Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
nareszcie poniedziałek

Wiem, pogięło mnie. Ale czasami weekendy w wydaniu naszej rodziny bywają wyczerpujące. W sobotę zawiozłam Miśka na turniej piłkarski i pojechałam z Lolą do alergologa. Po minucie od nałożenia alergenów na rękę podniosła rozpaczliwy krzyk- łapka spuchnięta jak baniak. Młoda jest uczulona w stopniu skandalicznym na wszystko, co ma sierść i pióra, oraz na przeróżne pyłki i pleśnie. Spirometria poniżej wszelkich norm, astma jest faktem potwierdzonym naukowo. Super.  Wróciłam zmachana do domu, który przypominał obrazki z CNN- przejście tornada nad Oklahomą. Rzuciłam się nerwowo do gotowania obiadu, bo Lola na stres reaguje zwiększonym apetytem. Kiedy miotałam się między kuchnią a uprzatnięciem przynajmniej części domu, wrócił Mąż z Miśkiem. Rozejrzał się i powiedział radośnie- to co, może pojedziemy gdzieś na obiad? (który do tego czasu już wesoło pyrkotał na kuchence, by the way). W odpowiedzi poczęstowałam go stekiem obelg i nakazałam zmienić pościel. Obraził się.  Ale nie na długo, bo musieliśmy uruchomić wszelkie rodzicielskie siły pocieszania, kiedy Misiek dowiedział się, że Świnki Muszą Odejść. No i skąd ta rozpacz, pytam ja się. Gdyby nie ja, biedne gryzonie dawno by ziemię gryzły, jako że byłam jedyną karmicielką, sprzątaczką, pielęgniarzem i opiekunką. Samej mi się serce kraje, bo nikt tak radośnie mnie nie wita po powrocie do domu jak one, a tu jeszcze musiałam pocieszac Miśka, który wpadł w rozpacz totalną i oczywiście obwinił za wszystko siostrę.

W niedzielę Mąż zawiózł Miśka na turniej, tym razem szachowy (zaznaczam, że na usilną prośbę zainteresowanego, żeby nie było, że męczymy dzieciaka). Następnie dzwonił do mnie co jakiś czas, informując o tym, że Misiek wygrał lub przegrał, przeżywając to tak, że w końcu wyszedł, żeby mu serce nie siadło. Mnie w tym czasie dla odmiany siadał kręgosłup, bo tłukłam się po supermarkecie, usiłując nabyć przeróżne dobra konsumpcyjne. I tak czułam się szczęśliwa, bo udało mi się przehandlować młodą babci w zamian za listę zakupów do zrealizowania (chociaż mama w pierwszej chwili nieco się wystraszyła, kiedy zadzwoniłam do niej i zdesperowanym tonem rzuciłam- potargujmy się- dziecko za mięso!-)

A popołudnie to już norma- nieco chaotyczne wspólne spędzanie czasu, które zazwyczaj polaga na wzajemnym przekrzykiwaniu się, ciągłych kompromisach,  czego słuchamy, na kim mam skupić aktualnie uwagę itp.  Mąż przy komputerze usiłował po raz kolejny wybrać zdjęcia z naszych wakacji, Misiek włączył Michaela Jacksona i trenował moonwalk, Lola leżała na podłodze, kiwając nogą i perorowała:

- Mamo, chcę mieć cały pokój petshopowy: i petshopową pościel, i plakaty, i petshopowe ściany-     

Misiek, płynnie wijąc się po podłodze, krzyczał triumfalnie

- Mamo, zobacz, udało mi się!-

Lola warczała wkurzona- Cicho, głupku, ja mówię do mamy!-

a następnie wracając do tonu gawędziarskiego, kontynuowała:

-Wracając do petshopów, kochana mamusiu, to jeszcze bym chciała.......-

Mąż co chwilę wzywał mnie, żebym oceniła subtelne udoskonalenia zdjęć, jakie poczynił przy pomocy specjalnego programu, i powiedziała mu, które lepsze. A ja pytałam rozpaczliwie, czy to jakas nowa gra pt "Znajdź siedem różnic". Ach, no i czytałam, raczej hipotetycznie, ale jednak- "Biała Wiedźmę" Adama Zalewskiego, która za pierwszym razem mnie zachwyciła, i chciałam sprawdzić, czy wrażenie się utrzyma. Niestety, to jedna z tych książek, które definitywnie tracą na urodzie przy kolejnym czytaniu. Szkoda.

