środa, 18 maja 2016
o ogrodzie, rodzinie i guglowych podpowiedziach

 

Siedzę z mężem na tarasie, planując kampanię wiosenną w ogrodzie. - Te derenie wykopiemy, i tamten cyprysik usycha, trzeba go wywalić i wsadzić coś nowego -

- No, krzak jakiś, ale nie za wielki - duma mąż - wiesz już, co? -

- Oj tam, wrzucę w gugla: "krzak jakiś, nie za duży, żeby się za bardzo nie rozrastał" -

Mąż patrzy na mnie dziwnie, więc obronnie dodaję - No co, w guglu wszystko jest. Jak wrzucam hasło "trampeczki turkusowe z niską piętą" albo "boli mnie żebro z prawej strony, co to może być", zawsze znajdzie się paru idiotów, którzy szukali tego samego i coś mi wyskoczy -

Mąż walczy ze sobą, w końcu nie wytrzymuje i wybucha rechotem - A ja się zawsze zastanawiam, czemu w guglu wyskakują takie kretyńskie podpowiedzi -

Intelektualista jeden, kurza twarz....

Chwilowo jesteśmy spłukani do zera (Holandia, psia jego...), więc i tak nic nie kupię, ale grzebię zaciekle w internetach i zafiksowuję się na nowe roślinki. Wiedzieliście, że jest taki krzaczek Trzmielina oskrzydlona? Ja nie, ale odkąd zobaczyłam na zdjęciu, pałam dziką żądzą posiadania

trzmielina

 

 

Nie wiem jeszcze, gdzie wsadzę, ale gdzieś się upchnie, no nie?

Zasadniczo jestem ciut zajęta, bo sezon golfowy ruszył pełną parą, więc w weekendy jestem samotną matką. A tu Misiek dostarcza mi atrakcji edukacyjnych - pierwszy raz w życiu któreś z moich dzieci ma korepetycje. Matematyka w liceum, rozszerzona już z założenia, w rękach nadgorliwej pani profesor ma poziom i formę akademicką- czyli robimy zadania z Politechniki i sami dojdźcie, jak. Trzymajcie kciuki, żeby pan korepetytor zdołał wyciągnąć Miśka z jedynek, bo będzie dramat.

Lola za to uznała, że chce zająć się jazdą konną. No niech tam, w końcu powinna uprawiać jakiś sport, ale...do stajni daleko, muszę na nią czekać, czasochłonne to nieco. W dodatku cały czas pamiętam o jej astmie i tylko czekam, żeby zaczęła kaszleć. Na razie, o dziwo jest OK, więc Lola jeździ, a ja jestem non stop kierowcą. Jak nie rozliczne zajęcia dodatkowe Loli, to treningi i mecze Miśka i jego próby z zespołem.

Bo Misiek z kolei zafiksował się na graniu. Odkąd kupił sobie gitarę basową, nasze życie, że tak to ujmę, przeszło w  nowy wymiar dźwiękowy. 

Żeby dać wam obraz sytuacji - czasami sąsiad przysyła SMS z recenzją, że ten kawałek, co go Misiek akurat ćwiczy w pokoju, to całkiem spoko mu wychodzi....Na szczęście on rzeczywiście nieźle gra, bo gdyby na przykład uczył się od zera gry, powiedzmy, na oboju, obawiam się, że dobrosąsiedzkie stosunki poszłyby się gonić.

Jak mi się uda dotrzeć na jego pierwszy koncert w czerwcu, na szkolnym festiwalu, zdam relację:-)

 

09:26, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
środa, 11 maja 2016
tulipany w depresji

Czytaliśmy gazetę na spółkę  i zobaczyliśmy artykuł o wystawie prac Hieronima Bosha w jego rodzinnym mieście.

- Chciałabym to zobaczyć - westchnęłam

- Jaki problem? - spytał mąż - jedźmy na romantyczny weekend -

No i pojechaliśmy do Holandii. Małoletni chcieli z nami, ale Lola w końcu zgodziła się, że romantyczny weekend z dziećmi to nie jest dobry pomysł - Będziecie się trzymać za ręce, tak? I pewnie jeszcze się całować? Fuuj -

Holandia to bardzo miły kraj. Taki nieprzeskalowany, łatwy do obskoczenia. Chociaż w niedzielę miałam wrażenie, że przeszłam ten kraj na piechotę, bo mąż jak zawsze ambitnie podszedł do swojej roli kaowca i przewodnika i nogi mi wrosły w...powiedzmy..w biodra.

