Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
czwartek, 11 lutego 2016
o smutku w wydaniu banalnym

No dobra. Opowiem wam, jak odkryłam, że jestem smutna.

Przez kilka tygodni, ba, miesięcy, wcale o tym nie wiedziałam. To znaczy, były pewne symptomy. Na przykład siadałam po śniadaniu na kanapie, i nagle odkrywałam, że zniknęły mi trzy godziny. Dni rozpływały mi się jak rzadki kisiel. Co dzień pod wieczór nie wiedziałam, co robiłam wcześniej. Budziłam się w nocy po kilkanaście razy, więc cały dzień chodziłam jak zombie. Podejmowanie prostych decyzji stało się zadaniem ponad moje siły. Wykonanie telefonu, załatwienie sprawy, umówienie się z koleżanką zajmowało mi kilka - kilkanaście dni. Przestałam myśleć, jak wyglądam. To znaczy owszem, wcześniej też chodziłam w dresach, ale to był mój świadomy wybór, a nie całkowita niemożność założenia czegokolwiek innego.

Ale że byłam mimo wszystko dość zaabsorbowana - operacja, leczenie, święta - listopad i grudzień uznałam po prostu za trudne miesiące. W styczniu całą rodzina widziała już, że jest niedobrze. Małoletni schodzili mi z drogi, mąż uznał, że mam kryzys wieku średniego, mama biadoliła, że źle wyglądam.

I nagle mnie olśniło. Rozejrzałam się po moim mocno zapuszczonym  domu. Na półkach i parapetach standardowo leżały porozsiewane książki. Tylko że uświadomiłam sobie, że od dwóch miesięcy nie przeczytałam w całości żadnej z nich. Siadłam do laptopa i hurtem zrobiłam cztery internetowe testy na depresję. Każdy diagnozował mi depresję umiarkowaną do poważnej i zalecał szybką wizytę lekarską. Mimo że, zaznaczmy z cała mocą, ani razu nie zaznaczyłam punktów o niechęci do życia i planach samobójczych.

Teraz tylko pozostawał dylemat. Nie byłam gotowa na jakikolwiek krok, żeby to zmienić.  Nie chciałam żadnych psychoterapii, nie chciałam brać żadnych leków, w ogóle nie chciałam nic robić. Ale tak bardzo było mi już niewygodnie z samą sobą, że postanowiłam zacząć metodą małych kroczków.

No i zaczęłam. Kroczek po kroczku. Dosłownie. Wiecie, co pomaga na depresję? Wysiłek fizyczny. Ruch na świeżym powietrzu. Zmiana drobnych nawyków, żeby przestawić się na inne tory. Świadome starania, żeby przełamać to zatapianie się w niemocy.

Chodzę z kijkami, intensywnie. Ogarniam dom. Porzuciłam, z ogromnym wysiłkiem, dwa bardzo złe nawyki, jakie miałam. Staram się śmiać, staram się żyć. I jest tak sobie póki co, średnio dwa dni OK, dwa do kitu. Ale pomaga mi świadomość, że już rozumiem ten mechanizm. Nie wiem, czy to wystarczy, czy jednak poszukam sobie bardziej fachowej pomocy, zobaczymy, jak sobie poradzę.

Wybaczcie, że ten blog wygląda teraz tak kijowo,  ale poprawię się. No dobra, postaram się poprawić. Choćby w celach terapeutycznych. O, może to jest myśl - terapia pisaniem?

09:51, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016
drobne rozśmieszajki

Ostatnio niewiele rzeczy mnie bawi. Taka faza, co zrobić. Fakt, że szczerze rozśmieszyła mnie reklama: Dzieci już od pięciuset złotych.

To zdaje się, jakieś biuro podróży, ale brzmi jak handel małoletnimi niewolnikami, przyznajcie.

Informacja, jaką uzyskałam ostatnio od mojego syna, także sprawiła, że złożyłam się wpół ze śmiechu.

- Gdzie jedziesz? -

- Do koleżanki, będę jej dawał korepetycje -

- Z czego?! -

- Z matematyki -

Kiedy już byłam w stanie coś wykrztusić, Misiek wyjaśnił z godnością: - No co, ona nie wie, jakie mam stopnie z matmy -

No tak, to wiele tłumaczy...

