Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
wtorek, 02 czerwca 2015
Machiavelli

Nie umiem parkować paralelnie. Mój umysł po prostu nie ogarnia faktu, że tyłując, można wpasować samochód między dwa inne, tak żeby kuper nie wystawał. Nie i już. To jedna z tych rzeczy, których szczerze zazdroszczę mojemu mężowi (poza sześciopakiem na brzuchu i cudowną żoną).

Mąż zaparkował perfekcyjnie, dzięki czemu w niedzielę mogliśmy obejrzeć w stolicy zmianę warty przy grobie Nieznanego Żołnierza (czego nie udało mi się zobaczyć przez 25 lat życia w stolicy i jej okolicach) i wystawę "Nowy poczet królów polskich" na Zamku Królewskim, gdzie nie byłam od lat dwudziestu. Tym razem w ramach świętowania dnia dziecka postawiliśmy na Warszawę, gdzie zasadniczo pojawiamy się rzadko i niechętnie (może ze względu na konieczność parkowania paralelnego?). Wyprawa okazała się bardzo udana, zwłaszcza, że na koniec zażądałam lodów. Nie żadnych tam zdrowych i wytwornych, z prawdziwej śmietany, ale tych najbardziej podłych, z automatu, kręconych z mleka w proszku i tony chemicznych dodatków. Umm, smak dzieciństwa, mniam...

Misiek wprawdzie dawał chwilami do zrozumienia, że szanujący się nastolatek nie chadza na rodzinne niedzielne spacery, ale poza subtelnymi szpilami wbijanymi nam od czasu do czasu powstrzymywał się od okazywania zniecierpliwienia i zażenowania. Ludzki pan. Chociaż...

- Ojej - westchnęłam, kiedy wreszcie po pięciu minutach czekania na wyjazd z bocznej uliczki ktoś się wreszcie zlitował i nas wpuścił do ruchu - jak miło. Ten facet ma dobre serce. Chyba że - dodałam radośnie  - zachwycił się moją urodą -

- Obstawiałbym to pierwsze - rzucił Misiek z kamienną twarzą.

Często mam wrażenie, że Misiek nie może być konglomeratem genów moich i męża - ludzi zasadniczo łagodnych, dobrze wychowanych i przyjemnych w obyciu.

Na przykład, jak to zazwyczaj dzieje się w maju, zbiegły się dwa wydarzenia: moje imieniny i dzień matki. Jako troskliwa rodzicielka uznałam, że muszę przypomnieć o nich synowi, żeby nie było mu głupio, że zapomniał.

- Misiek, pamiętaj, że jutro mam imieniny, a dwa dni później jest dzień matki-

- Serio? - zdziwił się Misiek - Hmm, to zrobię tak: prezent dam ci na imieniny, a dzień matki będę dla ciebie miły, OK? -

Dzień po imieninach Misiek był jednak wyjątkowo wręcz nieprzyjemny i co chwila dogryzał mi jakimiś złośliwościami.

- Ej no, miałeś być miły, jutro dzień matki, a ty jesteś dla mnie wredny! -

- No tak - wyjaśnił Misiek grzecznie - ale nie chce mi się cały dzień być miłym. Więc uznałem, że jak dziś będę bardzo niemiły, to jutro mogę się zachowywać normalnie, a ty będziesz i tak zadowolona -

No doprawdy, istny Machiavelli!

Gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że Misiek jednak wykazał się dużym zaangażowaniem. Wprawdzie kazał mi wyjść z domu, nie zważając na fakt, że lało jak z cebra i było zimno, ale gdy wróciłam, okazało się, że mój pierworodny całkiem samodzielnie, pierwszy raz w życiu upiekł dla mnie ciasto. Jako dodatek do ciasta wręczył mi dość niepokojący w formie bukiet kwiecia z jeszcze bardziej niepokojącym tekstem - Nie martw się, to nie z NASZEGO ogródka -

No ale chyba muszę mu zaliczyć to święto matki, zwłaszcza, że faktycznie Misiek przez cały dzień  był dość miły:-)

11:04, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 25 maja 2015
Bullying, czyli hodowla potwora

Zosia ma dwanaście lat i chodzi do piątej klasy. Jest ładna, zadbana, wysportowana i dobrze się uczy. Zosia ma mnóstwo prestiżowych zajęć pozalekcyjnych, świetne ciuchy i wykształconych, bardzo zamożnych rodziców z górnej półki. Rodzice uważają, że Zosia jest fantastyczna i są zachwyceni jej silną osobowością, znacznie dojrzalszą niż u jej rówieśników.

