czwartek, 12 listopada 2015
wyje mi

Pan mi wyje. No jak tu się skupić, jak bez przerwy coś mi wyje.

Od niedzieli wiatr. Nie tylko w kominie, niestety. Wyje jak wściekły w każdym możliwym zakątku. Więc syreny też wyją. Bo wiatr. I drzewko spadło. Daszek się zerwał. Gałąź się gibie. A nasza lokalna straż ma nową siedzibę z nową syreną. Strasznie lubią sobie powyć chłopaki.

Psy też wyją. Bo wiatr i się boją te nieszczęsne jorkopodobne mikromopy, puszczone luzem przez cały dzień w sąsiednim ogródku. Chyba im neospazminę zapodam, bo oszaleją, a ja z nimi.

Teraz pan mi wyje, bo pierze kanapę. Uznałam, że już czas usunąć warstwę kłaków, wylanych herbatek, posiłków małoletnich i piasku z kocich łap. Pan wyje tak już od godziny, kanapa mokra, a przede mną bolesna perspektywa wieczoru BEZ kanapy. Chyba się pochlastam.

A, koty też wyją, bo dostają świra odwiatrowego. Non stop kolor mam zdublowane żądania - wejść- wyjść-wejść-jeść-wyjść- nie, jednak ratunku, bo wiatr mierzwi futerko -wejść-jeść. Chyba zima będzie ciężka, bo żrą jak opętane, nawet arystokratycznie szczupła Inka. Dzisiaj rano wyszłam z domu na godzinę, a gdy wróciłam, Inka starannie wylizywała łapki, siedząc na kuchennym blacie. A przed nią, rzecz jasna, ostatnie cztery kawałki ciasta marchewkowego z polewą twarożkową. A nie, wróć, BEZ polewy twarożkowej. Nawet nie wyglądała na skruszoną. Przez chwilę rozważałam, czy nie zjeść pozostałego ciasta, no ale w sumie ja też uważam, że polewa jest najlepsza. Świnia, nie kot, mogła choć jeden kawałek zostawić.

Małoletni wyją (choć przyznaję, że cichutko), że nie chcą do szkoły. Listopad to jednak strasznie długi miesiąc i nawet Dzień Niepodległości nie ratuje sytuacji.

A ja wyję co kwadrans, posługując się prawą ręką - w sumie, jakby nie patrzeć, dość często niezbędną do wielu czynności. Nie wiem, co za idiota wymyślił określenie "łokieć tenisisty". Ostatni raz grałam w tenisa jakieś dwadzieścia lat temu, więc to raczej nie długofalowe skutki uprawiania sportu. A boli, czasem tylko troszkę, czasem jak cholera. W sumie do bólu w zasadzie można się przyzwyczaić. Ale najbardziej upierdliwy jest połowiczny zanik władzy w tejże ręce, co skutkuje dziwnymi okrzykami przy próbie utrzymania kubka z herbatą, posykiwaniem przy grabieniu ogrodu i jękami przy zagniataniu kopytek. O pisaniu na laptopie nie wspominając. Waham się czy iść do ortopedy, odkąd przeczytałam, że to schorzenie jest jak katar, leczone, czy nie, samo przechodzi - tyle, że po paru miesiącach. No to właśnie, ten tego...jakby długo trochę. Może mnie szlag z irytacji trafić w międzyczasie. A tam, pójdę, będę miała poczucie, że się leczę przynajmniej, no nie?

12:07, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
piątek, 30 października 2015
Foka i pustka w ramionach

W zeszłym tygodniu odkryłam nową, nieco krępująca prawdę o sobie.

Po kilku przekaszlanych przeze mnie nocach mąż zaczął rankami rozważać, czy morderstwo w takiej sytuacji naprawdę jest karalne, czy też byłaby to raczej obrona konieczna. Uznałam, że czas zejść mu z oczu. Wyniosłam się więc z moją poduszką, kocykiem, wodą, tabletkami na kaszel i pudełkiem chusteczek do sąsiedniego pokoju, gdzie mogłam sobie pokaszliwać bez obawy o własne życie i rujnowanie psychiki męża. Leżałam więc sobie i kaszlałam i czułam dojmujący brak. Pustkę taką, wiecie, w ramionach.

Tych, którzy pomyśleli teraz o tym, że tęskniłam za szerokim męskim ramieniem, na którym można się wesprzeć, proszę o powrót do najwyraźniej przerwanej na chwilę lektury Harlequina.

