piątek, 22 stycznia 2010
Matka w tyglu edukacji

Jakiś czas temu, kiedy odprowadzałam Lolę do zerówki pani wychowawczyni, autentycznie zgorszona,  poinformowała mnie, że moje dziecko dostało czarną kropkę! System kropek ma wskazywać, jak dany osobnik zachowywał się tego dnia. Czerwona kropka- super, zielona- nieźle, czarna zarezerwowana jest dla, jak się można domyśleć, czarnych owiec.

Wygląda na to, że pani nie postawiła jeszcze czarnej kropki żadnej dziewczynce, więc się trochę spłoszyłam, że kogoś pobiła czy opluła. Ale skąd- moja córka po prostu odmówiła wykonania polecenia. Pani kazała im zgnieść papier w kulkę i wyrzucić do kosza. Lola zgniotła i zachwyciła się fakturą kulki do tego stopnia, że nie chciała się z nią rozstać. Odmówiła tak stanowczo, że czarna kropka wylądowała na karcie ocen...

Nie mogę powiedzieć, żebym się tym przejęła.  Bo zasadniczo niespecjalnie przejmuję się szkołą moich dzieci, zakładając, że są na tyle rozgarnięte, że przebrną przez szkolne lata bez specjalnych uszczerbków na zdrowiu i rozumie. Ale po wczorajszych szkolnych zebraniach zaczynam mieć wątpliwości.

Misiek w tym semestrze miał najwyższą średnią w klasie. Nie bywa agresywny, nie obraża nauczycieli i jest bardzo lubiany przez kolegów. Niemalże ideał, a jednak okazuje się, że w systemie szkolnym mieści się ledwo- ledwo. Bo: zadaje pytania nauczycielom, głośno protestuje, jeśli uważa, że jest inaczej, jak mówi nauczyciel, wtrąca się do lekcji, jeśli ma wiedzę na ten temat. I ja, szczerze mówiąc, takiego delikwenta spacyfikowałabym w sposób banalny: interesuje cię to? OK, przygotuj klasie na ten temat prezentację, przeczytaj sobie taką i taką książkę, napisz pracę, znajdź dodatkowe źródła. Ale Misiek jest uciszany, karcony i wsuwany w szufladkę.

Lola jest gorszym przypadkiem, bo nie posiada rozwiniętego intelektu brata. Jest takim sobie szkolnym przeciętniaczkiem. Ale posiada zaskakującą wrażliwość plastyczną, w zupełnie zwykłych rzeczach dostrzega to, czego ja nie widzę i ma naprawdę niezwykłą wyobraźnię. 

I znowu: na zebraniu okazuje się, że dostała najniższą możliwą w zerówce ocenę ze sprawowania. Pytam: czy bije dzieci? Czy ma problemy w relacjach z rówieśnikami? Nie wywiązuje się z obowiązków szkolnych?  Nie, nie, nie-  uspołeczniona, samodzielna, pilnie odrabia prace domowe. Ale czasami odmawia wykonywania poleceń, jeśli się z nimi nie zgadza. Nie staje karnie w rządku, tylko z boku. Nie rysuje niebieską kredką, tylko różową. Nie siada z Olą, tylko z Basią....

Jako przeciwniczka wszelkich "snobizmów dziecięcych" i robienia z dzieci pępka świata, stałam zawsze murem za pobliczną edukacją. Ale teraz zaczynam się łamać. Może w szkole społecznej znalazłby się ktoś, dla kogo bardziej istotna byłaby niezależność i wyobraźnia uczniów, niż karne i bierne wykonywanie poleceń? I w sumie pisze to bez rozżalenia- zdaję sobie sprawę, że publiczna szkoła to dużo dzieci, ramy programowe, czas goni, środków mało. Tylko trochę mi moich dzieci żal...