Poza tym to doskonałe miejsce dla osób w depresji. Wszędzie minus pięć do poziomu morza, cały kraj niemalże w depresji, więc czułam się bardzo swojsko.

Wystawa Bosha ciut mnie rozczarowała ze względu na tłumy. Trudno było  kontemplować obrazy zza pleców przerośniętych Holendrów. A tak się złożyło, że dla mnie Bosh jest mistrzem trzeciego planu i najbardziej lubię wyławiać z całości te cudowne smaczki - ryboludzi, potwory i śmieszne mikrokarykatury. Ale i tak warto było, bo jednak żadna reprodukcja nie odda tych kolorów.

Musieliśmy zobaczyć Delft ze względu na porcelanę. Okazało się, że w weekend miasteczko jest jednym wielkim pchlim targiem.

delft

Trafiliśmy tam na sklep oferujący wybór serów w doprawdy niekonwencjonalnych smakach. O ile lawendowy był jeszcze do przyjęcia, przy kokosowym i waniliowym moje kubki smakowe zapłakały z rozpaczy....

Holenderskie wiatraki są bardzo romantyczne wizualnie, ale po zwiedzeniu jednego z nich uznałam, że wolałabym się pociąć szarym mydłem, niż pomieszkać tak choćby tydzień. Niemniej jednak podobno wielu Holendrów mieszka w wiatrakach na własne życzenie. Cóż mogę powiedzieć - to miły, lecz dziwny naród.

wiatraki

Najbardziej bodźcującym wzrokowo i węchowo punktem programu był park Keukenhof - tulipanowe szaleństwo. Park jest otwarty tylko dwa miesiące, czemu trudno się dziwić, skoro 90 procent szaty roślinnej to rzeki, strumienie, łany i pola tulipanów w setkach odmian i kolorów. Prawie mi oczy wyszły z orbit.

tulipany

Holandia jest pełna małych sennych miasteczek jak z bajki. De Rijp, jedno z nich, w kategorii uroku i słodyczy przerastało nawet puchate szczeniaczki i słodkie kotki z Facebooka.

miasteczko_kompresja

Jednym słowem, Holandia w pigułce. Tulipany, sery, wiatraki, prace mistrzów i  porcelana - wszystko podane jak na talerzu, bardzo płaskim, ale uroczym. Wyjazd w maju miał dla mnie także wartość dodaną. Liczne stada krów, owiec i koni, które nieustannie mijaliśmy,  pełne są o tej porze roku rozkosznych maleństw. Co chyba zaczęło w końcu męczyć mojego męża, cierpliwie wysłuchującego moich pisków zachwytu: - o jakie jagniątka, o jakie cudne źrebaczki, ojej, nie zdążyłam zrobić zdjęcia, zawróć -

Wspomniałam o kaczuszkach? Nie? Kaczuszki tez były słodkie.

Bardzo polecam Holandię, naprawdę. Nie sądziłam, że będę się tak dobrze bawić. W przyszłym roku zabieramy małoletnich. Misiek wprawdzie planuje raczej wizyty w kawiarenkach z marihuaną i piwo nad kanałem, ale może do tego czasu uda mi się go nawrócić na nurt botaniczno - animalistyczny.

11:43, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
środa, 27 kwietnia 2016
wielkanocne zombie

Natchnął mnie wąteczek na moim ukochanym forum  Emama, o tym, jak patologiczne muszą być umysły jednostek, które oglądają "Grę o tron" i jeszcze się cieszą tą jatką i przemocą...

Nie pamiętam już, kto zainicjował temat, ale mam wrażenie, że zaczęło się od brazylijskiej  maczety, którą trzymamy na lodówce. Siedząc przy wielkanocnym obiedzie z moimi rodzicami, bratem i rodziną siostry, rozkręciliśmy zaciekłą dyskusję o rodzajach broni siecznej i jej zastosowaniu.