Zosia od chwili przestąpienia szkolnych progów mistrzowsko rozwija sztukę manipulacji, subtelnego dręczenia i tyranizowania otoczenia. Przebywając z Zosią, możesz występować tylko w jednej z dwóch ról - wielbiciela albo wroga. Wielbiciele Zosi też mają przerąbane: grając w zimno - ciepło, Zosia utrzymuje ich w stanie nieustannego napięcia, ale za to mogą się grzać w blasku jej fascynującej osobowości. Najlepszą metodą na zdobycie względów Zosi jest dręczenie jej wrogów. No, a wrogiem, jako się rzekło, jest każdy, kto nie wielbi.

Pani w klasach początkowych uważała Zosię za modelową uczennicę i pozwalała jej na wszystko. Dosłownie. Zosia była chwalona nawet za to, za co inni dostawali kary, zawsze w pierwszej parze, zawsze z przodu, zawsze na piedestale.

Wychowawczyni w klasach starszych jest subtelna i łagodna. Nie umie lub nie chce przeciwstawić się Zosi, która de facto przejęła funkcje wychowawcze. Dopiero stanowczy protest grupki rodziców ukrócił na przykład słynne godziny wychowawcze, na których Zosia najpierw odczytywała biuletyn szkolny, który sama napisała, a później przeprowadzała jawne ankiety w stylu: Kto jest najładniejszy w klasie? Kto jest najfajniejszy? Kto jest najbardziej popularny?

Nauczyciele albo się Zosi boją, bo nie wiedzą, jak z nią postępować, albo pozwalają jej na wszystko. Bo Zosia jest tak naprawdę marzeniem każdego nauczyciela - jako rzekłam,  jest przecież bardzo dobrą uczennicą, jest też urocza, bystra i chętnie zgłasza się do każdej aktywności, która wymaga kierowania innymi. Zosia rozdziela prace w grupach na technice, decyduje, jaką piosenkę zaśpiewa klasa i jak podzielić drużyny na wuefie.

Rodzice, których dzieci padają ofiarą Zosi, nie mogą nic. Matce, której córka po roku przeczołgiwania przez Zosię zaczęła się jąkać i musiała chodzić na terapię, mama Zosi zamknęła drzwi przed nosem, sugerując, że emocjonalne problemy dziewczynki mają podłoże rodzinne. Wychowawczyni klas pierwszych negowała każdą uwagę dotyczącą zachowania Zosi. Wychowawczyni klas następnych zmartwiła się zgłoszonymi problemami i obiecała się im przyjrzeć. Przygląda się od dwóch lat. Szkolna pedagog, do której poszli rodzice w zeszłym tygodniu, jako pierwsza przyznała, że wie, o co chodzi.  Pani pedagog uczciwie powiedziała jednak, że szkoła nie może nic. Gdyby Zosia biła, albo używała wulgarnych określeń, albo kradła, byłoby trochę łatwiej. Ale co szkoła może zrobić z uczennicą, która grzecznie siedzi między koleżankami na ławce i mówi coś do nich cichutko? A że jakaś dziewczynka chwilę później wypłakuje się w kącie? Albo nie chce jechać na wycieczkę? Albo boi się grać na wuefie w przeciwnej, niż Zosia drużynie? Albo dostaje bólu brzucha przed pójściem do szkoły? To subtelności, umykające szkolnym regułom. Na Zosię nie ma paragrafu.

Okazało się jednak, że paragraf jest, tylko bardzo mało znany. Zjawisko, coraz powszechniejsze, nazywa się bullying. Są szkolenia, są informacje, są filmy instruktażowe dla nauczycieli. Tylko nikt o tym nie wie. Albo nie chce wiedzieć.

Obserwuję Zosię od kilku lat. I mam coraz silniejsze wrażenie, że sami ją taką wychowaliśmy. Że nie stawiając granic, nie przeciwstawiając się, pozwalając Zosi przejąć rolę zarządcy klasy i tresera rówieśników pozwoliliśmy rodzicom Zosi wyhodować potwora. Pani pedagog ze smutkiem twierdzi, że Zosia będzie miała łatwiej w życiu. Tylko czy innym będzie z nią łatwiej?