Ale w największe rozbawienie wprawiła mnie konwersacja, jaką odbyłam dwa dni temu.

Miałam odebrać nagrane płyty z obozu Loli od jednego z prowadzących. Widziałam człowieka raz w życiu, co przy moim upośledzeniu w rozpoznawaniu twarzy oznaczało, że nie mam pojęcia, jak gość wygląda. Pamiętałam tylko, że jest dość nietypowy wizualnie.

Umówiliśmy się w miejscu, gdzie na nieszczęście kręciło się sporo osób. Wyłowiłam wzrokiem najbardziej zakręconego i podeszłam niepewnie:

- Czy pan..?

- A, to pani?!

- To ja. To znaczy to pan?!

- No, to ja. Co to ja miałem? A! Chwileczkę, ja zaraz...

Wypruł przed siebie z włosem rozwianym, zostawiając mnie nieco osłupiałą. Wrócił z płytami.

- Proszę. A czy pani...?

- Tak, już... Ale mam tylko...- machnęłam stówą.

- Eee, chwileczkę, ja zaraz.

Wypruł. Z włosem rozwianym. Wrócił z garścią banknotów.

- Już, już...

- Proszsz...

- Dzięki. To ja już...

- No, ja też...Do widzenia.

Facet rzeczywiście był zakręcony. Ja też. W sumie, gdybym przypadkiem była na podsłuchu jakichś służb, za cholerę nie połapaliby się, co ja właściwie robiłam...

Poza tym ciemności kryją ziemię. Ale walczę. Kupiłam sobie kijki i nawet poszłam na kurs nordic walking. Codziennie staram się znaleźć coś, co by mnie rozśmieszyło. Piszę po pół strony gotyckiej powieści. Usiłuje obejrzeć każdego dnia coś, co nie będzie mroczne (czyli nie tylko  "Z archiwum X", "Z życia patologa sądowego", "Zło w moim domu" i tym podobne atrakcje, na widok których Misiek się krzywi, a Lola wzdryga). Wczoraj obejrzałam "Króla lwa 2" z Lolą. Cóż za optymistyczny utwór, aż kapie radością życia, powiadam wam. Może zacznę oglądać śmieszne filmiki o kotkach na fejsbuku? Jak sądzicie, pomoże?

 

 

 

10:57, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
czwartek, 07 stycznia 2016
Przypominajka

To ja, Asia. Pamiętacie mnie? Mam czterdzieści cztery lata, dwoje małoletnich na stanie, niewielkie odrosty i kolekcję trampek. Nie mam za to talii, stylu, pracy ani samodyscypliny.

Nowy rok przywitałam w dziurawych dżinsach. Upiłam się szampanem, którego nie cierpię. Przytyłam półtora kilo. Nie zrobiłam ani jednego postanowienia. Nie zacerowałam tych  dżinsów. Ale je piorę. To już, przyznajcie, duży postęp. Nieco zdziczałam, ale czytam gazety i czasem wchodzę na Facebooka. Myślę, żeby zadzwonić do koleżanki i umówić się na kawę. Trochę już to trwa, to myślenie, ale kiedyś dojrzeję. Myślę też, żeby wreszcie dorosnąć i zmądrzeć, ale na to daje sobie jeszcze trochę czasu - do pięćdziesiątki powiedzmy.

Siedzimy sobie same z Lolą. Misiek w górach na nartach z całą klasą. Nie jeżdżą, bo nie ma śniegu, ale ponoć świetnie się bawi, bo rąbią godzinami w pokera. Mam nadzieję, że nie przegra ostatnich gaci.

Mąż gra w golfa gdzieś hen daleko, gdzie nie ma śniegu i można ganiać w szortach. Zdaje się, że też dobrze się bawi - oglądam zdjęcia na Facebooku.

Coś mi ostatnio nie pasuje. Jak źle zacerowana skarpetka w przyciasnym bucie. Jak książka pani Michalak. No wiecie - niby OK, idzie do przodu, ale w środku uwiera. Jakby mi się żarówka przepaliła.

Ale co tam, alleluja i do przodu! Jak wystarczająco długo będę ignorować uwieranie, to się przystosuję, prawda?

PS Menopauza? Depresja? Przesilenie zimowe?