środa, 20 stycznia 2010
czytam gniota

Ja jednak mam skłonności do autodestrukcji. Czas jakiś temu w ramach tzw obowiązków zawodowych dostałam polecenie zapoznania się z serialem "Dom nad rozlewiskiem". Co też karnie czyniłam- przez jakieś trzy odcinki. W połowie czwartego uznałam, że chyba wolę już zwolnienie dyscyplinarne i odmówiłam dalszego ciągu. Ale ciągle tkwiła mi w głowie zbiorowa opinia internetowo- koleżeńska, ze serial to nie teges, ale książka duuużo lepsza. Jestem więc w trakcie czytania. Zadziwiające, ale książka jest równie niedobra jak film, tylko z innych powodów. Serial miał fatalną obsadę i  źle napisany scenariusz, to jeszcze nie grzech. Ale książka jest tak irytująca, jak komar latający ci nad uchem. Niby wszystko dobrze, słowa składają się w zdania, a jednak ciągle masz wrażenie, że coś jest mocno nie halo. W połowie story już wiem, co. Czytam i nie wierzę w ani jedno słowo. Albo jestem do gruntu cyniczna i zepsuta, albo książka ma błędne założenia na poziomie elementarnych emocji i reakcji ludzkich. Bardzo niedobra proza- niedobra, bo pokazuje fałszywy świat, oszukując, że taka jest rzeczywistość.  A ja nie lubię być oszukiwana. Jeśli ja- czytelnik- "umawiam się" z autorem na konkretną rzeczywistość fabularną, to wchodzę w nią ochoczo, kupując to, co szef kuchni serwuje, nawet jeśli to będą gadające, fioletowe trójkąty.  Ale tutaj czuję się tak, jakbym po zamówieniu z karty steku z frytkami dostała hamburgera.  Bez słowa przeprosin od kelnera. I po co ja się tak umartwiam? Szczerze mówiąc, już bardziej wciągnęła mnie  książka, której tytułu nie pomnę, ale bohaterka, urocza Anita Blake była zawodowym łowcą zombich. Krótko, na temat i bez wytwarzania poczucia winy u czytelnika. 

12:15, teraz_asia , czytam
Link Komentarze (13) »
wtorek, 19 stycznia 2010
Sprawa z narzeczonym już nieaktualna

Jak wyżej-boski Jaś stracił miejsce w sercu mojej córki. Niedawno po powrocie do domu oznajmiła przygnębiona- Postanowiłam odkochać się w Janku-

- Dlaczego?- zdziwiłam się, bo jeszcze niedawno pracowicie cyzelowała serduszko dla ukochanego ( czarne, z trupią czaszką- najwyraźniej dzisiejsza młodzież nieco inaczej wyraża uczucia)

- Bo on nie jest we mnie zakochany. To co ja będę na niego traciła czas?!-

Ten pragmatyzm szczerze mi zaimponował. Wprawdzie, gdyby był bardziej powszechny, może stracilibyśmy kilka niezłych dzieł literackich, ale czy to nie jest sensowne podejście?

 Lola dość melancholijnie snuła się po domu do wieczora, najwyraźniej przeżywając jednak swoją decyzję, w końcu postanowiła zwierzyć się ojcu, który poszedł ją pocałować na dobranoc. Po dłuższej chwili usłyszałam jakiś dławiący odgłos- biedny ojciec Loli wyleciał z jej pokoju i desperacko zatykając sobie usta dłonią, próbował się nie roześmiać

(moja szkoła- klarowałam mu przez kilka miesięcy, że nie można śmiać się z dramatów naszych dzieci, gdyż albowiem są dla nich ważne).

Oburzyłam się, ze wyśmiewa się z nieszczęścia ukochanej córki, ale przyznał, że  deklarację o zerwaniu zniósł z godnością. Padł chwilę później, kiedy Lola, smętnie zapatrzona w sufit westchnęła- No tak, i od teraz będę wiodła samotne, spokojne, nudne życie-

 

poniedziałek, 18 stycznia 2010
Kiedy przyjdzie wiosna?

To będzie notka tendencyjna.  Dysząca nienawiścią do świata i jego przejawów, ze szczególnym uwzględnieniem zimy i poniedziałków. I w ogóle nie śmieszna, bom zła i warcząca.

1. Nienawidzę śniegu!   Jest mokry, zimny i w większych ilościach tworzy zaspy. W zaspy się wpada. Mój biedny samochód buksuje, rozpaczliwie próbując się uwolnić. Trzech miłych panów pod szkołą ma swoje teorie na temat tego, jak z zaspy wyjechać. I się nimi ( znaczy teoriami) dzielą ze mną. Wrrr!

2. Nienawidzę mrozu! Mróz szczypie w oczy i powiększa sieć popękanych naczynek na moich policzkach. Mróz rozszczelnia mój dach. W łazience mam gigantyczny zaciek na suficie. Farba odłazi. Remont wisi mi nad głową. Wrrr!