PS Lola od dwóch miesięcy odwiedza znajomego psychologa. Nie, nie dlatego, że płacze przez Zosię. Przestała, kiedy uświadomiłam jej, jak dużą sprawia jej tym satysfakcję. Lola nie boi się chodzić do szkoły i w sumie nawet nie boi się Zosi. Ma dwie przyjaciółki i razem są w stanie wytrzymać właściwie każdą szykanę. Ale chcę, żeby ktoś dorosły, ktoś poza mną, uświadomił Loli mechanizm tej manipulacji. Żeby ktoś powiedział jej, że to jest złe. Bo na razie moja córka wszędzie poza domem dostaje wyraźny sygnał, że Zosia wygrywa na wszystkich frontach i jej zachowanie nie tylko nie jest potępiane, jest wręcz nagradzane. A ja nie chcę hodować potwora.

11:45, teraz_asia
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 18 maja 2015
relacja subiektywna

Z trudem doszłam do siebie po wieściach, że serial Forever (ten o nieśmiertelnym patologu sądowym z umysłem Sherlocka Holmesa) nie będzie kontynuowany. W samą porę, dzięki Zwierzowi , odkryłam chyba coś równie fascynującego. Serial iZombie - o młodej lekarce, która po przemianie w zombie musi jeść mózgi (żeby, ekhm, przeżyć?). Zostaje więc - tadam - patologiem sądowym, żeby mieć pod ręką fastfoody:-) Jestem zachwycona streszczeniem i obiecuję, że będę donosić, jak się rozwija akcja.

Nie pisałam, bo byłam w Chinach, a tam jakoś słabo z Internetem. Ledwie udawało mi się pocztę otworzyć, żeby napisać do dzieciątek. Mąż uznał, że Państwo Środka to doskonały pomysł na romantyczny tydzień we dwoje (no dobra, mieliśmy zaklepaną wycieczkę z jego ex pracy i żal było nie skorzystać i tanie bilety i w ogóle) , a małoletni  zostali sami (SAMI!!!!) na osiem dni. Wykorzystali ten czas doskonale - w dni wyjazdu rozchorowała się Lola, parę dni później zaraził się Misiek. Siedzieli więc na kanapie, smarkali, podgrzewali kolejne półprodukty spiętrzone w lodówce i nerdzili na komputerach. Istny raj.

Refleksje z podróży chcecie? W Chinach najczęściej widziałam Chińczyków i wieżowce. I toalety. Jak w komunistycznej Moskwie - dziura w podłodze i klawisz do deptania celem spuszczenia wody. Już na trzeci dzień umiałam  z nich korzystać nie obsikując sobie butów.

 Wieżowce czterdziestopiętrowymi  stadami zatłaczają przestrzeń każdego miasta - co nie jest dziwne, zważywszy na ilość Chińczyków. A miasta też jakby przeskalowane (cytat z naszej chińskiej przewodniczki: " To małe miasteczko jest, jakiś milion mieszkańców...").

W Chinach jada się chińszczyznę. Pałeczkami. Po dwóch dniach z głodu nauczyłam się używać pałeczek. Chińska chińszczyzna nie smakuje jak polska. Ocieka tłuszczem, ryż jest niesłony, a na śniadanie dostawaliśmy smażony makaron z warzywami. Schudłam dwa kilo rąbiąc jak maszyna ten tłuszcz i krochmal. Nie widziałam otyłych Chińczyków. Fascynujące.

Chińczycy w masie są głośni, ruchliwi i nieprawdopodobnie ekspansywni. Nie tyle uprzejmi, ile uprzejmie ignorujący. Siebie nawzajem. Nas nie, bo w miejscach nie - turystycznych stanowiliśmy absolutną egzotykę. Po wieczornym spacerze w centrum Chongqing (5 milionów mieszkańców) zrozumiałam, jak mógł czuć się Murzyn w Warszawie w latach siedemdziesiątych. Zdjęcia sobie z nami robili, rozumiecie? Palcami pokazywali. Szczęśliwi cali, że im takie dziwaki po miasteczku chodzą.

Dzieci w Chinach nie noszą pieluch. Mają śpioszki rozcięte w kroku i tak sobie radośnie leją naokoło. Ekologicznie, tanio i zero odparzeń. Że też ja na to nie wpadłam! Chińskie dzieci (a widziałam chyba pełen przegląd społeczny i majątkowy) są czyste, ślicznie ubrane, hołubione, tulone, całowane i traktowane jak skarby. Może ta polityka antyrodzinna też ma swoje zalety?