 

 

 

13:18, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
czwartek, 10 grudnia 2015
mąż się wykazał

O matusiu, jak mnie wątroba nawala. Chwaliłam się już, że robię najlepsze chili con carne po tej stronie Atlantyku? Misiek je kocha i ja je kocham, tylko moja wątroba nie podziela tego entuzjazmu...Następny raz gdzieś po Wielkanocy, może się zregeneruję.

Musieliśmy kupić nowy telewizor. Nasz staruszek, pominąwszy już upośledzenie gabarytowe, zaczął ostatnio zachowywać się jak mój licealny kolega po skrętach - ooooo, widzę dźwięki, ooo, słyszę kolory, ooo, jaka tęcza wesoło trzepocze, i takie tam figle.

Tak, wiem, miałam za tę kasę kupić zmywarkę. Ale z moją zmywarką osiągnęłyśmy pewne porozumienie: ja myję naczynia w zlewie przed załadowaniem, a zmywarka stara się ich za bardzo nie pobrudzić. Z telewizorem za cholerę nie szło się dogadać, a przecież nie mogę pozbawić się codziennego seansu Archiwum X na Foxie. To ostatnio najbardziej ekscytujący moment mojego dnia, co jest wystarczająco żałosne, żebym nie ciągnęła tego tematu...

Po dostarczeniu nowego TV okazało się, że uchwyt na ścianie jest za mały, żeby powiesić telewizor. Szafka pod jest za krótka, żeby tenże telewizor postawić. Generalnie odkryliśmy, że jesteśmy całkowicie niekompatybilni z nową, wielkogabarytową technologią.

Co więc zrobiła  Asia? Tradycyjnie - zaczęła internetowy research w temacie uchwytów i szafek, żeby wybrać najlepszą opcję. Co zrobił mąż? Tradycyjnie - zaczął kombinować, jakby tu sobie utrudnić życie.

Stwierdził mianowicie, że SAM przerobi stary uchwyt, żeby pasował. Sugerował, że taki jest gospodarny i oszczędny, ale przecież wiadomo, o co mu chodziło. Nowy uchwyt należałoby powiesić, w innym miejscu niż stary,  który znowu trzeba by zdemontować. No istna trauma. Mąż zafiksowany na uniknięciu wiercenia wykonał następujące czynności:

 Pojechał do Leruamerlę w celu nabycia części. Przymierzył. Uznał, że nie pasuje. Pojechał do Leruamerlę po raz drugi. Nabył kątowniki i mnóstwo śrubek. Mierzył. Liczył. Piłował. Skręcał ze sobą kątowniki, żeby uzyskać przekrój "s". Wkręcił milion śrubek. Mierzył again. Łączył ze starym uchwytem. Odkrył, że ciut nie styka. Nawiercał ciut nie stykające łączenia IN SITU, czyli bezpośrednio na upiornie kosztownym, wielkim nowym telewizorze. Wiertarką elektryczną! (zasłabłam i wyszłam z pokoju). Znowu mierzył. I wkręcał śrubki. Wieszał przy asyście Miśka, bo ja emocjonalnie nie wytrzymałam.

Udało mu się. Serio. Z zasobem manualnych zdolności męża i jego innowacyjności technicznej to osiągnięcie na miarę lądowania na księżycu. Wciąż nie mogę uwierzyć, że wstręt do zniszczenia ściany doprowadził go do takiego przebłysku geniuszu.

 

A tak w ogóle - kupiliście już prezenty? Bo ja mam prawie, prawie wszystkie. Ha! Chyba pierwszy raz w życiu tak się spięłam!

18:04, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 grudnia 2015
ten jeden wyjątek

My byliśmy liczniejsi. Ładniejsi i młodsi. Oni mieli lepsze głośniki i za plecami budynek, w którym i tak wszystko dzieje się po ich myśli. Na ich miejscu naprawdę nie fatygowałabym się, bo i po co? Tylko image sobie popsuli.

Trochę było zabawnie - zostałam nazwana czerwoną hołotą i pachołkiem Rosji (albo żydokomuny, jakoś nie mogli się zdecydować), i szczerze mnie to rozbawiło. Zwłaszcza, że plac przed sejmem był pełen młodych ludzi, którzy komunizm znają raczej z podręczników. Ale jednak trochę smutno i straszno.

