już. To jedna z tych rzeczy, których szczerze zazdroszczę mojemu mężowi (poza sześciopakiem na brzuchu i cudowną żoną).

Mąż zaparkował perfekcyjnie, dzięki czemu w niedzielę mogliśmy obejrzeć w stolicy zmianę warty przy grobie Nieznanego Żołnierza (czego nie udało mi się zobaczyć przez 25 lat życia w stolicy i jej okolicach) i wystawę "Nowy poczet królów polskich" na Zamku Królewskim, gdzie nie byłam od lat dwudziestu. Tym razem w ramach świętowania dnia dziecka postawiliśmy na Warszawę, gdzie zasadniczo pojawiamy się rzadko i niechętnie (może ze względu na konieczność parkowania paralelnego?). Wyprawa okazała się bardzo udana, zwłaszcza, że na koniec zażądałam lodów. Nie żadnych tam zdrowych i wytwornych, z prawdziwej śmietany, ale tych najbardziej podłych, z automatu, kręconych z mleka w proszku i tony chemicznych dodatków. Umm, smak dzieciństwa, mniam...

Misiek wprawdzie dawał chwilami do zrozumienia, że szanujący się nastolatek nie chadza na rodzinne niedzielne spacery, ale poza subtelnymi szpilami wbijanymi nam od czasu do czasu powstrzymywał się od okazywania zniecierpliwienia i zażenowania. Ludzki pan. Chociaż...

- Ojej - westchnęłam, kiedy wreszcie po pięciu minutach czekania na wyjazd z bocznej uliczki ktoś się wreszcie zlitował i nas wpuścił do ruchu - jak miło. Ten facet ma dobre serce. Chyba że - dodałam radośnie  - zachwycił się moją urodą -

- Obstawiałbym to pierwsze - rzucił Misiek z kamienną twarzą.

Często mam wrażenie, że Misiek nie może być konglomeratem genów moich i męża - ludzi zasadniczo łagodnych, dobrze wychowanych i przyjemnych w obyciu.

Na przykład, jak to zazwyczaj dzieje się w maju, zbiegły się dwa wydarzenia: moje imieniny i dzień matki. Jako troskliwa rodzicielka uznałam, że muszę przypomnieć o nich synowi, żeby nie było mu głupio, że zapomniał.

- Misiek, pamiętaj, że jutro mam imieniny, a dwa dni później jest dzień matki-

- Serio? - zdziwił się Misiek - Hmm, to zrobię tak: prezent dam ci na imieniny, a dzień matki będę dla ciebie miły, OK? -

Dzień po imieninach Misiek był jednak wyjątkowo wręcz nieprzyjemny i co chwila dogryzał mi jakimiś złośliwościami.

- Ej no, miałeś być miły, jutro dzień matki, a ty jesteś dla mnie wredny! -

- No tak - wyjaśnił Misiek grzecznie - ale nie chce mi się cały dzień być miłym. Więc uznałem, że jak dziś będę bardzo niemiły, to jutro mogę się zachowywać normalnie, a ty będziesz i tak zadowolona -

No doprawdy, istny Machiavelli!

Gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że Misiek jednak wykazał się dużym zaangażowaniem. Wprawdzie kazał mi wyjść z domu, nie zważając na fakt, że lało jak z cebra i było zimno, ale gdy wróciłam, okazało się, że mój pierworodny całkiem samodzielnie, pierwszy raz w życiu upiekł dla mnie ciasto. Jako dodatek do ciasta wręczył mi dość niepokojący w formie bukiet kwiecia z jeszcze bardziej niepokojącym tekstem - Nie martw się, to nie z NASZEGO ogródka -

No ale chyba muszę mu zaliczyć to święto matki, zwłaszcza, że faktycznie Misiek przez cały dzień  był dość miły:-)

11:04, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 25 maja 2015
Bullying, czyli hodowla potwora

Zosia ma dwanaście lat i chodzi do piątej klasy. Jest ładna, zadbana, wysportowana i dobrze się uczy. Zosia ma mnóstwo prestiżowych zajęć pozalekcyjnych, świetne ciuchy i wykształconych, bardzo zamożnych rodziców z górnej półki. Rodzice uważają, że Zosia jest fantastyczna i są zachwyceni jej silną osobowością, znacznie dojrzalszą niż u jej rówieśników.