Widziałam ludzi modlących się w buddyjskich świątyniach i przed obrazem Mao na placu Tiananmen. Kilkukilometrową kolejkę przed mauzoleum Mao i Zakazane Miasto. Pola ryżowe i rzekę Jangcy.

W ogóle nie rozumiem tego kraju. Jest przedziwny. Hermetyczny i kompletnie obcy. Jak nas zaleje fala Chińczyków, kiedy już przestaną się mieścić w swoich wieżowcach, mamy przerąbane. Serio.

PS Specjalnie na użytek mojego męża: to był doprawdy niezwykle ciekawy, pouczający i zachwycający wyjazd. Och, jak bardzo mi się podobał, och, ach.

PS Kupiłam sobie chińskie trampki. Mąż kupił sobie miecz. Naprawdę mamy inne życiowe priorytety...

20:58, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
środa, 29 kwietnia 2015
o codzienności z niespodziankami

Zdałam.

 

Aaaaa!!! Zdałam, zdałam! Bardzo dobrze zdałam! A wręcz najlepiej w grupie! A grupa pełna świeżo upieczonych absolwentów polonistyki! Jestem genialna!

No dobrze. Ochłonęliśmy, pot z czoła otarliśmy (my, Asia) i teraz możemy sobie dyplomik w ramki oprawić. Albo zacząć szukać roboty z dyplomem w garści. To się jeszcze okaże.

Póki co, mam ręce pełne roboty. I co sobie zaplanuję, to zaraz mi się harmonogram wywala. Wczoraj na przykład miałam rozpisane co do godziny plany na przedpołudnie. A tu o ósmej rano ojciec dzwoni w panice, bo pies leży i wstać nie chce.

Pies przez trzy miesiące pobytu u ojca wykopał kilka cennych okazów ogrodniczych, zrobił w wypielęgnowanym trawniku dziesięć dziur wielkości Alaski, zjadł kabel od lampek ogrodowych, kabel od domofonu, kabel od napędu bramy, dwa wiaderka, mopa, wszystkie tabliczki oznaczające rośliny i naręcza pieczołowicie wsadzonych bratków, tulipanów i innych kwiatków. Sami rozumiecie, że ojciec wielbi go miłością bezgraniczną i traktuje lepiej niż własne dzieci (teraz mam taką refleksję, że gdybym przeżuła w dzieciństwie kilka mopów, może ojciec bardziej by mnie kochał?).

Panika mi się udzieliła i pognaliśmy do weterynarza. Okazało się, że pies złapał chorobę odkleszczową, która, nie wyleczona na czas, prowadzi do szybkiego zejścia. Pies został podłączony do kroplówki,  my siedliśmy w stanie rozsypki psychicznej i wtedy zadzwonił telefon. Pielęgniarka szkolna prosi o przyjazd, bo dziecko mi się dusi.

Zostawiłam ojca i psa z kroplówką i pognałam do szkoły. Zawiozłam Lolę do domu, nafaszerowałam lekami i wróciłam po psa (za każdym razem w korkach miasteczkowych po półgodzinna trasa).

Po czym znowu pognałam do domu, sprawdziłam, czy Lola oddycha i poleciałam realizować punkty z listy. A wieczorem leciałam jeszcze na romantyczną randkę z mężem w Leruamerlę, żeby wybrać farbę.

Mój mąż, dociśnięty i ubłagany, postanowił bowiem wreszcie pomalować ścianę w jadalni. I naprawić deskę sedesową. I wymienić umywalkę. I drzwi od prysznica.

Bardzo jestem ciekawa, na jak długo wystarczy mu motywacji. Stawiam na to, że sprawy domowe rozmyją się i odejdą w niepamięć gdzieś między ścianą a umywalką.

PS A pies  błyskawicznie dochodzi do siebie i czuje się dziś już całkiem dobrze. Nawet za dobrze - jak stwierdziła z pewną frustracją moja matka, odnotowując stratę kolejnego mopa.

12:06, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
o rzygach na wietrze:-)

Jecie coś? To odłóżcie na chwilę.

Leżę na kanapie, obok śpi Lulu. Nagle słyszę dyskretne błee i zawartość kociego żołądka ląduje mi przy ramieniu. PRZEZ SEN?! Kto do cholery rzyga przez sen?