Bo ja jestem zupełnie przeciętnym obywatelem. Wydaje mi się, że jak jestem uczciwa, płacę podatki, segreguję śmieci, wieszam flagę w święta narodowe i przestrzegam przepisów, to wszystko będzie OK. Polityka jest czymś surrealistycznym, czymś, o czym gadają w wiadomościach, a co nie wpływa zbyt mocno na moje codzienne życie. Jeśli będę robić swoje, po cichu tylko zżymając się na drobne i większe kompromitacje, nieudolności i utrudnienia, to zasadniczo mogę ignorować pierwsze strony gazet.

Wygląda na to, że moja teoria, do tej pory nieco kulejąca, ale jednak jakoś działająca w życiu praktycznym, upadła.

Kiedy zakładałam bloga sześć lat temu, obiecałam sobie, że nie będę pisać o seksie i polityce, będące dla mnie równoważnie prywatną i osobistą sprawą. No. Więc to jest jeden jedyny wyjątek. Więcej nie będę. Słowo.

PS Ale serio?? Pachołek Rosji? No ludzie......

11:43, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 listopada 2015
wyje mi

Pan mi wyje. No jak tu się skupić, jak bez przerwy coś mi wyje.

Od niedzieli wiatr. Nie tylko w kominie, niestety. Wyje jak wściekły w każdym możliwym zakątku. Więc syreny też wyją. Bo wiatr. I drzewko spadło. Daszek się zerwał. Gałąź się gibie. A nasza lokalna straż ma nową siedzibę z nową syreną. Strasznie lubią sobie powyć chłopaki.

Psy też wyją. Bo wiatr i się boją te nieszczęsne jorkopodobne mikromopy, puszczone luzem przez cały dzień w sąsiednim ogródku. Chyba im neospazminę zapodam, bo oszaleją, a ja z nimi.

Teraz pan mi wyje, bo pierze kanapę. Uznałam, że już czas usunąć warstwę kłaków, wylanych herbatek, posiłków małoletnich i piasku z kocich łap. Pan wyje tak już od godziny, kanapa mokra, a przede mną bolesna perspektywa wieczoru BEZ kanapy. Chyba się pochlastam.

A, koty też wyją, bo dostają świra odwiatrowego. Non stop kolor mam zdublowane żądania - wejść- wyjść-wejść-jeść-wyjść- nie, jednak ratunku, bo wiatr mierzwi futerko -wejść-jeść. Chyba zima będzie ciężka, bo żrą jak opętane, nawet arystokratycznie szczupła Inka. Dzisiaj rano wyszłam z domu na godzinę, a gdy wróciłam, Inka starannie wylizywała łapki, siedząc na kuchennym blacie. A przed nią, rzecz jasna, ostatnie cztery kawałki ciasta marchewkowego z polewą twarożkową. A nie, wróć, BEZ polewy twarożkowej. Nawet nie wyglądała na skruszoną. Przez chwilę rozważałam, czy nie zjeść pozostałego ciasta, no ale w sumie ja też uważam, że polewa jest najlepsza. Świnia, nie kot, mogła choć jeden kawałek zostawić.

Małoletni wyją (choć przyznaję, że cichutko), że nie chcą do szkoły. Listopad to jednak strasznie długi miesiąc i nawet Dzień Niepodległości nie ratuje sytuacji.

A ja wyję co kwadrans, posługując się prawą ręką - w sumie, jakby nie patrzeć, dość często niezbędną do wielu czynności. Nie wiem, co za idiota wymyślił określenie "łokieć tenisisty". Ostatni raz grałam w tenisa jakieś dwadzieścia lat temu, więc to raczej nie długofalowe skutki uprawiania sportu. A boli, czasem tylko troszkę, czasem jak cholera. W sumie do bólu w zasadzie można się przyzwyczaić. Ale najbardziej upierdliwy jest połowiczny zanik władzy w tejże ręce, co skutkuje dziwnymi okrzykami przy próbie utrzymania kubka z herbatą, posykiwaniem przy grabieniu ogrodu i jękami przy zagniataniu kopytek. O pisaniu na laptopie nie wspominając. Waham się czy iść do ortopedy, odkąd przeczytałam, że to schorzenie jest jak katar, leczone, czy nie, samo przechodzi - tyle, że po paru miesiącach. No to właśnie, ten tego...jakby długo trochę. Może mnie szlag z irytacji trafić w międzyczasie. A tam, pójdę, będę miała poczucie, że się leczę przynajmniej, no nie?