Zosia od chwili przestąpienia szkolnych progów mistrzowsko rozwija sztukę manipulacji, subtelnego dręczenia i tyranizowania otoczenia. Przebywając z Zosią, możesz występować tylko w jednej z dwóch ról - wielbiciela albo wroga. Wielbiciele Zosi też mają przerąbane: grając w zimno - ciepło, Zosia utrzymuje ich w stanie nieustannego napięcia, ale za to mogą się grzać w blasku jej fascynującej osobowości. Najlepszą metodą na zdobycie względów Zosi jest dręczenie jej wrogów. No, a wrogiem, jako się rzekło, jest każdy, kto nie wielbi.

Pani w klasach początkowych uważała Zosię za modelową uczennicę i pozwalała jej na wszystko. Dosłownie. Zosia była chwalona nawet za to, za co inni dostawali kary, zawsze w pierwszej parze, zawsze z przodu, zawsze na piedestale.

Wychowawczyni w klasach starszych jest subtelna i łagodna. Nie umie lub nie chce przeciwstawić się Zosi, która de facto przejęła funkcje wychowawcze. Dopiero stanowczy protest grupki rodziców ukrócił na przykład słynne godziny wychowawcze, na których Zosia najpierw odczytywała biuletyn szkolny, który sama napisała, a później przeprowadzała jawne ankiety w stylu: Kto jest najładniejszy w klasie? Kto jest najfajniejszy? Kto jest najbardziej popularny?

Nauczyciele albo się Zosi boją, bo nie wiedzą, jak z nią postępować, albo pozwalają jej na wszystko. Bo Zosia jest tak naprawdę marzeniem każdego nauczyciela - jako rzekłam,  jest przecież bardzo dobrą uczennicą, jest też urocza, bystra i chętnie zgłasza się do każdej aktywności, która wymaga kierowania innymi. Zosia rozdziela prace w grupach na technice, decyduje, jaką piosenkę zaśpiewa klasa i jak podzielić drużyny na wuefie.

Rodzice, których dzieci padają ofiarą Zosi, nie mogą nic. Matce, której córka po roku przeczołgiwania przez Zosię zaczęła się jąkać i musiała chodzić na terapię, mama Zosi zamknęła drzwi przed nosem, sugerując, że emocjonalne problemy dziewczynki mają podłoże rodzinne. Wychowawczyni klas pierwszych negowała każdą uwagę dotyczącą zachowania Zosi. Wychowawczyni klas następnych zmartwiła się zgłoszonymi problemami i obiecała się im przyjrzeć. Przygląda się od dwóch lat. Szkolna pedagog, do której poszli rodzice w zeszłym tygodniu, jako pierwsza przyznała, że wie, o co chodzi.  Pani pedagog uczciwie powiedziała jednak, że szkoła nie może nic. Gdyby Zosia biła, albo używała wulgarnych określeń, albo kradła, byłoby trochę łatwiej. Ale co szkoła może zrobić z uczennicą, która grzecznie siedzi między koleżankami na ławce i mówi coś do nich cichutko? A że jakaś dziewczynka chwilę później wypłakuje się w kącie? Albo nie chce jechać na wycieczkę? Albo boi się grać na wuefie w przeciwnej, niż Zosia drużynie? Albo dostaje bólu brzucha przed pójściem do szkoły? To subtelności, umykające szkolnym regułom. Na Zosię nie ma paragrafu.

Okazało się jednak, że paragraf jest, tylko bardzo mało znany. Zjawisko, coraz powszechniejsze, nazywa się bullying. Są szkolenia, są informacje, są filmy instruktażowe dla nauczycieli. Tylko nikt o tym nie wie. Albo nie chce wiedzieć.

Obserwuję Zosię od kilku lat. I mam coraz silniejsze wrażenie, że sami ją taką wychowaliśmy. Że nie stawiając granic, nie przeciwstawiając się, pozwalając Zosi przejąć rolę zarządcy klasy i tresera rówieśników pozwoliliśmy rodzicom Zosi wyhodować potwora. Pani pedagog ze smutkiem twierdzi, że Zosia będzie miała łatwiej w życiu. Tylko czy innym będzie z nią łatwiej?