Może to przez te kropelki na łupież? Gdyż, proszę państwa, mogę się podzielić niezawodnym sposobem zapodania tychże kropelek opornemu kotu. Surową wołowinkę kroimy w kostkę. W niektórych kostkach wydłubujemy nożem dziurki, wkrapiamy do dziurki lekarstwo i sprytnie maskujemy strzępem mięsa. Całość mieszamy i z szatańskim chichotem podajemy futrzakowi, który żre bez opamiętania.

Mąż zobaczył mnie niedawno w kuchni, pochyloną nad strzępami krwistego mięsa, radosną jak Hannibal Lecter przed posiłkiem, i jakoś nerwowo przytulił do siebie talerz z kanapkami. Nie wiem, czy to może mieć związek, ale kiedy wieczorem zaproponowałam mu obiad, pospiesznie odparł, że jadł na mieście...

A w ogóle to beztroskim bełkotem usiłuję zamaskować niepokój. Jadę dziś na egzamin pisemny, który ma udowodnić, że nadaję się do pracy z książkami. W sumie to niby wiem, ale jakby nie wiem, czy wiem to, co powinnam wiedzieć...

Zwłaszcza dziś, bo ten cholerny wiatr wywiewa mi właśnie z mózgu resztki inteligencji. Czy wy też macie takie objawy? Bo zasadniczo mróz, deszcz i inne pogodowe klopsiki aż tak mi nie szkodzą. Ale przy silnym, porywistym wietrze  zamieniam się w umysłowo ociężałą galaretę.

I siedzę teraz tępo na tej kanapie, co mi ją Lulu obrzygała, patrzę bez zrozumienia w notatki i myślę - kawa? Red Bull? czekolada z orzechami? skręt? kop w tyłek?

Niestety, z energetyzujących bodźców mam tylko kawę (i kocie rzygi do sprzątnięcia).

Trzymajcie więc kciuki, drodzy czytacze, bo może być słabo.

 

 

 

13:13, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 14 kwietnia 2015
bilans pocztowy

Uprzejmy Hindus z amerykańskiego hotelu bez wahania zaproponował odesłanie zapomnianego przez męża aparatu fotograficznego. Na ich koszt, rzecz jasna, nie ma sprawy, to dla nas przyjemność itp...

Przesyłka musiała wyglądać podejrzanie, bo zainteresował się nią polski urząd celny, który zatrzymał aparat na dwa tygodnie i po namyśle zażądał od męża opłacenia cła. Na szczęście znalazłam stary rachunek, bo bez niego mąż musiałby uiszczać cło za własny, kupiony w ojczyźnie sprzęt. Urząd uparł się jednak, że oddanie do rąk własnych jest zbyt banalne i nie zważając na półmetrową bliskość męża i przesyłki postanowił odesłać mężowi aparat do domu. Mąż oszołomiony ilością papierów i oświadczeń, które musiał podpisać, nie protestował.

Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Pokornie potuptałam więc na pocztę, żeby zakończyć wielotygodniową podróż naszego aparatu po świecie. Na poczcie jedno okienko. W okienku jedna pani. Przed okienkiem osiem osób, z czego połowa to emeryci z plikami rachunków za gaz i światło. Ale dzięki sprawnej obsłudze już po czterdziestu pięciu minutach wręczyłam pani awizo.

I zaczęło się.  Im bardziej zaglądała pani na zaplecze, tym bardziej nie było na nim paczki. Pani się zmartwiła. Ja też. Pani zadzwoniła do Krysi. Krysia odesłała ja do Janka. Janek stwierdził, że on paczkę dowiózł. Hania z kolei przyznała, że jej nie dostała. System mówił, że paczkę mam ja. Ale drugi system twierdził, że paczka leży w pobliskim miasteczku. Zuza z miasteczka też zaczęła szukać.....

Temperatura kolejki za moimi plecami zaczęła wzrastać do poziomów grożących wybuchem. Emeryci szemrali, a jedna starsza pani machała nerwowo kijkiem do nordic walking. Nieśmiało zasugerowałam pani, że może ja przyjdę później. Pani z wypiekami na twarzy odrzekła - Nie może być. Ta paczka musi się znaleźć! To sprawa honorowa -

Ubłagałam ja, żeby może obsługiwała klientów tak po troszku, między telefonami.

Pani niechlujnie przybijała pieczątki i przyklejała znaczki, w międzyczasie przerzucając się telefonicznymi inwektywami i sugestiami z Zosią, Jurkiem i Krysią. Sprawa otarła się już o pana Leszka, kiedy wreszcie wyszeptałam nerwowo, że naprawdę muszę iść.