Wieczorem złapałam się na tym, że z pewną ulgą myślę o poniedziałku, kiedy przez osiem godzin będę przebywać w cichym i uporządkowanym środowisku, wśród ludzi, z którymi niezobowiązująco rozmawiam, ale nie muszę zaspokajac ich rozlicznych potrzeb fizjologicznych i emocjonalnych, a skala problemów nie przerasta moich możliwości psychicznych. Oczywiście do czasu. Do czasu, kiedy siadłam przy biurku i zagłębiłam się w Bardzo Ważny Scenariusz, gdzie zahipnotyzowały mnie swoją głębią zdania w stylu: "Autobus na wstecznym cofał sie do tyłu". To ja już chyba wolę moją rodzinę....

12:57, teraz_asia , rodzinnie
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 grudnia 2009
Lola odnalazła powołanie

Do tej przyszośc moich dzieci była jasna i przewidywalna. Misiek miał konkretny plan- miał zamiar zostać pierwszoligowym piłkarzem, a następnie paleontologiem. Teraz zaczyna się tylko zastanawiać, czy kariera szachowa zmieści się w jego napiętym grafiku. Lola chce zostac weterynarzem i modelką (równocześnie), a a wolnych chwilach planuje karierę gwiazdy rocka. Jasne i oczywiste, prawda?

Jednak w obliczu ostatnich zajęć Loli zaczynam mieć wątpliwości. Moja córka zdradza mianowicie talent do komponowania piosenek i związku z tym ja sama zaczynam planowac jakieś nieduże Jakson Five, albo chociaż Jakson Two... Zwłaszcza, że ostatnio przyłapałam ich na wspólnej pracy twórczej- Lola śpiewała ułożoną przez siebie piosenke przy akompaniamencie klawiszowym Brata. Piosenka była chwytliwa, melodyjna i zaspiewana całkiem poprawnie. A ja zachwyciłam się tekstem do tego stopnia, że poprosiłam ją o podyktowanie- uczciwie i szczerze mówię, że nie zmieniłam nawet jednego słowa- a przypominam, że autorka ma 6 lat.

Chciałabym wyruszyć w świat

Czasem tego jest wart

I chce wyruszyć do niego już dziś

Pakuję się i już w samolocie mknę

Najpierw w góry potem w chmury

A następnie na Mazury

Dalej wybierzemy się do Francji

I nie zapomnimy elegancji

Potem wyruszymy tam gdzie nie dotrze żaden ptak

W chmury

Później polecimy nimi aż do Gdyni

A z Gdyni obłoczkami polecimy do chmurowej ścieżki

A ta ścieżką dolecimy do pałacu chmurowego, w którym mieszka słońce

I spytamy słońca się

Jak dotrzeć do Czech

A później jak obłoczki dwa polecimy do Czech i spytamy się

Czy droga do Polski już gotowa

Tak, droga do Polski już gotowa!

Koniec przygody tej

Taka przygoda to jest dla zdrowia

Taka przygoda to dla zdrowia!

Taka przygoda…

Fajne, no nie?     

środa, 09 grudnia 2009
O czytaniu kompulsywnym i innych nałogach

Jestem słabym człowiekiem, posiadam nałogi. A właściwie to one posiadają mnie. Uczciwie przyznam się do najgorszych: obgryzam skórki od paznokci, nałogowo gram w pasjansa na komórce i czytam. Gwoli wyjaśnienia- dwa pierwsze sa współ- albo kontr- nałogami, zależy jak na to spojrzeć. To znaczy, żeby przestać obgryzać skórki, zaczęłam grać w pasjansa. I teraz to idzie falą- albo mam piękne dłonie i skurcz kciuka od stukania, albo wręcz przeciwnie.