PS Lola od dwóch miesięcy odwiedza znajomego psychologa. Nie, nie dlatego, że płacze przez Zosię. Przestała, kiedy uświadomiłam jej, jak dużą sprawia jej tym satysfakcję. Lola nie boi się chodzić do szkoły i w sumie nawet nie boi się Zosi. Ma dwie przyjaciółki i razem są w stanie wytrzymać właściwie każdą szykanę. Ale chcę, żeby ktoś dorosły, ktoś poza mną, uświadomił Loli mechanizm tej manipulacji. Żeby ktoś powiedział jej, że to jest złe. Bo na razie moja córka wszędzie poza domem dostaje wyraźny sygnał, że Zosia wygrywa na wszystkich frontach i jej zachowanie nie tylko nie jest potępiane, jest wręcz nagradzane. A ja nie chcę hodować potwora.

11:45, teraz_asia
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 18 maja 2015
relacja subiektywna

Z trudem doszłam do siebie po wieściach, że serial Forever (ten o nieśmiertelnym patologu sądowym z umysłem Sherlocka Holmesa) nie będzie kontynuowany. W samą porę, dzięki Zwierzowi , odkryłam chyba coś równie fascynującego. Serial iZombie - o młodej lekarce, która po przemianie w zombie musi jeść mózgi (żeby, ekhm, przeżyć?). Zostaje więc - tadam - patologiem sądowym, żeby mieć pod ręką fastfoody:-) Jestem zachwycona streszczeniem i obiecuję, że będę donosić, jak się rozwija akcja.

Nie pisałam, bo byłam w Chinach, a tam jakoś słabo z Internetem. Ledwie udawało mi się pocztę otworzyć, żeby napisać do dzieciątek. Mąż uznał, że Państwo Środka to doskonały pomysł na romantyczny tydzień we dwoje (no dobra, mieliśmy zaklepaną wycieczkę z jego ex pracy i żal było nie skorzystać i tanie bilety i w ogóle) , a małoletni  zostali sami (SAMI!!!!) na osiem dni. Wykorzystali ten czas doskonale - w dni wyjazdu rozchorowała się Lola, parę dni później zaraził się Misiek. Siedzieli więc na kanapie, smarkali, podgrzewali kolejne półprodukty spiętrzone w lodówce i nerdzili na komputerach. Istny raj.

Refleksje z podróży chcecie? W Chinach najczęściej widziałam Chińczyków i wieżowce. I toalety. Jak w komunistycznej Moskwie - dziura w podłodze i klawisz do deptania celem spuszczenia wody. Już na trzeci dzień umiałam  z nich korzystać nie obsikując sobie butów.

 Wieżowce czterdziestopiętrowymi  stadami zatłaczają przestrzeń każdego miasta - co nie jest dziwne, zważywszy na ilość Chińczyków. A miasta też jakby przeskalowane (cytat z naszej chińskiej przewodniczki: " To małe miasteczko jest, jakiś milion mieszkańców...").

W Chinach jada się chińszczyznę. Pałeczkami. Po dwóch dniach z głodu nauczyłam się używać pałeczek. Chińska chińszczyzna nie smakuje jak polska. Ocieka tłuszczem, ryż jest niesłony, a na śniadanie dostawaliśmy smażony makaron z warzywami. Schudłam dwa kilo rąbiąc jak maszyna ten tłuszcz i krochmal. Nie widziałam otyłych Chińczyków. Fascynujące.

Chińczycy w masie są głośni, ruchliwi i nieprawdopodobnie ekspansywni. Nie tyle uprzejmi, ile uprzejmie ignorujący. Siebie nawzajem. Nas nie, bo w miejscach nie - turystycznych stanowiliśmy absolutną egzotykę. Po wieczornym spacerze w centrum Chongqing (5 milionów mieszkańców) zrozumiałam, jak mógł czuć się Murzyn w Warszawie w latach siedemdziesiątych. Zdjęcia sobie z nami robili, rozumiecie? Palcami pokazywali. Szczęśliwi cali, że im takie dziwaki po miasteczku chodzą.

Dzieci w Chinach nie noszą pieluch. Mają śpioszki rozcięte w kroku i tak sobie radośnie leją naokoło. Ekologicznie, tanio i zero odparzeń. Że też ja na to nie wpadłam! Chińskie dzieci (a widziałam chyba pełen przegląd społeczny i majątkowy) są czyste, ślicznie ubrane, hołubione, tulone, całowane i traktowane jak skarby. Może ta polityka antyrodzinna też ma swoje zalety?

Widziałam ludzi modlących się w buddyjskich świątyniach i przed obrazem Mao na placu Tiananmen. Kilkukilometrową kolejkę przed mauzoleum Mao i Zakazane Miasto. Pola ryżowe i rzekę Jangcy.