Pani zażądała mojego numeru telefonu, zaklinając się na wszystko, że paczka się znajdzie. Uciekłam, ścigana wrogimi spojrzeniami tłumu. Dobrze, że nie mieli pierza i smoły.

Dwie godziny później pani zadzwoniła - Wiedziałam, ze się znajdzie! My  nic nie gubimy! -

Okazało się, że paczka, jak Pyza Wędrowniczka, sama na własnych nóżkach przetuptała na pocztę w sąsiedniej wsi.  Pani z okienka przysięgła, że nieważne jak, ale jeszcze dzisiaj dostanę przesyłkę. Zdaje się, mówiła coś o staniu na rzęsach i honorze poczty polskiej.

Godzinę później listonosz z sąsiedniej wsi zapukał do moich drzwi. Musiał nieźle nadłożyć drogi, bo to nie jego trasa. Kiedy wyraziłam wdzięczność i podziw, powiedział uprzejmie - To moja praca, proszę pani. Staram się ją dobrze wykonywać. -

I oddalił się, pobierając uprzednio opłatę manipulacyjną. Owszem, przesyłka nie została oclona. Jednak pobyt w magazynie urzędu celnego i karteczka z zawiadomieniem zostały wycenione na dwadzieścia osiem złotych polskich.

Nie umiem zbilansować tego pocztowego epizodu. Na plus wychodzi czy na minus? W sumie, o ile procedury jakby kuleją, to czynnik ludzki zadziałał bez zarzutu, nieprawdaż?

20:41, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
wtorek, 07 kwietnia 2015
powrót do normalności, czyli zwykłe irytacje

Nie, no niektórzy to W OGÓLE nie maja szacunku dla cudzych uczuć. Siada człowiek z poświęceniem na kanapie, z zamiarem obejrzenia strasznie złego filmu TYLKO dlatego, że gra w nim Alexander Skarsgard, w którym tenże człowiek się śmiertelnie kocha. I co? Dupa. Kosmici ustrzelili Alexandra po dwudziestu minutach "Battleship. Bitwa o Ziemię", zostawiając nam na pociechę Rihannę i tego wymoczka, co grał Johna Cartera. Jaasne. I ja mam się przejmować, czy Ziemia ocaleje...Ziemia bez Alexandra i tak nie ma sensu, więc IMHO twórcy filmu strzelili sobie w stopę.

Tak w ogóle to mąż wrócił. W glorii i chwale, emanując poświatą samozadowolenia, opalenizną jak z wczasów nad Balatonem i aurą wszędziebycia, jak Martyna Wojciechowska. Przywiózł nam pluszowego ptaszka kiwi i naręcze kuchennych ściereczek. Tłumaczył, że do plecaka wchodziły mu tylko dwuwymiarowe pamiątki, ale zaczynam go podejrzewać o jakiś ściereczkowy fetysz. Wszędzie tylko te ściereczki....

W każdym razie wrócił, zdrowy, cały i szczęśliwy. Po domu się rozejrzał, przegonił Miśka sprzed kompa, w oszczędnych słowach pochwalił moje dokonania i pomaszerował dziś do nowej roboty. I dobrze, bo już zupełnie się od niego odzwyczaiłam i w czasie świąt ciągle miałam wrażenie nadmiarowości domowników.

 A zupełnie nie a propos, dzisiaj w supermarkecie przeżyłam osłupienie miesiąca. Odkryłam przy kasie, że pudełko  z papierem do pieczenia, który zamierzałam nabyć,  jest otwarte. Zajrzałam, a środku dwa arkusiki, reszta wyparowała. Miałam taką minę, że kasjerka zaczęła się śmiać, i w trakcie skanowania opowiadała mi non stop o tym, co i jak ludzie kradną w supermarkecie.  Różne rzeczy widziałam na półkach w Auchan - puste butelki po napojach, pojemniki po jogurcie, nadgryzione bułki...ale po co komu do licha, kilka arkuszy papieru do pieczenia?

Poza tym, cóż...same codzienne  irytacje. Jeden kot ma łupież i linieje tak,  że znajduję sierść  nawet w rozkrojonych jabłkach i kubeczkach jogurtu. Drugi kot wyrzygał się na dywanik przed łóżkiem Loli i powtórzył ten niecny proceder pod stołem w jadalni. Zwierzęta domowe są przereklamowane. O, nius sprzed minuty - kot z łupieżem właśnie wypluł z rozmachem kropelki na łupież, które mu troskliwie zapodałam. Kropelki, dodajmy, za trzydzieści pięć zeta. Dopiszę mu to do rachunku. Po ile chodzą kocie skórki na reumatyzm?