Najgorsze jest jednak czytanie. To nie jest Takie Czytanie- w pozie relaksacyjnej, napawające sie każdym intelektualnie głębokim zdaniem. To czytanie kompulsywne, nerwowe, w każdych warunkach, z całą gamą objawów odstawienia w przypadku braku drukowanego tekstu pod ręką. Niedawno to zrozumiałam, kiedy utknęłam w autobusie na godzinę, nie zapewniwszy sobie lekkomyślnie niczego do czytania.  Po przeczytaniu smsów w komórce, łącznie z ofertami od operatora sieci, po przestudiowaniu regulaminu przejazdów i parametrów pojazdu na tabliczce, wieszałam się głodnym wzrokiem na fragmentach reklam świetlnych widocznych przez zaparowana szybę. Żałosne.

W tymże autobusie zrozumiałam, że jestem jak kiper w wytwórni wódki,  który po powrocie z pracy łapie za kieliszek. W końcu przez 8 godzin dziennie czytam zawodowo, w gigantycznych ilościach przeróżne teksty. Po czym w domu, podgrzewając zupę, trzymam już w ręku książkę. O dziwo, często czytaną już wielokrotnie wcześniej. Bo jak mawiał klasyk, lubimy to, co znamy.

Postanowiłam jednak walczyć z nałogiem. Będę sobie dawkować- albo jak przy odstawianiu palenia, przedłużać odstępy między książkami. No bo co ja w końcu z tego mam? Poza zmęczonym wzrokiem i wiedzą na przeróżne tematy, zazwyczaj całkowicie mi zbędne (pamiętam jeszcze wakacje, gdy odcięta od świata na zapadłej wsi, z rozpaczy studiowałam poradnik chowu bydła) Ale to od jutra, albo..od poniedziałku.

wtorek, 08 grudnia 2009
Zapasowy narzeczony

Moja córka jest zakochana- po uszy i czubek nosa.  Oddała serce Jankowi- uroczemu, rozczochranemu  blondasowi, z którym chodziła do przedszkola. Teraz Janek, w nowym, poważniejszym wcieleniu, jest z Lolą w zerówce, co jest przyczyną jej codziennych wzruszeń, których muszę, niestety wysłuchiwać.

- Widziałam dziś Janka na stołówce- mówi z rozmarzeniem Lola

- Taak? I co robił?- staram się wykrzesać zainteresowanie, a nawet entuzjazm

- Pięknie wyglądał- wzdycha a gwiazdami w oczach- i tak się uśmiechał…

- Do ciebie się tak uśmiechał?-

- Nie, do kolegi, ale tak ładnie się uśmiechał-

No tak, i jeszcze pięknie kopie stół- myślę z przekąsem.

-Kiedy dorosnę, to się z Jankiem ożenię- planuje zapobiegliwie Lola.

- O, a powiedziałaś mu już o tym?

- Nie, ale rozmawiałam już z  Zosią ( Zosia to siostra Janka),

i Zosia się zgodziła, i powiedziała, że to fajnie, chociaż Janek  jej dokucza-

No dobrze, czyli rodzina już przekabacona- problem Romea i Julii nam odpada.

Niestety może wyniknąć inny problem, bo Lola ciągnęła temat dalej:

- Tak sobie wymyśliłam, że ożenię się z Jankiem, a potem z Frankiem, i jeszcze mam na zapas Kacpra. Bo tak sobie wymyśliłam, że będę miała dwóch zapasowych narzeczonych, jakby mi się kiedyś Janek znudził. Fajnie, no nie? A ty, mamusiu, to masz zapasowych narzeczonych?-

- Niestety, jakoś nie pomyślałam o tym- przyznałam z żalem- ale kiedyś miałam narzeczonych. Tylko wiesz, jak spotkałam twojego tatę, to stwierdziłam, że tamci nie są tacy fajni, i ich zostawiłam.

- No tak, ale jak ci się tata znudzi?- zafrasowała się moja córka- to nie wiem, czy znajdziesz kogoś na zapas tak od razu-

No i teraz rodzą się pytania:

  1. czy Janek wie o planach mojej córki?
  2. czy Franek wie o Janku, a Kacper o Franku?
  3. i co oni na to?
  4. i gdzie do cholery szybko mogę znaleźć zapasowego narzeczonego?