W ogóle nie rozumiem tego kraju. Jest przedziwny. Hermetyczny i kompletnie obcy. Jak nas zaleje fala Chińczyków, kiedy już przestaną się mieścić w swoich wieżowcach, mamy przerąbane. Serio.

PS Specjalnie na użytek mojego męża: to był doprawdy niezwykle ciekawy, pouczający i zachwycający wyjazd. Och, jak bardzo mi się podobał, och, ach.

PS Kupiłam sobie chińskie trampki. Mąż kupił sobie miecz. Naprawdę mamy inne życiowe priorytety...

20:58, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
środa, 29 kwietnia 2015
o codzienności z niespodziankami

Zdałam.

 

Aaaaa!!! Zdałam, zdałam! Bardzo dobrze zdałam! A wręcz najlepiej w grupie! A grupa pełna świeżo upieczonych absolwentów polonistyki! Jestem genialna!

No dobrze. Ochłonęliśmy, pot z czoła otarliśmy (my, Asia) i teraz możemy sobie dyplomik w ramki oprawić. Albo zacząć szukać roboty z dyplomem w garści. To się jeszcze okaże.

Póki co, mam ręce pełne roboty. I co sobie zaplanuję, to zaraz mi się harmonogram wywala. Wczoraj na przykład miałam rozpisane co do godziny plany na przedpołudnie. A tu o ósmej rano ojciec dzwoni w panice, bo pies leży i wstać nie chce.

Pies przez trzy miesiące pobytu u ojca wykopał kilka cennych okazów ogrodniczych, zrobił w wypielęgnowanym trawniku dziesięć dziur wielkości Alaski, zjadł kabel od lampek ogrodowych, kabel od domofonu, kabel od napędu bramy, dwa wiaderka, mopa, wszystkie tabliczki oznaczające rośliny i naręcza pieczołowicie wsadzonych bratków, tulipanów i innych kwiatków. Sami rozumiecie, że ojciec wielbi go miłością bezgraniczną i traktuje lepiej niż własne dzieci (teraz mam taką refleksję, że gdybym przeżuła w dzieciństwie kilka mopów, może ojciec bardziej by mnie kochał?).

Panika mi się udzieliła i pognaliśmy do weterynarza. Okazało się, że pies złapał chorobę odkleszczową, która, nie wyleczona na czas, prowadzi do szybkiego zejścia. Pies został podłączony do kroplówki,  my siedliśmy w stanie rozsypki psychicznej i wtedy zadzwonił telefon. Pielęgniarka szkolna prosi o przyjazd, bo dziecko mi się dusi.

Zostawiłam ojca i psa z kroplówką i pognałam do szkoły. Zawiozłam Lolę do domu, nafaszerowałam lekami i wróciłam po psa (za każdym razem w korkach miasteczkowych po półgodzinna trasa).

Po czym znowu pognałam do domu, sprawdziłam, czy Lola oddycha i poleciałam realizować punkty z listy. A wieczorem leciałam jeszcze na romantyczną randkę z mężem w Leruamerlę, żeby wybrać farbę.

Mój mąż, dociśnięty i ubłagany, postanowił bowiem wreszcie pomalować ścianę w jadalni. I naprawić deskę sedesową. I wymienić umywalkę. I drzwi od prysznica.

Bardzo jestem ciekawa, na jak długo wystarczy mu motywacji. Stawiam na to, że sprawy domowe rozmyją się i odejdą w niepamięć gdzieś między ścianą a umywalką.

PS A pies  błyskawicznie dochodzi do siebie i czuje się dziś już całkiem dobrze. Nawet za dobrze - jak stwierdziła z pewną frustracją moja matka, odnotowując stratę kolejnego mopa.

12:06, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
o rzygach na wietrze:-)

Jecie coś? To odłóżcie na chwilę.

Leżę na kanapie, obok śpi Lulu. Nagle słyszę dyskretne błee i zawartość kociego żołądka ląduje mi przy ramieniu. PRZEZ SEN?! Kto do cholery rzyga przez sen?

Może to przez te kropelki na łupież? Gdyż, proszę państwa, mogę się podzielić niezawodnym sposobem zapodania tychże kropelek opornemu kotu. Surową wołowinkę kroimy w kostkę. W niektórych kostkach wydłubujemy nożem dziurki, wkrapiamy do dziurki lekarstwo i sprytnie maskujemy strzępem mięsa. Całość mieszamy i z szatańskim chichotem podajemy futrzakowi, który żre bez opamiętania.