No dobra, nie da się tego dłużej odkładać, prawda? Okropnie brakowało mi mojej pluszowej foki, którą dostałam kilka lat temu od Loli. Foka jest kremowa, mięciutka i bardzo przytulna, nie chrapie, nie zabiera mi kołdry i nie narzeka, że kaszlę. Nikomu do tej pory się nie przyznałam do mojego foczego uzależnienia. Więc- myślałam leżąc bezsennie - jeśli pójdę teraz do sypialni po fokę, mąż mnie zabije, jeśli nie gołymi rękami, to śmiechem. Bo mąż myśli, że ja tę fokę trzymam z grzeczności, bo to prezent od córki. Ostatecznie ludzie w moim wieku  nie sypiają z pluszakami.

A może? Może jednak jest na świecie choć jedna dorosła jednostka (poza pogromczynią wampirów, Anitą Blake, sypiająca z pluszowym pingwinem), która trzyma w łóżku pluszaczka? Anybody? Nikt? Serio? No coż, tak myślałam....

Przemęczyłam się przez całą noc bez foki, kaszląc i smarkając w samotności. Ale rano cichcem przemyciłam ją do mojego tymczasowego posłania i znowu poczułam się bezpiecznie. Chyba mam jakieś deficyty z dzieciństwa. Ale wstyd....

09:24, teraz_asia
Link Komentarze (16) »
piątek, 23 października 2015
pięknie będzie!

Chora jestem od początku tygodnia okrutnie. Zipię, świszczę, smarkam i rzężę. Po obejrzeniu poniedziałkowej debaty uznałam więc,  że najwyraźniej gorączka zaburzyła mi ogląd rzeczywistości. Ostatecznie to przecież niemożliwe, żeby rozmowa  na wysokim szczeblu politycznym była aż tak zła. Następnego dnia przygotowałam się więc starannie - syrop na kaszel i dwa ibupromy chwilowo ustabilizowały mój stan fizyczny i umysłowy na akceptowalnym poziomie. I rzeczywiście, pomogło,  na lekach debata okazała się dużo lepsza.

Mąż nie mógł jednak zrozumieć, czemu tak się cieszę. Chyba nie słuchał uważnie, zajęty jakąś niekonstruktywną i bezpodstawną krytyką...ja za to wysłuchałam uważnie przedstawicieli wszystkich ugrupowań i eksplodowałam entuzjazmem. Każdy z nich obiecał mi tak fantastyczne rzeczy, że w sumie to zupełnie nieistotne, na kogo zagłosuję. Po wyborach moje życie i tak zmieni się na lepsze - wyprostują krzywe budynki, zniosą podatki, pomalują trawę na zielono, na emeryturę wyślą mnie na Karaiby i dadzą mi wysoko płatną pracę w budżetówce. Czyż to nie piękne? Muszę tylko jeszcze zdecydować, komu powierzę ulepszanie mojej egzystencji:-)

Niestety poza tą chwilową euforią nurzam się w bagnie ociężałości umysłowej, spowodowanej gorączką i katarem. W ciągu ostatnich dni wspięłam na zupełnie dla mnie nowy poziom świadomości telewizyjnej - obejrzałam odcinek "Ojca Mateusza", pół odcinka "Komisarza Alexa" (usnęłam i nadal nie wiem, kto zabił) i półgodzinną reklamę jakiegoś środka na porost włosów w Mango (albo na hemoroidy, miałam wtedy taką temperaturę, że słabo kojarzyłam). No i te brytyjskie programy w  Lifestyle, które po dwóch dniach zlały mi się w jedno i już nie wiedziałam, czy patrzę na  urządzanie wnętrz, gotowanie czy suknie ślubne.

 Chętnie odpokutowałabym te wstydliwe epizody lekturą "Ksiąg Jakubowych" Tokarczuk  albo "Pochłaniaczem",  ponoć fantastycznym kryminałem nowej polskiej gwiazdy literatury, Katarzyny Bondy, no ale bądźmy racjonalni. "Ksiąg Jakubowych" nawet w ręce nie utrzymam, bo chwilowo jestem za słaba na takie tomiszcze. A głupawka gorączkopochodna pozwala mi chwilowo tylko na prostacki i dalece nie-intelektualny chichot nad nazwiskiem autorki "Nazywam się Bonda. Katarzyna Bonda".