3. Nienawidzę wiatru! Wiatr zrzuca drzewa na linie energetyczne. Na cholernej zapadłej wsi mamy linie na słupach.  Po wczorajszym wietrze linie zerwane. Poniedziałek zaczynamy porankiem pioniera. Maluję się po ciemku i myję w lodowatej wodzie. Podgrzewam młodym mleko na butli turystycznej. Ciemno, zimno, źle. Wrr!

4. Nienawidzę poniedziałku! Nawet nie będę się fatygować i tłumaczyć, dlaczego. Każdy wie.

Jak się łatwo domyślić, miałam trudny poranek. Kiedy do cholery przyjdzie wiosna?!

piątek, 15 stycznia 2010
nuuudzę się!

- Inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą- odpowiedziałam machinalnie. Lola skakała mi po plecach i zawijała moje włosy na palce. Usiłowałam zrozumieć cokolwiek z debiutanckiej powieści Autora, z którym miałam mieć spotkanie dnia następnego, żeby móc błysnąć jakąś intelektualną zajawką. Moje zdolności przyswajania tekstu obumierały jednak w tempie ekspresowym, przyduszone nadmiarem Lolczynej aktywności.

- A co to znaczy inteligentni?-

- To ci , co się nie nudzą- odpowiedział za mnie usłużnie Misiek, który sam ze sobą grał w szachy, i, jak twierdził, wygrywał partię.

- To znaczy, że ja nie jestem dzisiaj inteligentna- skonstatowała beztrosko Lola- bo nuuuudzi mi się-

- Poczytaj coś, albo narysuj- zbyłam ją, zagapiona w książkę.

-Ale ja nie umiem- zalała się łzami moja biedna córka- nie umiem czytać! I brzydko rysuję!

-No dobra- odłożyłam książkę z ciężkim westchnieniem. - Chodź tu, mała, pomiziamy się-

To hasło jest wytrychem do Loli szczęścia absolutnego.  Dla zainteresowanych podaję skrócony przepis na mizianie: jedna kanapa- raczej duża, jedno dziecko- nie za duże, jedna matka- rozmiar obojętny. Bierzemy dziecko na kolana, przytulamy z całych sił (-uff, mamo, zaraz mnie udusisz), i przez co najmniej 20 minut poświęcamy całą uwagę temu, żeby ściskać, całować, głaskać, łaskotać, międlić, podrzucać i podduszać. A także zarzucać werbalnie różnymi wyrazami uwielbienia. Po 20 minutach wymęczone, stłamszone, rozpromienione i szczęśliwe dziecko daje matce trochę spokoju i poluzowuje niewidzialną pępowinę.

Wymiziana Lola, radosna jak ptaszek, siadła przy mnie i zaczęła coś pracowicie i precyzyjnie szkicować. Po 10 minutach ( i dwóch rozdziałach mojej książki)  przedstawiła mi gotowy rysunek- mały dinozaurek w sukience, ze szmacianą lalką  w pazurzastej łapce patrzył z uśmiechem w górę kartki. Tam widać było wielki uśmiechnięty łeb dinozaura -mamy, nachylającej sie czule ku swojej córeczce. 

No i przepadło- wzruszyłam się totalnie. Na fali wzruszenia odłożyłam książkę, zrobiłam michę popcornu i tłocząc się na kanapie z małoletnimi obejrzałam wspólnie z nimi program na Discovery o panu, który uczy sztuki survivalu. Czy zjedlibyście żabę? Żywą? Majtającą wam w ustach nóżkami?  On zjadł. Niezwykle pouczający i edukacyjny program, zapewniam:-)Wprawdzie książki nie przeczytałam, ale w sumie- mała strata. W końcu to nie literatura, a dzieci są przyszłością narodu. Zwłaszcza te solidnie wymiziane.

środa, 13 stycznia 2010
czy powinnam zrobić przegląd techniczny szarych komórek?

Tytułem wstępu- przysięgam, naprawdę jestem dobrym kierowcą! Przejeżdżam od ośmiu co najmniej lat po 300 kilometrów tygodniowo, nie zarobiłam ani jednego mandatu, jeżdżę dynamicznie, przyzwoicie, i nawet umiem sensownie zaparkować. A jednak...