Misiek przeżył nagłe objawienie:

 - Maczeta byłaby dobra na zombie.-

- Mamy jeszcze miecz - podsunął ochoczo mąż. (teraz już wiem, czemu przywlókł ten miecz z Chin)

Mój brat, wielki miłośnik i znawca zombie, oprotestował pomysł zbliżania się do tychże na wyciągnięcie ręki i zasugerował metody prewencyjne.

Szwagier, osobnik konkretny, zaproponował ucieczkę na wyspę.

- Ale czy zombie boją się wody? - spytała siostrzenica.

- Chyba święconej - wymądrzył się siostrzeniec.

- To wampiry, bałwanie - zgasiła go jego matka, a moja siostra.

- One nie potrafią pływać, szwankuje im koordynacja ręka - mózg - pouczyłam rodzinę.

- Ale się nie utopią, w końcu nie muszą oddychać - zauważył mój brat.

- Jaki mózg? - prychnął jednocześnie Misiek

- Może jajeczko? - zasugerowała mama

- No to sobie tak będą szły powolutku po dnie - radośnie podsumowała siostrzenica nakładając sobie sałatkę - Chcesz trochę, Lola?

- Nie, zjem sobie ciastka. Ale czy one się w tej wodzie nie rozpadną na kawałki? - powątpiewająco zauważyła Lola, ze smakiem wcinając wafle.

- Jeszcze sałatki? - słabo spytała moja matka, usiłując utrzymać pozory normalności posiłku.

- Można by je przecedzić - zachichotał złowieszczo Misiek

- Ale jak już przelezą na wyspę - przerwałam mu pospiesznie - to jednak trzeba się będzie bronić. Marek, co odstrasza zombie?-

Mój brat zawiesił się na chwilę, analizując możliwości.

- Srebro! - nie wytrzymał szwagier

- To na wilkołaki- chórem powiedziały dziewczynki

- Czosnek! - rzucił siostrzeniec

- Znowu wampiry - potępiająco prychnęła siostra

- Jarzębina? A nie, to na czarownice - odpowiedziałam sama sobie.

- Nic - Odpowiedział w końcu mój brat - Nic nas nie uratuje. Będziemy zgubieni -

- Tato - wydarłyśmy się z siostrą - ratuj nas. Masz coś na zombie? -

Mój ojciec podniósł nieprzytomne spojrzenie znad krzyżówki, którą ukradkiem rozwiązywał za miską sałatki

- Może być szlifierka kątowa? -

Mama w końcu się poddała ogólnemu nastrojowi:

- Mam takie coś ze sfermentowanych pokrzyw do podlewania sadzonek- rzuciła tajemniczo - nawet zombie nie wytrzyma tego smrodu.

Uzgodniliśmy więc, że jakby co, to rodzina zwiewa na najbliższą wyspę, uzbrojona w maczety, miecze i narzędzia do obróbki skrawaniem, a do wody wpuszczamy tajną broń, czyli gnojówkę z pokrzyw. Jakbyście gdzieś natknęli się na niewielka hordę zombie, możecie pokierować ją do nas, damy radę.

Tylko po tym wątku z emamy zaczęłam mieć wątpliwości. Może to rzeczywiście jakby nie jest typowa rodzinna konwersacja wielkanocna?

 

 

 

 

20:49, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
piątek, 22 kwietnia 2016
z nową energią

Weszłam dziś rano na wagę. Pokazała mi 1135, 4 kg. Czy to znak, ze powinnam rzucić czekoladę?

Weszłam dzisiaj też na fejsbuka. Zaproponował mi udział w grupach Armia Różańca Świętego, SLD Moją Partią oraz Akwarystyka i Wędkowanie. Nie widzę związku, naprawdę.

Nie piszę, bo odzyskałam zdolność czytania. Nagle odkryłam, że znowu umiem, i to od razu w językach, jak zielonoświątkowcy prawie. Czytam więc "Kłamstwa Locke'a Lamory" w oryginale (dzięki ci, Królowo Matko, za to objawienie literackie), równocześnie z "Książki i ludzie" Łopieńskiej i powtórką "I'm not a serial killer". Zachłystując się z zachwytu, że mogę zanurzyć się po czubek nosa w książkach, trochę jakby odpuściłam resztę.