12:07, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
piątek, 30 października 2015
Foka i pustka w ramionach

W zeszłym tygodniu odkryłam nową, nieco krępująca prawdę o sobie.

Po kilku przekaszlanych przeze mnie nocach mąż zaczął rankami rozważać, czy morderstwo w takiej sytuacji naprawdę jest karalne, czy też byłaby to raczej obrona konieczna. Uznałam, że czas zejść mu z oczu. Wyniosłam się więc z moją poduszką, kocykiem, wodą, tabletkami na kaszel i pudełkiem chusteczek do sąsiedniego pokoju, gdzie mogłam sobie pokaszliwać bez obawy o własne życie i rujnowanie psychiki męża. Leżałam więc sobie i kaszlałam i czułam dojmujący brak. Pustkę taką, wiecie, w ramionach.

Tych, którzy pomyśleli teraz o tym, że tęskniłam za szerokim męskim ramieniem, na którym można się wesprzeć, proszę o powrót do najwyraźniej przerwanej na chwilę lektury Harlequina.

No dobra, nie da się tego dłużej odkładać, prawda? Okropnie brakowało mi mojej pluszowej foki, którą dostałam kilka lat temu od Loli. Foka jest kremowa, mięciutka i bardzo przytulna, nie chrapie, nie zabiera mi kołdry i nie narzeka, że kaszlę. Nikomu do tej pory się nie przyznałam do mojego foczego uzależnienia. Więc- myślałam leżąc bezsennie - jeśli pójdę teraz do sypialni po fokę, mąż mnie zabije, jeśli nie gołymi rękami, to śmiechem. Bo mąż myśli, że ja tę fokę trzymam z grzeczności, bo to prezent od córki. Ostatecznie ludzie w moim wieku  nie sypiają z pluszakami.

A może? Może jednak jest na świecie choć jedna dorosła jednostka (poza pogromczynią wampirów, Anitą Blake, sypiająca z pluszowym pingwinem), która trzyma w łóżku pluszaczka? Anybody? Nikt? Serio? No coż, tak myślałam....

Przemęczyłam się przez całą noc bez foki, kaszląc i smarkając w samotności. Ale rano cichcem przemyciłam ją do mojego tymczasowego posłania i znowu poczułam się bezpiecznie. Chyba mam jakieś deficyty z dzieciństwa. Ale wstyd....

09:24, teraz_asia
Link Komentarze (16) »
piątek, 23 października 2015
pięknie będzie!

Chora jestem od początku tygodnia okrutnie. Zipię, świszczę, smarkam i rzężę. Po obejrzeniu poniedziałkowej debaty uznałam więc,  że najwyraźniej gorączka zaburzyła mi ogląd rzeczywistości. Ostatecznie to przecież niemożliwe, żeby rozmowa  na wysokim szczeblu politycznym była aż tak zła. Następnego dnia przygotowałam się więc starannie - syrop na kaszel i dwa ibupromy chwilowo ustabilizowały mój stan fizyczny i umysłowy na akceptowalnym poziomie. I rzeczywiście, pomogło,  na lekach debata okazała się dużo lepsza.

Mąż nie mógł jednak zrozumieć, czemu tak się cieszę. Chyba nie słuchał uważnie, zajęty jakąś niekonstruktywną i bezpodstawną krytyką...ja za to wysłuchałam uważnie przedstawicieli wszystkich ugrupowań i eksplodowałam entuzjazmem. Każdy z nich obiecał mi tak fantastyczne rzeczy, że w sumie to zupełnie nieistotne, na kogo zagłosuję. Po wyborach moje życie i tak zmieni się na lepsze - wyprostują krzywe budynki, zniosą podatki, pomalują trawę na zielono, na emeryturę wyślą mnie na Karaiby i dadzą mi wysoko płatną pracę w budżetówce. Czyż to nie piękne? Muszę tylko jeszcze zdecydować, komu powierzę ulepszanie mojej egzystencji:-)

Niestety poza tą chwilową euforią nurzam się w bagnie ociężałości umysłowej, spowodowanej gorączką i katarem. W ciągu ostatnich dni wspięłam na zupełnie dla mnie nowy poziom świadomości telewizyjnej - obejrzałam odcinek "Ojca Mateusza", pół odcinka "Komisarza Alexa" (usnęłam i nadal nie wiem, kto zabił) i półgodzinną reklamę jakiegoś środka na porost włosów w Mango (albo na hemoroidy, miałam wtedy taką temperaturę, że słabo kojarzyłam). No i te brytyjskie programy w  Lifestyle, które po dwóch dniach zlały mi się w jedno i już nie wiedziałam, czy patrzę na  urządzanie wnętrz, gotowanie czy suknie ślubne.