A serio. Czytaliście tę Bondę? Warto? Bo mi na półce zalega razem z Agathą Christie, nową częścią serii o wilkołakach Patricii Briggs, "Adwokatem spraw ostatnich" Pawła Szlachetki i jakimś skandynawskim kryminałem... I nie wiem, co ruszyć najpierw.

 

14:02, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
środa, 07 października 2015
Oto moja historia...

"Moje ciało jest świątynią" - przeczytałam, zapijając kawą wafelek czekoladowy. Oblizałam z palców czekoladę i zadumałam się. Znaczy - kibli dziś nie myję, bo to niegodne świątyni, no nie? Podłogi  w kuchni nie wyszoruję, bo jak wyżej...Zapaliłam więc sobie świeczkę o zapachu jabłka z cynamonem, umieściłam moją świątynię na kanapie (z należnym szacunkiem) i złożyłam ofiarę w postaci drugiego wafelka. Do takiego kultu należy podchodzić z powagą, nieprawdaż? Trochę się tylko martwię, bo jak tak będę czcić moją wewnętrzną świątynię, to za chwilę zbliży się rozmiarami do Lichenia....

Ale ludzie, zasłużyłam sobie na chwilę relaksu. Przez trzy dni szarpałam kawał ogródka, totalnie przerośnięty paprociami. Dzicz taka, że widły nie wchodziły. A ja sobie umyśliłam kulturalny zakątek z hortensji i azalii, przetykanych wrzosem rozmaitym. Musiałam zdążyć,  zanim mąż wróci z wyjazdu, bo zaraz zacząłby marudzić, że paprotki ładne i co mi szkodzą i niech ja tego nie tykam, bo on to sam zrobi, gdzieś pomiędzy pracą, wyjazdami a golfem. Jasne:-)

Ja kopałam, a obydwa koty z ogromnym zainteresowaniem gapiły się na każdy mój ruch. Siedziały obok jak wmurowane, a łepki im chodziły jak widzom na meczu. Bardzo byłam wzruszona, że nareszcie ktoś się interesuje moją pracą, do czasu, kiedy odkryłam powód. Kiedy już udało mi się przekopać i wyrównać solidny kawałek gruntu, Lulu obwąchała z uznaniem miękką glebę, po czym patrząc mi czule w oczy natychmiast skorzystała z tej pięknej, nowiutkiej kuwety....Chyba do sadzenia tych hortensji założę podwójne rękawiczki.

Mąż wrócił, pomruczał z wyrzutem "lubiłem te paprotki", przepakował walizkę i pojechał. Wrócił po trzech dniach, wziął prysznic, przepakował walizkę i pojechał znowu. Chwilowo jesteśmy na etapie "wrócił", a przed pakowaniem kolejnej walizki.

Misiek za to pakował się wczoraj na praktyki terenowe. Był szalenie podekscytowany: "Mamo, a wiesz, będziemy mieszkać w takim starym budynku, i tam są prycze z desek i nie ma ogrzewania, i często nie ma prądu, za to są szczury, a toalety tylko  w sąsiednim budynku, i tam jest totalne pustkowie i nie ma sklepu i musimy wziąć jedzenie na trzy dni i śpiwory...."

Po jaką cholerę my tak przepłacamy za hotele na wyjazdach wakacyjnych? Skoro nieogrzewane pustkowie ze szczurami, pryczami i wygódką na zewnątrz stanowi taką atrakcję?

No i tyle. Poza tym, że jeszcze raz usłyszę reklamę "Oto moja historia. Wyjątkowa jak mój biustonosz", zacznę gryźć. Albo spalę moje staniki na stosie. Albo poddam się psychoterapii, która pomoże mi uwierzyć, że moje życie jest jednak ciut ciekawsze niż szmata na fiszbinach.

 

07:57, teraz_asia
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 21 września 2015
jak nie zostałam mordercą

- Trzeba je zalać wodą - powiedziała moja matka pouczająco - muszą się utopić.

Naprawdę nie lubię tych ogromnych, bezskorupowych ślimaków, których pełno w tym roku w moim ogrodzie. Zżerają mi kwiatki i sałatę, ale przede wszystkim PEŁZAJĄ i ciągle się boję, że wdepnę w te oślizgłe cielska, chodząc boso po trawniku. Do tej pory zbierałam je do wiaderka i wynosiłam w najdalszy kącik pobliskiego nieużytku, ale przypełzały z powrotem z prędkością światła (no, po dwóch dniach), najwyraźniej skuszone moją pacyfistyczną postawą.