A ponieważ przez pozostałą połowę dnia kopię, przesadzam, pielę i przycinam, wiosennie oszołomiona kwitnącymi śliwami i tulipanami, to już nie mam czasu na nic innego.

tulipan

Jak tu nie siedzieć w ogrodzie? Tulipany jak latarnie, sasanki jak ...no wstawcie sobie dowolne skojarzenie, ale słodkie są , no nie?

sasanki

Jest proszę państwa, dobrze. W każdym razie, tendencja zwyżkowa. Nie rozpisując się  zbytnio na ten temat,  żeby nie zapeszać, uznajmy proces naprawczy Asi za zaawansowany projekt w toku. Stawiam sobie zadanie na wiosnę: dwa wpisy tygodniowo. No, to do następnego... 

12:24, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 22 lutego 2016
Głupieję

Nie piszę. Otwieram bloga, zaczynam i kasuję. Albo nawet nie zaczynam.

Zresztą, mała strata. Gdybym pisała regularnie, moje wpisy wyglądałyby następująco: Jest spoko. Jest tragicznie. Daję radę. Sypię się.

Nie jestem aż taką egocentryczką, żeby wierzyć, że to może być pasjonująca lektura dla kogokolwiek. Ale z ulgą donoszę, że robię postępy. Na przykład za zgodą lekarza odstawiłam hormony, które brałam po operacji. I....tadam...nagle zrobiło mi się jakby jaśniej przed oczami. Bezhormonalna Asia jakby lepiej śpi, jakby mniej płacze i jakby bardziej może zrobić cokolwiek.

Brak hormonów nie wpływa wprawdzie na poczucie jesteś-totalnie-do-dupy-i-nic-ci-się-nie-udaje, ale jednakowoż doceniam fakt, że czasem się wysypiam i śmieję z dowcipów małoletnich.

Ogólnie najbardziej przeszkadza mi wrażenie życiowego nieogarniania. Jakby ciągle kołderka była za krótka. Jak czegoś dopilnuję i mogę poczuć się dumna, coś innego stuprocentowo się sypie i znowu zaczynam proces rozkminiania faktu jak-bardzo-jestem-do-dupy. Pod koniec dnia, kiedy jestem zmęczona, nabieram przekonania, że to żadna depresja, tylko galopujący guz mózgu, wyżerający szare komórki.

Odkryłam na przykład, że te nieprzeczytane książki biorą się z drastycznego spadku możliwości intelektualnych i to mnie na serio stresuje. Testowo zgarnęłam z półki jakiegoś wczesnego Koonza, Norę Roberts i Kathy Reichs. Łyknęłam bezboleśnie, choć z pewnym znudzeniem. Spróbowałam znów z Chmurdalią, czekającą od dwóch miesięcy. I klops, odpadam po paru stronach. Nie jestem w stanie przeczytać mojej ukochanej Margaret Atwood, Zaczynam mieć kłopot z czytaniem po angielsku. Dobra, bądźmy szczerzy, po prostu głupieję. Czy to na serio może być efekt stanów depresyjnych?

Rany, przeczytałam ten wpis i waham się czy nie skasować, bo jest ewidentnym dowodem na to, że rzeczywiście mam kłopoty z myśleniem. Ale co tam,  w ramach autoterapii niech idzie w świat. A następnym razem zbiorę się na tyle, żeby napisać o tym, jak poznałam jedną z was:-)

14:33, teraz_asia
Link Komentarze (14) »
czwartek, 11 lutego 2016
o smutku w wydaniu banalnym

No dobra. Opowiem wam, jak odkryłam, że jestem smutna.

Przez kilka tygodni, ba, miesięcy, wcale o tym nie wiedziałam. To znaczy, były pewne symptomy. Na przykład siadałam po śniadaniu na kanapie, i nagle odkrywałam, że zniknęły mi trzy godziny. Dni rozpływały mi się jak rzadki kisiel. Co dzień pod wieczór nie wiedziałam, co robiłam wcześniej. Budziłam się w nocy po kilkanaście razy, więc cały dzień chodziłam jak zombie. Podejmowanie prostych decyzji stało się zadaniem ponad moje siły. Wykonanie telefonu, załatwienie sprawy, umówienie się z koleżanką zajmowało mi kilka - kilkanaście dni. Przestałam myśleć, jak wyglądam. To znaczy owszem, wcześniej też chodziłam w dresach, ale to był mój świadomy wybór, a nie całkowita niemożność założenia czegokolwiek innego.