Mąż zobaczył mnie niedawno w kuchni, pochyloną nad strzępami krwistego mięsa, radosną jak Hannibal Lecter przed posiłkiem, i jakoś nerwowo przytulił do siebie talerz z kanapkami. Nie wiem, czy to może mieć związek, ale kiedy wieczorem zaproponowałam mu obiad, pospiesznie odparł, że jadł na mieście...

A w ogóle to beztroskim bełkotem usiłuję zamaskować niepokój. Jadę dziś na egzamin pisemny, który ma udowodnić, że nadaję się do pracy z książkami. W sumie to niby wiem, ale jakby nie wiem, czy wiem to, co powinnam wiedzieć...

Zwłaszcza dziś, bo ten cholerny wiatr wywiewa mi właśnie z mózgu resztki inteligencji. Czy wy też macie takie objawy? Bo zasadniczo mróz, deszcz i inne pogodowe klopsiki aż tak mi nie szkodzą. Ale przy silnym, porywistym wietrze  zamieniam się w umysłowo ociężałą galaretę.

I siedzę teraz tępo na tej kanapie, co mi ją Lulu obrzygała, patrzę bez zrozumienia w notatki i myślę - kawa? Red Bull? czekolada z orzechami? skręt? kop w tyłek?

Niestety, z energetyzujących bodźców mam tylko kawę (i kocie rzygi do sprzątnięcia).

Trzymajcie więc kciuki, drodzy czytacze, bo może być słabo.

 

 

 

13:13, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 14 kwietnia 2015
bilans pocztowy

Uprzejmy Hindus z amerykańskiego hotelu bez wahania zaproponował odesłanie zapomnianego przez męża aparatu fotograficznego. Na ich koszt, rzecz jasna, nie ma sprawy, to dla nas przyjemność itp...

Przesyłka musiała wyglądać podejrzanie, bo zainteresował się nią polski urząd celny, który zatrzymał aparat na dwa tygodnie i po namyśle zażądał od męża opłacenia cła. Na szczęście znalazłam stary rachunek, bo bez niego mąż musiałby uiszczać cło za własny, kupiony w ojczyźnie sprzęt. Urząd uparł się jednak, że oddanie do rąk własnych jest zbyt banalne i nie zważając na półmetrową bliskość męża i przesyłki postanowił odesłać mężowi aparat do domu. Mąż oszołomiony ilością papierów i oświadczeń, które musiał podpisać, nie protestował.

Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Pokornie potuptałam więc na pocztę, żeby zakończyć wielotygodniową podróż naszego aparatu po świecie. Na poczcie jedno okienko. W okienku jedna pani. Przed okienkiem osiem osób, z czego połowa to emeryci z plikami rachunków za gaz i światło. Ale dzięki sprawnej obsłudze już po czterdziestu pięciu minutach wręczyłam pani awizo.

I zaczęło się.  Im bardziej zaglądała pani na zaplecze, tym bardziej nie było na nim paczki. Pani się zmartwiła. Ja też. Pani zadzwoniła do Krysi. Krysia odesłała ja do Janka. Janek stwierdził, że on paczkę dowiózł. Hania z kolei przyznała, że jej nie dostała. System mówił, że paczkę mam ja. Ale drugi system twierdził, że paczka leży w pobliskim miasteczku. Zuza z miasteczka też zaczęła szukać.....

Temperatura kolejki za moimi plecami zaczęła wzrastać do poziomów grożących wybuchem. Emeryci szemrali, a jedna starsza pani machała nerwowo kijkiem do nordic walking. Nieśmiało zasugerowałam pani, że może ja przyjdę później. Pani z wypiekami na twarzy odrzekła - Nie może być. Ta paczka musi się znaleźć! To sprawa honorowa -

Ubłagałam ja, żeby może obsługiwała klientów tak po troszku, między telefonami.

Pani niechlujnie przybijała pieczątki i przyklejała znaczki, w międzyczasie przerzucając się telefonicznymi inwektywami i sugestiami z Zosią, Jurkiem i Krysią. Sprawa otarła się już o pana Leszka, kiedy wreszcie wyszeptałam nerwowo, że naprawdę muszę iść.

Pani zażądała mojego numeru telefonu, zaklinając się na wszystko, że paczka się znajdzie. Uciekłam, ścigana wrogimi spojrzeniami tłumu. Dobrze, że nie mieli pierza i smoły.