Wczoraj pojechałam na tzw badanie techniczne pojazdu. No fakt, jeszcze chora, zmulona od braku snu i leków, ale jednak miałam wrażenie, że kontaktuję. Przeuroczy pan mechanik zaczął od prostego polecenia: - Lewy kierunkowskaz-

Włączyłam prawy, ale na polecenie - A teraz prawy- udało mi się analogicznie włączyć lewy, co obydwoje uznaliśmy za zadowalające rozwiązanie, no, bo ostatecznie obydwa działały. Chwilę później musiałam jednak przyznać, że nie mam pojęcia, jak uruchomić światła przeciwmgielne, na szczęście jednak pan mechanik pojęcie miał...

Maskę mojego samochodu otwieram dość regularnie, po pierwsze, żeby dolać płynu, po drugie, żeby naładować akumulator, kiedy zapomnę wyłączyć światła (co niestety zdarza mi z zaskakującą regularnością). Wczoraj jednak macałam przez kilka minut, żeby znaleźć ten podstępny zaczep (- no, przysięgam panu, zawsze tu był-). Pan mechanik nabrał już tchu, żeby skierować mnie nad długi kanał naprawczy, ale widziałam, że moje zmagania z maską pozbawiły go wiary i nieśmiało poprosił- to może ja wjadę sam?-

Niestety, nad kanałem musiałam jednak wykazać się wolą współpracy. Bogu dzięki, samochód był na jałowym biegu, kiedy usłyszałam okrzyk: -a teraz niech pani naciska humulec! -

Miałam złe przeczucia. Zwłaszcza, gdy pan mechanik wygramolił się z kanału, popatrzył w milczeniu na moją nogę wciskającą gaz i powiedział łagodnie: - dobrze, a teraz ten drugi hamulec-

Z kanciapki wygramolił się w końcu starszy pan, który wcześniej zabrał mi dowód rejestracyjny i krzyknął: - I co, Władek? Wszystko w porządku?-

-Taaak!- odkrzyknął Mechanik Władek, patrząc mi głęboko w oczy- samochód w porządku!-

Po czym  powoli,  precyzyjnie dobierając słowa,  poinformował mnie jak dojść do biura po odbiór dowodu. Zauważyłam, że starał się używać raczej gestów niż określeń kierunków: - Pójdzie pani tęędy- machnął ręką- a potem skręci taaam- machnął ręką w przeciwną stronę.

- Znaczy w lewo i w prawo?- zbystrzałam nagle.

- No tak, dokładnie tak- zachwycił się mechanik Władek i z sympatią patrzył, jak meandruję w prawo i w lewo, trafiając do męskiej ubikacji, wyjścia przeciwpożarowego i w końcu do biura.

I teraz mam tylko pytanie: czy to skutki wirusówki, czy zaawasowanego wieku, czy też braku minerałów w diecie? I czy powinnam sobie coś kupić? Żeń- szeń? Czy blond perukę?

poniedziałek, 11 stycznia 2010
A psik!

Chorujemy. Zbiorowo, dynamicznie i zupełnie bez godności. Kichamy, rzęzimy i wleczemy za sobą serpentyny z zasmarkanych chusteczek. Każdy oczywiście dogorywa we własnym stylu. Lola jak przedwojenna gwiazda filmowa:

- Aaach, mamusiu, umieram- jęczy przyciskając łapkę do zbolałego czoła- ale pamiętaj, że cię kocham. A moje petshopy możesz oddać Madzi, tylko pamiętaj, nie tego beżowego chomiczka, bo to mój najulubieńszy...-

Misiek z fasonem gladiatora. Nic to, że kaszel wywala mu gałki oczne na wierzch, on bohatersko twierdzi: - Ja muszę do szkoły- co jest o tyle tanim zabiegiem pijarowym, że obydwoje wiemy, że w takim stanie go nie puszczę. Może sobie chłopak bezkosztowo imidż poprawić...

Mąż cierpi jak stoik, we względnym milczeniu. Cierpi zresztą na odległość, bo przecież prawdziwy mężczyzna musi zarabiać na byt nawet w stanie przedagonalnym. A jak wiadomo, Firma bez Męża natychmiast rozsypie się w proch, jak sekta bez swojego proroka. Dzięki temu, zupełnie jak Misiek, mogę zarabiać bezwysiłkowo punkty, wyrażając mu swoje ubolewanie przez telefon.