Ale że byłam mimo wszystko dość zaabsorbowana - operacja, leczenie, święta - listopad i grudzień uznałam po prostu za trudne miesiące. W styczniu całą rodzina widziała już, że jest niedobrze. Małoletni schodzili mi z drogi, mąż uznał, że mam kryzys wieku średniego, mama biadoliła, że źle wyglądam.

I nagle mnie olśniło. Rozejrzałam się po moim mocno zapuszczonym  domu. Na półkach i parapetach standardowo leżały porozsiewane książki. Tylko że uświadomiłam sobie, że od dwóch miesięcy nie przeczytałam w całości żadnej z nich. Siadłam do laptopa i hurtem zrobiłam cztery internetowe testy na depresję. Każdy diagnozował mi depresję umiarkowaną do poważnej i zalecał szybką wizytę lekarską. Mimo że, zaznaczmy z cała mocą, ani razu nie zaznaczyłam punktów o niechęci do życia i planach samobójczych.

Teraz tylko pozostawał dylemat. Nie byłam gotowa na jakikolwiek krok, żeby to zmienić.  Nie chciałam żadnych psychoterapii, nie chciałam brać żadnych leków, w ogóle nie chciałam nic robić. Ale tak bardzo było mi już niewygodnie z samą sobą, że postanowiłam zacząć metodą małych kroczków.

No i zaczęłam. Kroczek po kroczku. Dosłownie. Wiecie, co pomaga na depresję? Wysiłek fizyczny. Ruch na świeżym powietrzu. Zmiana drobnych nawyków, żeby przestawić się na inne tory. Świadome starania, żeby przełamać to zatapianie się w niemocy.

Chodzę z kijkami, intensywnie. Ogarniam dom. Porzuciłam, z ogromnym wysiłkiem, dwa bardzo złe nawyki, jakie miałam. Staram się śmiać, staram się żyć. I jest tak sobie póki co, średnio dwa dni OK, dwa do kitu. Ale pomaga mi świadomość, że już rozumiem ten mechanizm. Nie wiem, czy to wystarczy, czy jednak poszukam sobie bardziej fachowej pomocy, zobaczymy, jak sobie poradzę.

Wybaczcie, że ten blog wygląda teraz tak kijowo,  ale poprawię się. No dobra, postaram się poprawić. Choćby w celach terapeutycznych. O, może to jest myśl - terapia pisaniem?

09:51, teraz_asia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016
drobne rozśmieszajki

Ostatnio niewiele rzeczy mnie bawi. Taka faza, co zrobić. Fakt, że szczerze rozśmieszyła mnie reklama: Dzieci już od pięciuset złotych.

To zdaje się, jakieś biuro podróży, ale brzmi jak handel małoletnimi niewolnikami, przyznajcie.

Informacja, jaką uzyskałam ostatnio od mojego syna, także sprawiła, że złożyłam się wpół ze śmiechu.

- Gdzie jedziesz? -

- Do koleżanki, będę jej dawał korepetycje -

- Z czego?! -

- Z matematyki -

Kiedy już byłam w stanie coś wykrztusić, Misiek wyjaśnił z godnością: - No co, ona nie wie, jakie mam stopnie z matmy -

No tak, to wiele tłumaczy...

Ale w największe rozbawienie wprawiła mnie konwersacja, jaką odbyłam dwa dni temu.

Miałam odebrać nagrane płyty z obozu Loli od jednego z prowadzących. Widziałam człowieka raz w życiu, co przy moim upośledzeniu w rozpoznawaniu twarzy oznaczało, że nie mam pojęcia, jak gość wygląda. Pamiętałam tylko, że jest dość nietypowy wizualnie.

Umówiliśmy się w miejscu, gdzie na nieszczęście kręciło się sporo osób. Wyłowiłam wzrokiem najbardziej zakręconego i podeszłam niepewnie:

- Czy pan..?

- A, to pani?!

- To ja. To znaczy to pan?!

- No, to ja. Co to ja miałem? A! Chwileczkę, ja zaraz...

Wypruł przed siebie z włosem rozwianym, zostawiając mnie nieco osłupiałą. Wrócił z płytami.

- Proszę. A czy pani...?

- Tak, już... Ale mam tylko...- machnęłam stówą.

- Eee, chwileczkę, ja zaraz.