 

22:40, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
czwartek, 26 marca 2015
Punkt widzenia

Nie, no wzruszyła mnie koleżanka sąsiadka. Ta sama, która regularnie stara się wpłynąć na moje morale, zapraszając mnie na spotkania cnotliwych dam lokalnych. Niestety, jakoś nie po drodze mi z tematyką spotkań (oglądanie filmów pro life, spotkania z działaczami religijnymi, dyskusje o dżenderze i jego zgubnym wpływie na ojczyznę itp.), więc raczej na nich nie bywam. Koleżankę jednak lubię ogromnie i staram się z nią w miarę regularnie widywać.

Sączyłyśmy więc herbatkę, gawędząc na luźne tematy, gdy koleżankę naszło na zwierzenie.

-Wiesz, ja tak sobie myślę - (i dziwię się - taktownie pozostawiła w niedopowiedzeniu) - że to jest naprawdę niesamowite. Że wy tak bez religii i bez Boga jesteście taką porządną rodziną. Szanujecie się, i dobrze wychowujecie dzieci, i w ogóle..-

- No fakt - odparłam po chwili, kiedy już przeszła mi ochota na niepohamowany i bluźnierczy śmiech - to raczej dziwne, ale jakoś dajemy radę. -

I naprawdę, przysięgam, powstrzymałam się, żeby się nie przyznać, że ja chwilami myślę o niej podobnie: że pomimo tego Boga i religii jest taką miłą, uroczą kobietą i tak dobrze wychowuje dzieci!

Czy jest w tym jakaś głębsza refleksja? Zapewne tak. Okopując się na swoich pozycjach, wierząc w swój monopol na prawdę, możemy stracić z oczu to, że wszyscy w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami. Każda ideologia, w którą wierzymy, jest tylko otoczką - wpływa na nasze życiowe wybory, ale nie determinuje tego, jakimi jesteśmy ludźmi.

Nie pisałam, że byłam w tym roku pierwszy raz na Manifie. Namówiona przez koleżankę poniekąd z drugiego bieguna ideologicznego. Nie wiem, czego się spodziewałam. Ale byłam raczej skonsternowana, gdy odkryłam, że w spokojnie spacerującym ulicami tłumie pełno jest rodzin z dziećmi, eleganckich starszych pań i zróżnicowanych wiekowo facetów. Nikt nie bił się z policją, nikt nie pokazywał cycków ani nie dokonywał publicznych aborcji. Jakoś się zdziwiłam tym łagodnym, bardzo kobiecym rzekłabym, obliczem polskiego feminizmu.

Dzięki chwilowemu wglądowi w ten także obcy dla mnie świat, trochę przeorientowałam swoją opinię na temat feministek. Chociaż nie przyznałam się koleżance feministce, że dzięki niej  odłożyłam na półkę kilka stereotypów, cieszę się, że mogłam to zrobić.

Może więc po prostu bądźmy sympatyczni? I mili dla innych, żeby świecić przykładem swojej wiary/niewiary/ideologii/bądź jej braku?

I w ogóle tęcza i jednorożce. I kochajmy się. Tako rzecze natchniona wiosennym słońcem Asia:-)

11:54, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 marca 2015
adaptacja

- Nienawidzę cię - wymamrotałam żałośnie, wchodząc o szóstej rano do zimnej łazienki - ciebie i twoje dzieci. I dzieci twoich dzieci. -

- Ciekawe, co będziesz mówić za dwa tygodnie? - zainteresował się uprzejmie Misiek, którego miałam dostarczyć na dworzec punkt szósta trzydzieści.

No dobra, początek był faktycznie trudny. Kiedy poprzedniego dnia wraca się do domu o wpół do dwunastej w stanie ciężkiego schetania, idea porannej pobudki jakby traci na urodzie. Ale nawet przywykłam, do tego stopnia, że w niedzielny poranek obudziłam się całkowicie dobrowolnie w szóstej czterdzieści.

Koegzystencja z małoletnimi okazała się niezwykle harmonijna. Oni chcą żarcia, świętego spokoju i czasem chwilę mojej uwagi. Ja chcę zejścia mi z oczu, jak jestem zajęta, karnego zjadania tego, co podam na stół i czasem chwilę ich czasu i wysiłku. Na wszelki wypadek upewniam się jednak co do słuszności swoich metod wychowawczych u źródła.