Dwie godziny później pani zadzwoniła - Wiedziałam, ze się znajdzie! My  nic nie gubimy! -

Okazało się, że paczka, jak Pyza Wędrowniczka, sama na własnych nóżkach przetuptała na pocztę w sąsiedniej wsi.  Pani z okienka przysięgła, że nieważne jak, ale jeszcze dzisiaj dostanę przesyłkę. Zdaje się, mówiła coś o staniu na rzęsach i honorze poczty polskiej.

Godzinę później listonosz z sąsiedniej wsi zapukał do moich drzwi. Musiał nieźle nadłożyć drogi, bo to nie jego trasa. Kiedy wyraziłam wdzięczność i podziw, powiedział uprzejmie - To moja praca, proszę pani. Staram się ją dobrze wykonywać. -

I oddalił się, pobierając uprzednio opłatę manipulacyjną. Owszem, przesyłka nie została oclona. Jednak pobyt w magazynie urzędu celnego i karteczka z zawiadomieniem zostały wycenione na dwadzieścia osiem złotych polskich.

Nie umiem zbilansować tego pocztowego epizodu. Na plus wychodzi czy na minus? W sumie, o ile procedury jakby kuleją, to czynnik ludzki zadziałał bez zarzutu, nieprawdaż?

20:41, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
wtorek, 07 kwietnia 2015
powrót do normalności, czyli zwykłe irytacje

Nie, no niektórzy to W OGÓLE nie maja szacunku dla cudzych uczuć. Siada człowiek z poświęceniem na kanapie, z zamiarem obejrzenia strasznie złego filmu TYLKO dlatego, że gra w nim Alexander Skarsgard, w którym tenże człowiek się śmiertelnie kocha. I co? Dupa. Kosmici ustrzelili Alexandra po dwudziestu minutach "Battleship. Bitwa o Ziemię", zostawiając nam na pociechę Rihannę i tego wymoczka, co grał Johna Cartera. Jaasne. I ja mam się przejmować, czy Ziemia ocaleje...Ziemia bez Alexandra i tak nie ma sensu, więc IMHO twórcy filmu strzelili sobie w stopę.

Tak w ogóle to mąż wrócił. W glorii i chwale, emanując poświatą samozadowolenia, opalenizną jak z wczasów nad Balatonem i aurą wszędziebycia, jak Martyna Wojciechowska. Przywiózł nam pluszowego ptaszka kiwi i naręcze kuchennych ściereczek. Tłumaczył, że do plecaka wchodziły mu tylko dwuwymiarowe pamiątki, ale zaczynam go podejrzewać o jakiś ściereczkowy fetysz. Wszędzie tylko te ściereczki....

W każdym razie wrócił, zdrowy, cały i szczęśliwy. Po domu się rozejrzał, przegonił Miśka sprzed kompa, w oszczędnych słowach pochwalił moje dokonania i pomaszerował dziś do nowej roboty. I dobrze, bo już zupełnie się od niego odzwyczaiłam i w czasie świąt ciągle miałam wrażenie nadmiarowości domowników.

 A zupełnie nie a propos, dzisiaj w supermarkecie przeżyłam osłupienie miesiąca. Odkryłam przy kasie, że pudełko  z papierem do pieczenia, który zamierzałam nabyć,  jest otwarte. Zajrzałam, a środku dwa arkusiki, reszta wyparowała. Miałam taką minę, że kasjerka zaczęła się śmiać, i w trakcie skanowania opowiadała mi non stop o tym, co i jak ludzie kradną w supermarkecie.  Różne rzeczy widziałam na półkach w Auchan - puste butelki po napojach, pojemniki po jogurcie, nadgryzione bułki...ale po co komu do licha, kilka arkuszy papieru do pieczenia?

Poza tym, cóż...same codzienne  irytacje. Jeden kot ma łupież i linieje tak,  że znajduję sierść  nawet w rozkrojonych jabłkach i kubeczkach jogurtu. Drugi kot wyrzygał się na dywanik przed łóżkiem Loli i powtórzył ten niecny proceder pod stołem w jadalni. Zwierzęta domowe są przereklamowane. O, nius sprzed minuty - kot z łupieżem właśnie wypluł z rozmachem kropelki na łupież, które mu troskliwie zapodałam. Kropelki, dodajmy, za trzydzieści pięć zeta. Dopiszę mu to do rachunku. Po ile chodzą kocie skórki na reumatyzm?

 

22:40, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48