Wypruł. Z włosem rozwianym. Wrócił z garścią banknotów.

- Już, już...

- Proszsz...

- Dzięki. To ja już...

- No, ja też...Do widzenia.

Facet rzeczywiście był zakręcony. Ja też. W sumie, gdybym przypadkiem była na podsłuchu jakichś służb, za cholerę nie połapaliby się, co ja właściwie robiłam...

Poza tym ciemności kryją ziemię. Ale walczę. Kupiłam sobie kijki i nawet poszłam na kurs nordic walking. Codziennie staram się znaleźć coś, co by mnie rozśmieszyło. Piszę po pół strony gotyckiej powieści. Usiłuje obejrzeć każdego dnia coś, co nie będzie mroczne (czyli nie tylko  "Z archiwum X", "Z życia patologa sądowego", "Zło w moim domu" i tym podobne atrakcje, na widok których Misiek się krzywi, a Lola wzdryga). Wczoraj obejrzałam "Króla lwa 2" z Lolą. Cóż za optymistyczny utwór, aż kapie radością życia, powiadam wam. Może zacznę oglądać śmieszne filmiki o kotkach na fejsbuku? Jak sądzicie, pomoże?

 

 

 

10:57, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
czwartek, 07 stycznia 2016
Przypominajka

To ja, Asia. Pamiętacie mnie? Mam czterdzieści cztery lata, dwoje małoletnich na stanie, niewielkie odrosty i kolekcję trampek. Nie mam za to talii, stylu, pracy ani samodyscypliny.

Nowy rok przywitałam w dziurawych dżinsach. Upiłam się szampanem, którego nie cierpię. Przytyłam półtora kilo. Nie zrobiłam ani jednego postanowienia. Nie zacerowałam tych  dżinsów. Ale je piorę. To już, przyznajcie, duży postęp. Nieco zdziczałam, ale czytam gazety i czasem wchodzę na Facebooka. Myślę, żeby zadzwonić do koleżanki i umówić się na kawę. Trochę już to trwa, to myślenie, ale kiedyś dojrzeję. Myślę też, żeby wreszcie dorosnąć i zmądrzeć, ale na to daje sobie jeszcze trochę czasu - do pięćdziesiątki powiedzmy.

Siedzimy sobie same z Lolą. Misiek w górach na nartach z całą klasą. Nie jeżdżą, bo nie ma śniegu, ale ponoć świetnie się bawi, bo rąbią godzinami w pokera. Mam nadzieję, że nie przegra ostatnich gaci.

Mąż gra w golfa gdzieś hen daleko, gdzie nie ma śniegu i można ganiać w szortach. Zdaje się, że też dobrze się bawi - oglądam zdjęcia na Facebooku.

Coś mi ostatnio nie pasuje. Jak źle zacerowana skarpetka w przyciasnym bucie. Jak książka pani Michalak. No wiecie - niby OK, idzie do przodu, ale w środku uwiera. Jakby mi się żarówka przepaliła.

Ale co tam, alleluja i do przodu! Jak wystarczająco długo będę ignorować uwieranie, to się przystosuję, prawda?

PS Menopauza? Depresja? Przesilenie zimowe?

 

 

 

13:18, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
czwartek, 10 grudnia 2015
mąż się wykazał

O matusiu, jak mnie wątroba nawala. Chwaliłam się już, że robię najlepsze chili con carne po tej stronie Atlantyku? Misiek je kocha i ja je kocham, tylko moja wątroba nie podziela tego entuzjazmu...Następny raz gdzieś po Wielkanocy, może się zregeneruję.

Musieliśmy kupić nowy telewizor. Nasz staruszek, pominąwszy już upośledzenie gabarytowe, zaczął ostatnio zachowywać się jak mój licealny kolega po skrętach - ooooo, widzę dźwięki, ooo, słyszę kolory, ooo, jaka tęcza wesoło trzepocze, i takie tam figle.

Tak, wiem, miałam za tę kasę kupić zmywarkę. Ale z moją zmywarką osiągnęłyśmy pewne porozumienie: ja myję naczynia w zlewie przed załadowaniem, a zmywarka stara się ich za bardzo nie pobrudzić. Z telewizorem za cholerę nie szło się dogadać, a przecież nie mogę pozbawić się codziennego seansu Archiwum X na Foxie. To ostatnio najbardziej ekscytujący moment mojego dnia, co jest wystarczająco żałosne, żebym nie ciągnęła tego tematu...