Ja choruję w stylu męczeńskim: - Zobaczcie-jak-cierpię-bo- sama-nie- powiem. Kaszlę wymownie, gotując obiad, i cierpiętniczo smarkam, zwlekając się co chwilę z kanapy, bo przecież dwoje chorych dzieci to nieustanny maraton żądań surrealistycznych. Leki, picie, chusteczki, budyń, jabłko, leki, syropek, kocyk, za zimno, za ciepło...

Dzisiaj sfrustrowana wyjęczałam w końcu: -Nie ma. Nie ma więcej budyniów i soczku. Matka choruje i cisza ma być. Każdy teraz cierpi na własną rękę.-  I poszli. Z katarem i "godnościom własnom". Misiek w smętnym natchnieniu tworzy grobowe w tonacji kompozycje na keabordzie, Lola szkicuje gotyckiego w stylu króliczka w koszulce z czaszką. Ja nurzam się w mglistych oparach prozy. "Marina" Carlosa Ruiza Zafona. Trupy, mgły i rozpadające się budynki. Taaaa, czuję, że to odpowiednia książka na ten wieczór.

16:59, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (1) »
środa, 06 stycznia 2010
Misiek, Lola i religia

-Nienawidzę wtorku- oznajmił wczoraj Misiek w samochodzie. Misiek ostatnio opanował do perfekcji sztukę lakonicznych wypowiedzi, pozostawiających spore pole do interpretacji.

Dlatego zdziwiłam się lekko.

- Dlaczego akurat wtorku? Wszyscy mówią, że nie znoszą poniedziałku?

- Poniedziałek jest fajny-

- Czemu?-

- Bo mam religię-

- Przecież nie chodzisz na religię-

- No właśnie-

Acha. No i wszystko wiemy.  Lola postanowiła kreatywnie włączyć się do dyskusji:

- Kto nie chodzi na religię, pójdzie do piekła-

- Nie ma piekła- poinformował ją Misiek, świeżo nawrócony ateista z tendencją do buddyzmu.

Zaangażowana katoliczka Lola nie mogła pozostawić tej obelgi bez odpowiedzi, i z energią godną słuchaczki radia Maryja zdzieliła go w głowę. Misiek, nadal sfrustrowany faktem, że jest wtorek, przywalił jej z piąchy. Lola jak prawdziwy rycerz krucjaty, postanowiła zostać męczennikiem za wiarę i na tylnym siedzeniu samochodu rozpętała się prawdziwa wojna krzyżowa.

Na szczęście mój ospały umysł, także zniechęcony faktem, że do weekendu jeszcze daleko, przesyłał mi mniej więcej połowę bodźców dźwiękowych, więc udało mi się w niemal nienaruszonym stanie nerwów wysadzić Miśka przed szkołą. Lola mściwie zawołała jeszcze za nim- i tak pójdziesz do piekła- i usatysfakcjonowana rozparła się na foteliku. Niech żyje edukacja religijna. Dzięki niej moje dni nabrały blasku.

poniedziałek, 04 stycznia 2010
i wszystko zaczyna się od nowa

Nareszcie- wróciłam na mój wygodny fotel na biurkiem! Wprawdzie podniesienie się o godzinie 6.50 znacząco nadwerężyło moje morale, ale hurra, udało się. Cisza. Spokój. Kojący szmer komputera. Kawa z prawdziwego ekspresu. Mmmmm... Co więcej, wreszcie mogę czytać, nie przerywając co pięć minut- bo mamo, kakao, mamo, zobacz, mamo, narysuj, mamo, pograj, kochanie, posiedź przy mnie. Rodzina to strasznie zachłanne stworzenia.

Bilans tych świątecznych dni zasadniczo pozytywny: tylko dwa rozcięte palce, jedno (małe) odmrożenie, cztery przypadki niestrawności, dwa zapalenia gardła, dwie pary zgubionych rękawiczek i tyleż szalików, kilkaset złotych zostawionych w knajpach, kinach i innych tego typu przybytkach, wpuszczenie jednego dziecka w szpony hazardu, drugiego w nałóg komputerowy- sami będziemy sobie winni, jeśli kiedyś przehandlują zabytkowy serwis, żeby grać na automatach.