Zebrałam więc do wiaderka  i zalałam  wodą, czując się jak oprawca. Z poczuciem winy czekałam, aż będę mogła wyrzucić zwłoki. Ślimaki jednakowoż po chwili konsternacji zaczęły niespiesznie opuszczać zbiornik.

- Ej no, gdzie leziecie - kucając nad wiaderkiem pokierowałam mięczaki z powrotem do miejsca wiecznego spoczynku. I poszłam robić obiad, bo sumienie mnie gryzło, że tak będę stała i patrzyła na ich śmierć. Kiedy zajrzałam do wiaderka po kwadransie, w środku wesoło pluskało się kilka mięczaków, reszta znudzona postanowiła wyjść z kąpieli i rozpełzała się po trawniku.

- Dajcie spokój, nie mogę was ciągle pilnować - mamrotałam, zbierając uciekinierów i młotkując ich łopatką, żeby nie wynurzały łepków spod wody - i tak się czuję jak świnia.-

Na tym zajęciu zastała mnie Lola po powrocie ze szkoły. Przyjrzała się z zainteresowaniem i powiedziała - jedna pani w telewizji mówiła, że ślimaki trzeba posypać solą, to umrą. Ale to je okropnie boli -

- Nie no, jestem mordercą, a nie sadystą - wymamrotałam i obie w zadumie patrzyłyśmy, jak niedoszłe ofiary znowu wypełzają z grobu - może na to trzeba czasu -

Zawzięłam się. Siadłam przy wiaderku i metodycznie zanurzałam ślimaki w wodzie. Po dziesięciu minutach znudziło mi się. Ślimakom chyba też, bo wszystkie bezwładnie unosiły się na wodzie, prezentując ohydne, blade brzuszki.

- Stało się - powiedziałam uroczyście. Lola popatrzyła na mnie ze zgrozą i podziwem i powiedziała - trzeba je pochować -

- Głupio tak, zabiłam je i będę im robić pogrzeb? Wyrzucę je na drugą stronę ulicy -

Było mi zaskakująco smutno. Ciekawe, czy seryjni mordercy też miewają takie refleksje post - murder?

- Może jednak powinnam je zakopać? - dopadły mnie wyrzuty sumienia. Poszłam z łopatką na miejsce, gdzie wyrzuciłam zwłoki. Rozejrzałam się. Pusto. W oddali zamajaczył gdzieś odwłok ostatniego ślimaka, który pospiesznie opuszczał trawniczek. Pomachałam mu na pożegnanie i wróciłam do domu.

- Nie powiedziałam ci, ze do tej wody trzeba dolać trochę płynu do naczyń? - zdziwiła się moja matka następnego dnia - Na pewno ci mówiłam. Dolej płynu, wtedy  na pewno zdechną -

Ja nie wiem. Do tego chyba trzeba mocniejszej psychiki albo większej determinacji. W sumie, jak je wynoszę, to mam te dwa dni spokoju, no nie?

09:15, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 14 września 2015
Sól ziemi czarnej

Biegałam dziś od rana, odkreślając kolejne punkty z poniedziałkowej listy. Kolejny punt zawiódł mnie do pobliskiego supermarketu na ekspresowe zakupy spożywcze. Pod supermarketem dwóch panów słusznej postury, ostrzyżonych na jeża, przechadzało się z transparentem. Transparent nieco falował im na wietrze, więc zatrzymałam się usiłując przeczytać wypisane tam hasła, ale zupełnie niepotrzebnie. Panowie głośno obwieszczali, o co chodzi. O uchodźców, rzecz jasna: "Poderżną nam gardła, zgwałcą nasze kobiety, zabiorą nam pracę i mieszkania, spalą kościoły..." Pan doskoczył do mnie ochoczo, domagając się podpisania jakiejś petycji czy listy.

- Musiałabym się poddać lobotomii, żeby to podpisać - powiedziałam odruchowo.

- Eee? - nie zrozumiał  pan agitator - Ale pani się zastanowi. To ważna sprawa, musimy wszyscy, razem, murem! -

- No właśnie się zastanawiam - powiedziałam powoli, słuchając, jak drugi pan tłumaczy przechodniom, że "do Afryki ich trzeba, bandziorów czarnych,  na statki wsadzić, niech wracają, skąd przyszli"

- Właśnie - rozpromienił się pan - trzeba nam prawych ludzi! -

- I serio chcecie ich nakłonić za pomocą takich haseł - spytałam niedowierzająco - tych prawych ludzi?