 

poniedziałek, 07 grudnia 2009
Poszła Lola do doktora

Lola jest hipohondryczką- to fakt bezdyskusyjny. Już w wieku 3 lat namiętnie studiowała atlas anatomii, domagajac sie czytania opisów działania różnych śrubek w człowieku. Co pozwalało jej na przykład stawiać błyskawiczne diagnozy- Mamo, ja sobie złamałam w tym kolanie kręgosłup!- W dojrzałym wieku lat sześciu jej ukochaną lekturą na dobranoc nie jest bajka o Kopciuszku, a ksiażka "Ciało", w przystępny i głównie obrazkowy sposób opisująca wszystkie możliwe mechanizmy i schorzenia rożnych układów w ciele. Przysięgam, że jeszcze raz wrócimy do schorzeń układu moczowego i "Ciało" sięgnie bruku, a przynajmniej wyleci z hukiem przez okno!

W związku z upodobaniami młodej niespecjalnie się przejęłam, kiedy zaczęła się słaniać wieczorem, teatralnie przyciskając ręce do piersi i zawodząc- serce mnie boli, nie mogę oddychać- Ale kiedy położyłam ją wieczorem do łóżka, zaczęło się: świst, wdech, świst, wdech.. I kaszelek, i świst..Lotny mąż znowu był w wojażach, a ja siedziałam przy łóżku Loli i powoli narastała we mnie panika, że coś mocno niefajnego się dzieje. Wytrzymałyśmy do rana i pognałam z nią do lekarza. Gdzie uprzejma pani poinformowała mnie, że moja córka ma dramatycznie obkurczone oskrzela i sądząc po jej alergicznym wywiadzie własnie przechodzi pierwszy atak astmy oskrzelowej. Dostała wziewne sterydy, odpuściło jej niemal natychmiast i teraz fruwa znowu jak motylek, hipotetycznie zdrowa i szczęśliwa. A przede wszystkim niesłychanie z siebie dumna, że jej obsesja zdrowotna wreszcie doczekała się spełnienia.

Przetrzymałam ją kilka dni w domu "na wszelki wypadek", ale nosiło ją strasznie, żeby wreszcie móc się pochwalić przyjaciółkom, jak obłożnie jest chora. W końcu puściłam ją do zerówki- natychmiast pobiegła przytulić się wiernopoddańczo do nogi ukochanej pani Wiesi, a potem zaczęła coś szeptać z koleżankami. Nagle zawróciła, przybiegła do mnie i zapytała- to jak się nazywa ta moja choroba?- Powiedziałam. Lola pognała do przyjaciółek, pełna piersią, tryumfalnie wykrzykując- Już wiem, mam astmę osTrzelową!-

No i teraz Lola bryluje w towarzystwie z astmą osTrzelową, a ja mam dręczący problem: Jak jej powiedzieć, że to jej ukochane świnki  morskie prawdopodobnie są tego przyczyną? Będzie dramat stulecia. No nic, poczekam na wizytę u alergologa i testy.

piątek, 04 grudnia 2009
Piątek- zły początek?

Lubię piątek, ba, kocham go- to taki moment, kiedy wydaje mi się, że mam przed sobą całe dwa dni dla rodziny. Później zazwyczaj te dni rozdrabniają sie na setki drobnych czynności, pozostawiając mnie w niedzielny wieczór z poczuciem zdziwienia- to już? Znowu?

Ale na razie najbliższe 48 godzin jawi mi się jako nieograniczona przestrzeń czasu, w którą tym razem na pewno uda mi się wcisnąć Scrabble z Miśkiem, pierniczki z Lolą, spacer, a co tam, może nawet jakąś niesłychanie edukacyjną i integrującą zabawę rodzinną ( hmm, jeszcze jej nie wymyśliłam, ale spoko- mam przed sobą godzinę w warszawskich korkach).

Dla porządku- integrować się będą: refleksyjny intelektualista, lat 11 i pół, czyli Misiek, nieco hipohondryczna artystka Julia, zwana Lolą, lat 6, ja- czyli ja (od pewnego czasu nawet u lekarza podaję datę urodzenia półgębkiem), i, jeśli szczęście dopisze, Mąż, który nie jest, a powinien być nazywany Yeti- wszyscy o nim słyszeli, niewielu widziało... 

 

16:42, teraz_asia
Link Dodaj komentarz »
1 ... 46 , 47 , 48