 Chętnie odpokutowałabym te wstydliwe epizody lekturą "Ksiąg Jakubowych" Tokarczuk  albo "Pochłaniaczem",  ponoć fantastycznym kryminałem nowej polskiej gwiazdy literatury, Katarzyny Bondy, no ale bądźmy racjonalni. "Ksiąg Jakubowych" nawet w ręce nie utrzymam, bo chwilowo jestem za słaba na takie tomiszcze. A głupawka gorączkopochodna pozwala mi chwilowo tylko na prostacki i dalece nie-intelektualny chichot nad nazwiskiem autorki "Nazywam się Bonda. Katarzyna Bonda".

A serio. Czytaliście tę Bondę? Warto? Bo mi na półce zalega razem z Agathą Christie, nową częścią serii o wilkołakach Patricii Briggs, "Adwokatem spraw ostatnich" Pawła Szlachetki i jakimś skandynawskim kryminałem... I nie wiem, co ruszyć najpierw.

 

14:02, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
środa, 07 października 2015
Oto moja historia...

"Moje ciało jest świątynią" - przeczytałam, zapijając kawą wafelek czekoladowy. Oblizałam z palców czekoladę i zadumałam się. Znaczy - kibli dziś nie myję, bo to niegodne świątyni, no nie? Podłogi  w kuchni nie wyszoruję, bo jak wyżej...Zapaliłam więc sobie świeczkę o zapachu jabłka z cynamonem, umieściłam moją świątynię na kanapie (z należnym szacunkiem) i złożyłam ofiarę w postaci drugiego wafelka. Do takiego kultu należy podchodzić z powagą, nieprawdaż? Trochę się tylko martwię, bo jak tak będę czcić moją wewnętrzną świątynię, to za chwilę zbliży się rozmiarami do Lichenia....

Ale ludzie, zasłużyłam sobie na chwilę relaksu. Przez trzy dni szarpałam kawał ogródka, totalnie przerośnięty paprociami. Dzicz taka, że widły nie wchodziły. A ja sobie umyśliłam kulturalny zakątek z hortensji i azalii, przetykanych wrzosem rozmaitym. Musiałam zdążyć,  zanim mąż wróci z wyjazdu, bo zaraz zacząłby marudzić, że paprotki ładne i co mi szkodzą i niech ja tego nie tykam, bo on to sam zrobi, gdzieś pomiędzy pracą, wyjazdami a golfem. Jasne:-)

Ja kopałam, a obydwa koty z ogromnym zainteresowaniem gapiły się na każdy mój ruch. Siedziały obok jak wmurowane, a łepki im chodziły jak widzom na meczu. Bardzo byłam wzruszona, że nareszcie ktoś się interesuje moją pracą, do czasu, kiedy odkryłam powód. Kiedy już udało mi się przekopać i wyrównać solidny kawałek gruntu, Lulu obwąchała z uznaniem miękką glebę, po czym patrząc mi czule w oczy natychmiast skorzystała z tej pięknej, nowiutkiej kuwety....Chyba do sadzenia tych hortensji założę podwójne rękawiczki.

Mąż wrócił, pomruczał z wyrzutem "lubiłem te paprotki", przepakował walizkę i pojechał. Wrócił po trzech dniach, wziął prysznic, przepakował walizkę i pojechał znowu. Chwilowo jesteśmy na etapie "wrócił", a przed pakowaniem kolejnej walizki.

Misiek za to pakował się wczoraj na praktyki terenowe. Był szalenie podekscytowany: "Mamo, a wiesz, będziemy mieszkać w takim starym budynku, i tam są prycze z desek i nie ma ogrzewania, i często nie ma prądu, za to są szczury, a toalety tylko  w sąsiednim budynku, i tam jest totalne pustkowie i nie ma sklepu i musimy wziąć jedzenie na trzy dni i śpiwory...."