Po dostarczeniu nowego TV okazało się, że uchwyt na ścianie jest za mały, żeby powiesić telewizor. Szafka pod jest za krótka, żeby tenże telewizor postawić. Generalnie odkryliśmy, że jesteśmy całkowicie niekompatybilni z nową, wielkogabarytową technologią.

Co więc zrobiła  Asia? Tradycyjnie - zaczęła internetowy research w temacie uchwytów i szafek, żeby wybrać najlepszą opcję. Co zrobił mąż? Tradycyjnie - zaczął kombinować, jakby tu sobie utrudnić życie.

Stwierdził mianowicie, że SAM przerobi stary uchwyt, żeby pasował. Sugerował, że taki jest gospodarny i oszczędny, ale przecież wiadomo, o co mu chodziło. Nowy uchwyt należałoby powiesić, w innym miejscu niż stary,  który znowu trzeba by zdemontować. No istna trauma. Mąż zafiksowany na uniknięciu wiercenia wykonał następujące czynności:

 Pojechał do Leruamerlę w celu nabycia części. Przymierzył. Uznał, że nie pasuje. Pojechał do Leruamerlę po raz drugi. Nabył kątowniki i mnóstwo śrubek. Mierzył. Liczył. Piłował. Skręcał ze sobą kątowniki, żeby uzyskać przekrój "s". Wkręcił milion śrubek. Mierzył again. Łączył ze starym uchwytem. Odkrył, że ciut nie styka. Nawiercał ciut nie stykające łączenia IN SITU, czyli bezpośrednio na upiornie kosztownym, wielkim nowym telewizorze. Wiertarką elektryczną! (zasłabłam i wyszłam z pokoju). Znowu mierzył. I wkręcał śrubki. Wieszał przy asyście Miśka, bo ja emocjonalnie nie wytrzymałam.

Udało mu się. Serio. Z zasobem manualnych zdolności męża i jego innowacyjności technicznej to osiągnięcie na miarę lądowania na księżycu. Wciąż nie mogę uwierzyć, że wstręt do zniszczenia ściany doprowadził go do takiego przebłysku geniuszu.

 

A tak w ogóle - kupiliście już prezenty? Bo ja mam prawie, prawie wszystkie. Ha! Chyba pierwszy raz w życiu tak się spięłam!

18:04, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 grudnia 2015
ten jeden wyjątek

My byliśmy liczniejsi. Ładniejsi i młodsi. Oni mieli lepsze głośniki i za plecami budynek, w którym i tak wszystko dzieje się po ich myśli. Na ich miejscu naprawdę nie fatygowałabym się, bo i po co? Tylko image sobie popsuli.

Trochę było zabawnie - zostałam nazwana czerwoną hołotą i pachołkiem Rosji (albo żydokomuny, jakoś nie mogli się zdecydować), i szczerze mnie to rozbawiło. Zwłaszcza, że plac przed sejmem był pełen młodych ludzi, którzy komunizm znają raczej z podręczników. Ale jednak trochę smutno i straszno.

Bo ja jestem zupełnie przeciętnym obywatelem. Wydaje mi się, że jak jestem uczciwa, płacę podatki, segreguję śmieci, wieszam flagę w święta narodowe i przestrzegam przepisów, to wszystko będzie OK. Polityka jest czymś surrealistycznym, czymś, o czym gadają w wiadomościach, a co nie wpływa zbyt mocno na moje codzienne życie. Jeśli będę robić swoje, po cichu tylko zżymając się na drobne i większe kompromitacje, nieudolności i utrudnienia, to zasadniczo mogę ignorować pierwsze strony gazet.

Wygląda na to, że moja teoria, do tej pory nieco kulejąca, ale jednak jakoś działająca w życiu praktycznym, upadła.

Kiedy zakładałam bloga sześć lat temu, obiecałam sobie, że nie będę pisać o seksie i polityce, będące dla mnie równoważnie prywatną i osobistą sprawą. No. Więc to jest jeden jedyny wyjątek. Więcej nie będę. Słowo.

PS Ale serio?? Pachołek Rosji? No ludzie......

11:43, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49