- Misiek, czy ja nie powinnam cię ochrzanić za to, że od trzech godzin siedzisz przy komputerze? -

- Nie - odparł mój syn i zastanowił się jeszcze chwilę - zdecydowanie nie. Wszystko jest w najlepszym porządku -

Skoro tak...

Mąż podróżuje z rozmachem, zdając z postępów szczegółowe relacje, na, jakże by inaczej, blogu. Blog założył, jak uprzejmie mi wyjaśnił, żebyśmy wiedzieli, co u niego słychać. Z tego, co przeczytałam, aktualnie gania gdzieś po Polinezji Francuskiej, zajadając się papają i gapiąc się na młode Tahitanki. Niech mu idzie na zdrowie, co mu będę żałować (zwłaszcza papai).

On ma owoce tropikalne i równie tropikalne laski, a ja grządki do zgrabienia, trawę do wertykulacji, okna do umycia, lekcje do odrobienia (matko, ile nam na tym cholernym kursie zadają!) i tysiąc spraw do załatwienia. I wcale nie żałuję. Przez te pół roku mężowskiego bezrobocia za bardzo nauczyłam się polegać na jego obecności i pomocy. To rozleniwia fizycznie i umysłowo. A więc... Baczność! Na ramię łopatę! I segregator z kolejnymi korektami do zrobienia!

 

13:21, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
piątek, 06 marca 2015
Czasem słońce, czasem deszcz

Słońce:

Dostałam wyniki biopsji. Dwa tygodnie czekania, czy podejrzane komórki mają cechy nowotworu, może człowieka wypalić psychicznie, wierzcie mi, drodzy państwo. Nie mają. Te komórki. Brzydkie są i nie lubimy ich, ale grunt, że wyleczalne.

Mąż nabył samochód. Tym samym ja i Stefan - mój stary, ukochany towarzysz - znowu tworzymy monogamiczny związek. Znów możemy, bez mozolnych ustaleń i negocjacji czasowych, pruć po wiejskich drogach, kiedy nam się zamarzy. Nasze plamy na siedzeniu, nieprzykryte żadnymi odrażającymi kocykami,  radośnie pławią się w marcowym słońcu.

Mąż dostał także pracę. Nie ukrywam, te pół roku, pomimo niewątpliwych plusów, było cokolwiek stresujące. Dla mnie chyba bardziej niż dla męża, bo ja z charakteru jestem czarnowidzem. Od kwietnia nasze życie wskoczy na nowe tory. 

 - Szkoda - powiedział Misiek - nie będziemy już grać w Fifę -.

- A ile będziesz zarabiał? - zatroszczyła się Lola - Możemy z mamą pojechać na zakupy?-

- To kiedy pomalujesz ścianę w jadalni - spytałam - i może uda nam się wreszcie wymienić umywalkę? -

Deszcz, a przynajmniej mżawka:

- Eee, co do tej ściany.....no, właściwie, kochanie, to ja chciałem wyjechać na trochę. Żeby się zresetować przed nową pracą -

- To cudowny pomysł, skarbie. Wyjedź sobie na trzy, cztery dni w góry, pochodź po szlakach -

- Hkhm, ja raczej zaplanowałem... Wiesz, że mam jeszcze te tanie bilety? I że mogę kupić bilet do Australii za czterysta złotych? Wyjeżdżam we wtorek. Ale nie martw się - zapewnił mnie troskliwie małżonek - wrócę przed Wielkanocą -

Tak. No właśnie. Mąż wyjeżdża. Się resetować. Dlaczego w ramach resetowania nie mieści się malowanie i wymiana umywalki, pojąć nie mogę. Noaleoszywiście, jako żona łagodna i wspierająca, wspieram. Słowem i czynem, aczkolwiek myślą już niekoniecznie.

Bo oznacza to, że w związku z moim dokształcaniem małoletni będą dwa dni w tygodniu pozostawieni całkowicie samym sobie. Bo ja wychodzę o 15 i wracam o 23.15. Schetana jak koń po westernie. A Miśka trzeba o szóstej rano dostarczyć na pociąg. Codziennie (to były te plusy męża w domu...).

A teraz proszę napisać mi szybko, zanim zmienię zdanie:

Dobrze robię, że go puszczam? Poradzę sobie? Nie umrę ze strachu o męża plątającego się w dziczy? I w ogóle?

 

21:38, teraz_asia
Link Komentarze (15) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48