Po jaką cholerę my tak przepłacamy za hotele na wyjazdach wakacyjnych? Skoro nieogrzewane pustkowie ze szczurami, pryczami i wygódką na zewnątrz stanowi taką atrakcję?

No i tyle. Poza tym, że jeszcze raz usłyszę reklamę "Oto moja historia. Wyjątkowa jak mój biustonosz", zacznę gryźć. Albo spalę moje staniki na stosie. Albo poddam się psychoterapii, która pomoże mi uwierzyć, że moje życie jest jednak ciut ciekawsze niż szmata na fiszbinach.

 

07:57, teraz_asia
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 21 września 2015
jak nie zostałam mordercą

- Trzeba je zalać wodą - powiedziała moja matka pouczająco - muszą się utopić.

Naprawdę nie lubię tych ogromnych, bezskorupowych ślimaków, których pełno w tym roku w moim ogrodzie. Zżerają mi kwiatki i sałatę, ale przede wszystkim PEŁZAJĄ i ciągle się boję, że wdepnę w te oślizgłe cielska, chodząc boso po trawniku. Do tej pory zbierałam je do wiaderka i wynosiłam w najdalszy kącik pobliskiego nieużytku, ale przypełzały z powrotem z prędkością światła (no, po dwóch dniach), najwyraźniej skuszone moją pacyfistyczną postawą.

Zebrałam więc do wiaderka  i zalałam  wodą, czując się jak oprawca. Z poczuciem winy czekałam, aż będę mogła wyrzucić zwłoki. Ślimaki jednakowoż po chwili konsternacji zaczęły niespiesznie opuszczać zbiornik.

- Ej no, gdzie leziecie - kucając nad wiaderkiem pokierowałam mięczaki z powrotem do miejsca wiecznego spoczynku. I poszłam robić obiad, bo sumienie mnie gryzło, że tak będę stała i patrzyła na ich śmierć. Kiedy zajrzałam do wiaderka po kwadransie, w środku wesoło pluskało się kilka mięczaków, reszta znudzona postanowiła wyjść z kąpieli i rozpełzała się po trawniku.

- Dajcie spokój, nie mogę was ciągle pilnować - mamrotałam, zbierając uciekinierów i młotkując ich łopatką, żeby nie wynurzały łepków spod wody - i tak się czuję jak świnia.-

Na tym zajęciu zastała mnie Lola po powrocie ze szkoły. Przyjrzała się z zainteresowaniem i powiedziała - jedna pani w telewizji mówiła, że ślimaki trzeba posypać solą, to umrą. Ale to je okropnie boli -

- Nie no, jestem mordercą, a nie sadystą - wymamrotałam i obie w zadumie patrzyłyśmy, jak niedoszłe ofiary znowu wypełzają z grobu - może na to trzeba czasu -

Zawzięłam się. Siadłam przy wiaderku i metodycznie zanurzałam ślimaki w wodzie. Po dziesięciu minutach znudziło mi się. Ślimakom chyba też, bo wszystkie bezwładnie unosiły się na wodzie, prezentując ohydne, blade brzuszki.

- Stało się - powiedziałam uroczyście. Lola popatrzyła na mnie ze zgrozą i podziwem i powiedziała - trzeba je pochować -

- Głupio tak, zabiłam je i będę im robić pogrzeb? Wyrzucę je na drugą stronę ulicy -

Było mi zaskakująco smutno. Ciekawe, czy seryjni mordercy też miewają takie refleksje post - murder?

- Może jednak powinnam je zakopać? - dopadły mnie wyrzuty sumienia. Poszłam z łopatką na miejsce, gdzie wyrzuciłam zwłoki. Rozejrzałam się. Pusto. W oddali zamajaczył gdzieś odwłok ostatniego ślimaka, który pospiesznie opuszczał trawniczek. Pomachałam mu na pożegnanie i wróciłam do domu.

- Nie powiedziałam ci, ze do tej wody trzeba dolać trochę płynu do naczyń? - zdziwiła się moja matka następnego dnia - Na pewno ci mówiłam. Dolej płynu, wtedy  na pewno zdechną -

Ja nie wiem. Do tego chyba trzeba mocniejszej psychiki albo większej determinacji. W sumie, jak je wynoszę, to mam te dwa dni spokoju, no nie?

09:15, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48