- No - odrzekł pan zwięźle i z prostotą.

Poszłam dalej, kręcąc głową i myśląc, że jaki ruch, tacy jego emisariusze.

 Ale właściwie to ja miałam o tej dosłownej soli napisać.

Misiek jada w szkole obiady. Całkiem jadalne i niedrogie, idealne rozwiązanie dla człowieka, który wychodzi z domu po szóstej rano i wraca o 16. Niestety tuż po rozpoczęciu roku szkolnego Misiek boleśnie zderzył się w nowymi rozporządzeniami ministerialnymi co do zawartości soli w uczniowskich posiłkach. Dwa razy pokornie zjadł danie, w którym, jak twierdził, nie dało się odróżnić smakowo ziemniaka od kotleta, ale w końcu się poddał. Poszedł do kucharki i rozpaczliwie poprosił o szczyptę soli. Kucharka rozejrzała się nerwowo po sali. Wyciągnęła z kieszeni fartucha solniczkę i konspiracyjnie podała ją Miśkowi, szepcząc - Tylko ciiii, i zaraz przynieś, żeby nikt nie widział -

Misiek twierdzi, że klimat był całkiem jak przy dilerce kokainą. Oczywiście wierzę mu, że skojarzenia ma wyłącznie filmowe. Ale na wszelki wypadek kupiłam mu małą solniczkę.

Teraz Misiek cieszy się dużą popularnością w szkole. Wszyscy chcą z nim siedzieć przy obiedzie. A Misiek wyciąga z kieszeni solniczkę i szepcząc - tylko ciiii - podaje pod stołem kolegom.

Trochę tylko się martwię, bo ostatnio zastanawiał się, po ile mógłby sprzedawać gram białego proszku pierwszakom.....

 

 

12:38, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
wtorek, 08 września 2015
wracam na etat (blogowy)

Taak..no jakby to ująć...wróciłam? (szuram nóżką, z zawstydzeniem patrząc w ziemię i pochrząkując z zażenowaniem).

W każdym razie, gdyby ZUS kwalifikował pisanie bloga jako pracę etatową,  to ostatnie dwa miesiące byłyby z pewnością okresem nieskładkowym. To gorzka refleksja, związana z tegoroczną informacją o wysokości mojej emerytury, która ponownie, jak w roku ubiegłym,  wynosi 324 zeta.

Urwała mi się ostatecznie moja niskopłatna- mało- ambitna- dość żałosna praca zawodowa. Nawet na waciki nie mam. Dupa.

Nie mogę znaleźć pracy zgodnej z moim pracowicie zdobywanym dokształcaniem. Podwójna dupa.

Ale nic to.

Wakacje spoko były.

Misiek odkrył "Grę o tron". Przez kilka tygodni oglądał w amoku wszystkie odcinki wszystkich serii. Jak mu się skończyło, doszedł do wniosku, że czytanie jednak nie boli. I czyta. Kolejne grube tomy. Zaraz mu się skończy i wtedy już nie wiem, co będzie...Może dla odmiany zacznie się uczyć?

Lola odkryła jakąś młodzieżową serię w stylu Percy'ego Jacksona. Przeczytała, i owszem, ochoczo, ale podeszła do tematu bardziej twórczo. W związku z tym przez całe wakacje bawiły się z kuzynką w walki na Olimpie. Przy pomocy skomplikowanych przebieranek, biegania po okolicznych łąkach z drewnianymi łukami (nikt poszkodowany się nie zgłosił, nawet właściciele stogów zboża, wykorzystywanych jako twierdze), tresowania "olimpijskiego psa" (czy wiecie że owczarek australijski potrafi perfekcyjnie iść stępem hiszpańskim? Bo ja nie wierzyłam własnym oczom) i przemowami stylizowanymi na mowę bogiń olimpijskich (pełno w nich było "a zatem", "azaliż" i "ruszajmy w bój"). Jednym słowem bawiła się doskonale...

Mąż przywlókł z golfa monstrualny puchar, a teraz narzeka, że mu handicap spadł, czy się podniósł, nie ogarniam za bardzo, ale że teraz mu trudniej będzie zdobyć następne takie naczynie. Mam nadzieję, bo wiecie, ktoś to musi odkurzać...

U mnie nic nie słychać. Tak cicho, że aż świszczy w uszach. A, racja, włosy zapuszczam. Czy to się liczy jako ekscytująca nowina?

17:08, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
niedziela, 21 czerwca 2015
całkiem zbędny risercz

 

Tak! Po roku od oberwania się umywalki i nieco dłuższym okresie korzystania z zepsutych drzwi prysznicowych wreszcie nadszedł TEN moment. Miałam zarówno kasę jak i męża, który wreszcie pogodził się z ponurą perspektywą wymiany urządzeń sanitarnych. Mąż wykazał się epickim poświęceniem, rezygnując z sobotniego golfa na rzecz wędrówek po Bartyckiej (wieelkie centrum budowlane z milionem sklepów).

Cóż robi Asia w obliczu takiego wyzwania? Asia oczywiście robi risercz. Pedantyczna analiza uwzględniająca mnóstwo danych: zróżnicowanie finansowe, stosunek ceny do jakości, opinie w necie, lokalizacje fabryk poszczególnych firm, dostępność serwisu i nazwy sklepów na Bartyckiej dysponującej kabinami wybranych firm zajęła ładnych parę godzin i dwie kartki z zeszytu Loli.

Założyłam wygodne buty, przygotowałam zapas wody i ściskając w ręce moją podręczną sanitarną biblię zaholowałam męża do centrum, nastawiając się na kilkugodzinny seans wybierania.

Mąż uznał, że o wybrane sklepy spyta w informacji.

- A, państwo źle podjechali. Te wszystkie sklepy to są pod następnym numerem - rzekł pan Informator.

- A tu nie ma żadnego z umywalkami chociaż? - spytał mąż przygnębiony perspektywą kolejnego przeparkowania samochodu.

- Jeden. Taki mały, tu bliziutko -

Poszliśmy. Ja tylko z grzeczności. Wszak wybranych firm tu  nie sprzedawali. Mąż zagaił grzecznie o kabiny.

- No, nie mam. Ale miałem - ożywił się sprzedawca - wczoraj sprzedałem taką fajną. Mogę panu pokazać -

Pokazał. Zdjęcie na stronie internetowej całkowicie nieznanej mi firmy, takie dwa na trzy centymetry.

- Fajna. Bierzemy - zdecydował mąż, a ja osłupiałam, ściskając moje riserczowe karteczki w garści.

- Ale...-

- A umywalki pan ma? - kontynuował mąż radośnie

- No...teraz takich, jak państwo potrzebują, to nie mam. Ale mogę zamówić taką - sprzedawca podsunął nam laptop ze zdjęciem wielkości znaczka pocztowego

- Podoba ci się? - spytał mąż - Bo ja bym brał. Co będziemy kombinować.

- Ale...ja tego wszystkiego nie sprawdziłam - wymamrotałam spłoszona - riserczu nie zrobiłam na te firmy.

- Oj tam - machnął mąż ręką - będzie dobrze - To jeszcze kran wybierzemy, jak tak nam dobrze idzie. Chodź, kochanie, wybierzesz sobie kran -

- Eee, ten może? Takie zwyczajny? -

- Za zwyczajny - zawyrokował mąż - ten ma fajny dings, widzisz? Pan dopisze jeszcze ten kran. -

Wyszliśmy. Ja w stanie milczącego oszołomienia, wciąż z karteczkami w garści, mąż w stanie dziwnie triumfującym.

 - Ale cię zrobiłem na szaro - prychnął wreszcie cały szczęśliwy  - teraz nie możesz mnie więcej ciągać po tych sklepach. Wszystko ci załatwiłem, kochanie, wszystko, co chciałaś i to w pół godziny. Nieźle, no nie? -

 

Mąż ma cholerne szczęście, bo pospieszny risercz post factum wykazał, że kabina i umywalka są akceptowalne i mieszczą się przyjętych przeze mnie kryteriach. Inaczej ten przypływ maczyzmu drogo by go kosztował.....

 

 

19:33, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
wtorek, 02 czerwca 2015
Machiavelli

Nie umiem parkować paralelnie. Mój umysł po prostu nie ogarnia faktu, że tyłując, można wpasować samochód między dwa inne, tak żeby kuper nie wystawał. Nie i już. To jedna z tych rzeczy, których szczerze zazdroszczę mojemu mężowi (poza sześciopakiem na brzuchu i cudowną żoną).

Mąż zaparkował perfekcyjnie, dzięki czemu w niedzielę mogliśmy obejrzeć w stolicy zmianę warty przy grobie Nieznanego Żołnierza (czego nie udało mi się zobaczyć przez 25 lat życia w stolicy i jej okolicach) i wystawę "Nowy poczet królów polskich" na Zamku Królewskim, gdzie nie byłam od lat dwudziestu. Tym razem w ramach świętowania dnia dziecka postawiliśmy na Warszawę, gdzie zasadniczo pojawiamy się rzadko i niechętnie (może ze względu na konieczność parkowania paralelnego?). Wyprawa okazała się bardzo udana, zwłaszcza, że na koniec zażądałam lodów. Nie żadnych tam zdrowych i wytwornych, z prawdziwej śmietany, ale tych najbardziej podłych, z automatu, kręconych z mleka w proszku i tony chemicznych dodatków. Umm, smak dzieciństwa, mniam...

Misiek wprawdzie dawał chwilami do zrozumienia, że szanujący się nastolatek nie chadza na rodzinne niedzielne spacery, ale poza subtelnymi szpilami wbijanymi nam od czasu do czasu powstrzymywał się od okazywania zniecierpliwienia i zażenowania. Ludzki pan. Chociaż...

- Ojej - westchnęłam, kiedy wreszcie po pięciu minutach czekania na wyjazd z bocznej uliczki ktoś się wreszcie zlitował i nas wpuścił do ruchu - jak miło. Ten facet ma dobre serce. Chyba że - dodałam radośnie  - zachwycił się moją urodą -

- Obstawiałbym to pierwsze - rzucił Misiek z kamienną twarzą.

Często mam wrażenie, że Misiek nie może być konglomeratem genów moich i męża - ludzi zasadniczo łagodnych, dobrze wychowanych i przyjemnych w obyciu.

Na przykład, jak to zazwyczaj dzieje się w maju, zbiegły się dwa wydarzenia: moje imieniny i dzień matki. Jako troskliwa rodzicielka uznałam, że muszę przypomnieć o nich synowi, żeby nie było mu głupio, że zapomniał.

- Misiek, pamiętaj, że jutro mam imieniny, a dwa dni później jest dzień matki-

- Serio? - zdziwił się Misiek - Hmm, to zrobię tak: prezent dam ci na imieniny, a dzień matki będę dla ciebie miły, OK? -

Dzień po imieninach Misiek był jednak wyjątkowo wręcz nieprzyjemny i co chwila dogryzał mi jakimiś złośliwościami.

- Ej no, miałeś być miły, jutro dzień matki, a ty jesteś dla mnie wredny! -

- No tak - wyjaśnił Misiek grzecznie - ale nie chce mi się cały dzień być miłym. Więc uznałem, że jak dziś będę bardzo niemiły, to jutro mogę się zachowywać normalnie, a ty będziesz i tak zadowolona -

No doprawdy, istny Machiavelli!

Gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że Misiek jednak wykazał się dużym zaangażowaniem. Wprawdzie kazał mi wyjść z domu, nie zważając na fakt, że lało jak z cebra i było zimno, ale gdy wróciłam, okazało się, że mój pierworodny całkiem samodzielnie, pierwszy raz w życiu upiekł dla mnie ciasto. Jako dodatek do ciasta wręczył mi dość niepokojący w formie bukiet kwiecia z jeszcze bardziej niepokojącym tekstem - Nie martw się, to nie z NASZEGO ogródka -

No ale chyba muszę mu zaliczyć to święto matki, zwłaszcza, że faktycznie Misiek przez cały dzień  był dość miły:-)

11:04, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 25 maja 2015
Bullying, czyli hodowla potwora

Zosia ma dwanaście lat i chodzi do piątej klasy. Jest ładna, zadbana, wysportowana i dobrze się uczy. Zosia ma mnóstwo prestiżowych zajęć pozalekcyjnych, świetne ciuchy i wykształconych, bardzo zamożnych rodziców z górnej półki. Rodzice uważają, że Zosia jest fantastyczna i są zachwyceni jej silną osobowością, znacznie dojrzalszą niż u jej rówieśników.

Zosia od chwili przestąpienia szkolnych progów mistrzowsko rozwija sztukę manipulacji, subtelnego dręczenia i tyranizowania otoczenia. Przebywając z Zosią, możesz występować tylko w jednej z dwóch ról - wielbiciela albo wroga. Wielbiciele Zosi też mają przerąbane: grając w zimno - ciepło, Zosia utrzymuje ich w stanie nieustannego napięcia, ale za to mogą się grzać w blasku jej fascynującej osobowości. Najlepszą metodą na zdobycie względów Zosi jest dręczenie jej wrogów. No, a wrogiem, jako się rzekło, jest każdy, kto nie wielbi.

Pani w klasach początkowych uważała Zosię za modelową uczennicę i pozwalała jej na wszystko. Dosłownie. Zosia była chwalona nawet za to, za co inni dostawali kary, zawsze w pierwszej parze, zawsze z przodu, zawsze na piedestale.

Wychowawczyni w klasach starszych jest subtelna i łagodna. Nie umie lub nie chce przeciwstawić się Zosi, która de facto przejęła funkcje wychowawcze. Dopiero stanowczy protest grupki rodziców ukrócił na przykład słynne godziny wychowawcze, na których Zosia najpierw odczytywała biuletyn szkolny, który sama napisała, a później przeprowadzała jawne ankiety w stylu: Kto jest najładniejszy w klasie? Kto jest najfajniejszy? Kto jest najbardziej popularny?

Nauczyciele albo się Zosi boją, bo nie wiedzą, jak z nią postępować, albo pozwalają jej na wszystko. Bo Zosia jest tak naprawdę marzeniem każdego nauczyciela - jako rzekłam,  jest przecież bardzo dobrą uczennicą, jest też urocza, bystra i chętnie zgłasza się do każdej aktywności, która wymaga kierowania innymi. Zosia rozdziela prace w grupach na technice, decyduje, jaką piosenkę zaśpiewa klasa i jak podzielić drużyny na wuefie.

Rodzice, których dzieci padają ofiarą Zosi, nie mogą nic. Matce, której córka po roku przeczołgiwania przez Zosię zaczęła się jąkać i musiała chodzić na terapię, mama Zosi zamknęła drzwi przed nosem, sugerując, że emocjonalne problemy dziewczynki mają podłoże rodzinne. Wychowawczyni klas pierwszych negowała każdą uwagę dotyczącą zachowania Zosi. Wychowawczyni klas następnych zmartwiła się zgłoszonymi problemami i obiecała się im przyjrzeć. Przygląda się od dwóch lat. Szkolna pedagog, do której poszli rodzice w zeszłym tygodniu, jako pierwsza przyznała, że wie, o co chodzi.  Pani pedagog uczciwie powiedziała jednak, że szkoła nie może nic. Gdyby Zosia biła, albo używała wulgarnych określeń, albo kradła, byłoby trochę łatwiej. Ale co szkoła może zrobić z uczennicą, która grzecznie siedzi między koleżankami na ławce i mówi coś do nich cichutko? A że jakaś dziewczynka chwilę później wypłakuje się w kącie? Albo nie chce jechać na wycieczkę? Albo boi się grać na wuefie w przeciwnej, niż Zosia drużynie? Albo dostaje bólu brzucha przed pójściem do szkoły? To subtelności, umykające szkolnym regułom. Na Zosię nie ma paragrafu.

Okazało się jednak, że paragraf jest, tylko bardzo mało znany. Zjawisko, coraz powszechniejsze, nazywa się bullying. Są szkolenia, są informacje, są filmy instruktażowe dla nauczycieli. Tylko nikt o tym nie wie. Albo nie chce wiedzieć.

Obserwuję Zosię od kilku lat. I mam coraz silniejsze wrażenie, że sami ją taką wychowaliśmy. Że nie stawiając granic, nie przeciwstawiając się, pozwalając Zosi przejąć rolę zarządcy klasy i tresera rówieśników pozwoliliśmy rodzicom Zosi wyhodować potwora. Pani pedagog ze smutkiem twierdzi, że Zosia będzie miała łatwiej w życiu. Tylko czy innym będzie z nią łatwiej?

PS Lola od dwóch miesięcy odwiedza znajomego psychologa. Nie, nie dlatego, że płacze przez Zosię. Przestała, kiedy uświadomiłam jej, jak dużą sprawia jej tym satysfakcję. Lola nie boi się chodzić do szkoły i w sumie nawet nie boi się Zosi. Ma dwie przyjaciółki i razem są w stanie wytrzymać właściwie każdą szykanę. Ale chcę, żeby ktoś dorosły, ktoś poza mną, uświadomił Loli mechanizm tej manipulacji. Żeby ktoś powiedział jej, że to jest złe. Bo na razie moja córka wszędzie poza domem dostaje wyraźny sygnał, że Zosia wygrywa na wszystkich frontach i jej zachowanie nie tylko nie jest potępiane, jest wręcz nagradzane. A ja nie chcę hodować potwora.

11:45, teraz_asia
Link Komentarze (22) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49