Nałogowo graliśmy z Miśkiem w pokera, w scrabble i  w Jengę, Lola odkryła nową grę w eliksiry czarownicy na komputerze, zjedliśmy stanowczo za dużo ciasteczek i za długo spaliśmy. Strasznie męczący ten odpoczynek.

Na szczęście pewne rzeczy się nie zmieniają, jak na przykład lotność umysłu Loli. I jej skłonność do głośnych konwersacji podczas seansu w kinie.  Wprawdzie już nie wbija się pod fotel, zawodząc rozpaczliwie - Mamo, boję się, boję- na tak przerażających filmach, jak Królewna Śnieżka czy Epoka Lodowcowa. Ale ciągle lubuje się w zadawaniu pytań pełną piersią, nie bacząc na okolicznych słuchaczy, jak na przykład na seansie Mikołajka:

- Mamo, a kto to jest Sekwan?-

Widownia przed nami- wesoła młodzież, sypiąca naokoło popcornem- chlipała ze śmiechu, kiedy usiłowałam jej wytłumaczyć, że  Sekwana to taka rzeka. Ale w sumie co za różnica, no nie?

10:26, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 stycznia 2010
mroczna strona mężczyzny

Czy pamiętacie Nicholsona w Lśnieniu? Ten demoniczny uśmiech, spojrzenie szaleńca pod maska normalnego faceta? O tak, ja pamiętam, co więcej, nie mogę o tym  zapomnieć, mając żywą ilustrację we własnym domu.

Mój Mąż jest raczej standardowym dla gatunku i płci osobnikiem- typowe zachowania terytorialne, instynkt łowcy i ochrony gniazda, klasyczny dla samców odruch uniku na widok zlewozmywaka i pieluchy. Jednym słowem- bezproblemowy w prowadzeniu  mężczyzna rasy białej, narodowości polskiej, wszędzie polecany jako nieskomplikowany i łatwy w ułożeniu. I zasadniczo się nie skarżę- mój mąż to przyzwoity, solidny, troskliwy gość o miękkim sercu i szeroko otwartej kieszeni. A jednak... posiada też ciemną stronę, schizoidalnego Mr Hyde'a, potwora, który ujawnia się w dwóch przypadkach:                       

1. zaburzony bilans energetyczny, czyli przekładając na nasze- za długa przerwa między posiłkami, co skutkuje raczej prostą agresją werbalną (-rusz sie baranie, jak jedziesz, kto tym kretynom dał prawo jazdy i w ogóle zejdźcie mi z oczu-) i jest wadą błyskawicznie znikającą po  przyjęciu pokarmu.

2. dramatyczne i rzadko występujące zjawisko pod tytułem " nie-ma-mnie-w-domu-a-zaczynaja-się-skoki". Pod hasło skoki można podłożyc inne sezonowe zjawisko sportowe, których cykliczności nigdy nie zdołałam zgłębić- piłka nożna, wyścigi, czy też inna siatkówka. Okazuje się, że mój mąż Wieczny Tułacz niemal zawsze znajduje w sobie nadludzkim wysiłkiem czas, żeby w porze meczu Polska- coś tam znaleźć się przed telewizorem. A jeśli to niemożliwe...

Ostatnio byliśmy wspólnie i gromadnie na Mikołajku. Dzieci były zachwycone zarówno filmem, jak i nietypowym faktem pójścia do kina jednocześnie z obydwojgiem rodziców. Euforyczny nastrój trwał do momentu, kiedy Mąż spojrzał na zegarek...i odkrył, że Małysz będzie musiał poradzić sobie na skoczni bez jego wsparcia moralnego przynajmniej przez pół godziny. Uuuuu, kochani, nie będę opowiadać, co było dalej, ale gdyby tylko mógł to zobaczyć Nicholson, z pewnością rzuciłby się z podkulonym ogonem do polerowania butów mojego  ślubnego. Ja też miałam ochotę się rzucić, żeby mu na przykład przegryźć tętnicę, ale ze względu na dobro małoletnich powstrzymałam się.

Natychmiast po ustąpieniu bodźca negatywnego (czytaj- brak dostępu Męża do odbiornika) mój domowy osobnik zaczął znowu wykazywać się łagodnością, ciepłem i zrozumieniem dla świata i rodziny. No dobra, nie chcę być tendencyjna, ale czy tylko mi się wydaje, że kobiety sa ciut bardziej skomplikowane?: