piątek, 23 lutego 2018
Asia w golfie

No i stało się. Odbyłam pierwszą lekcję golfa. W jakiejś mrocznej piwnicy, którą mąż był uprzejmy nazwać symulatorem gry. Martin, mój instruktor z Południowej Afryki (golf nie zna granic ni kordonów), był brodaty, słodki i niesłychanie optymistycznie nastawiony. You are natural! - krzyczał z entuzjazmem, kiedy majtałam kijem z prawa na lewo usiłując nie uszkodzić siebie ani Martina. - Wonderful! - podziwiał bezwzględną, aczkolwiek chaotyczną siłę moich ciosów pałką, to jest znaczy, tym...kijem.

Poinformowałam go wprawdzie chłodno, że jest fizjologicznie niemożliwe, żeby równocześnie wypychać zadek do tyłu, uginać kolana, usztywniać ręce, rozluźniać nadgarstki, balansować w lewo i robić L z łokcia, ale wydawał się tym zupełnie nie przejmować. Mąż musiał mu chyba sporo zapłacić, bo Martin tylko rozpaczliwie wywracał oczami, kiedy po raz dwudziesty nazwałam podstawowe narzędzie golfisty stick, a nie club i w desperacji przechodził na łamaną polszczyznę. Co było zupełnie bez sensu, bo po angielsku golf brzmi odrobinę lepiej. Nie wiem dlaczego, ale jak słucham o uderzeniach paterem, czipowaniu i robieniu bogeya, robi mi się tak mdło w środku, jak wtedy, gdy ktoś mówi "ubierz kurteczkę" albo "mając siedem lat, mama kupiła mi kanarka".

Mam zakwasy w łokciu i lewej pięcie, a poza tym boli mnie tak ogólnie wszystko. Ale mąż jest tak szczęśliwy, że aż miło patrzeć. Myślę, że w duszy już widzi nas obydwoje przemierzających ramię w ramię rozległe zielone pola od dołka do dołka. Powiedzieć mu już, że raczej nie? Czy niech się jeszcze chłopak cieszy?

 

22:28, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 13 lutego 2018
o pączkach i Loli

W tłusty czwartek byłam na siłowni.  Z niezrozumiałych przyczyn na blacie recepcji leżały tace pełne pączków. Wyobrażacie to sobie? Toż to dosłownie jak szatańska biblia na środku kościoła! Czy wzięłam jednego?  Jak możecie nawet tak myśleć? Byłam oczywiście wtedy już po dwóch pączkach, więc zmulona od nadmiaru lukru z godnością mogłam odmówić, a nawet żachnąć z oburzeniem. 

W sumie i tak mam szczęście na tej wyboistej drodze pokus, że nie przepadam za pączkami i jadam je wyłącznie rytualnie raz do roku. Gdyby tłusty czwartek polegał na jedzeniu szarlotki albo czekolady z orzechami, miałabym definitywnie większy problem.

Lola oszołomiła ostatnio i mnie, i chyba najbardziej siebie, wynikami w nauce. Do tego stopnia, że zupełnie przegapiła moment, kiedy okazała się prymusem. Z relacji Loli: - No i pani gadała i gadała o jakiejś wycieczce w nagrodę, dla tych, co się najlepiej uczą, więc nawet nie słuchałam i nagle ona mówi na koniec - więc jedzie Jagoda, i ktoś tam i Lola. A ja się tak zdziwiłam, że szok, i w ogóle nie wiem, kiedy i gdzie, i teraz mi głupio zapytać. Mamooo, błagam, zapytaj pani, gdzie ta wycieczka, bo ja się wstydzę. - 

Niby zdolna a jednak sierotka...A wycieczka była naprawdę super, bo szkoła zafundowała swoim prymusom koncert Hansa Zimmera, więc młoda była zachwycona. I tak najbardziej cieszy mnie, kiedy widzę, jak Lola rozkwita edukacyjnie i znajduje radość w poznawaniu nowych rzeczy. Wczoraj na przykład relacjonowała mi lekcję matematyki:

- Pani nam opowiadała straszne plotki o tym Pitagorasie. Podobno wypłynął z jednym swoim uczniem na morze i go utopił, i potem przywłaszczył sobie jego pomysły. I jeszcze powiedziała, że odkąd się o tym dowiedziała, to straciła do Pitagorasa część szacunku i ma ochotę pisać jego imię małą literą. I ja też tak uważam, ale jak chcieliśmy tak napisać w zeszytach, to pani powiedziała, że nie możemy, bo pani od polskiego na nią nakrzyczy. - 

- I co zrobiłaś? - 

- Napisałam taką średnią. Poprawnie, ale zupełnie bez szacunku - powiedziała Lola z satysfakcją. A recytując mi twierdzenie Pitagorasa (pitagorasa?) prychała z pogardą.

 

 

 

 

17:53, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 lutego 2018
Węgiel (modyfikowany) i patologia małżeńska

W trzecim odcinku Altered Carbon, czyli netflixowskiego Modyfikowanego Węgla, zaczęło się jakby robić bardziej ciekawie. Chociaż nadal rozumiem mniej więcej połowę założeń tego uniwersum, co mnie wkurza. Przy pierwszych dwóch odcinkach co chwila zadawaliśmy sobie z mężem pytania "co z tym kmicikiem?".

Tu dygresja: pytanie datuje się do wieczoru sprzed lat, kiedy oglądałam Potop z moją babcią. Babcia znudzona ciągle przysypiała i budziła się z okrzykiem - ja nie śpię Asiu wcale! Ale co z tym Kmicikiem? - I tak Kmicik zakodował się na stałe w świadomości mojej i całej rodziny jako wyznacznik nie nadążania za fabułą.

Nadal jednak słabo ogarniam ten serial. Poza tym uważam, że bez sensu dzielić na odcinki tego typu fabułę. Łowca Androidów też byłby mało zrozumiały taki rozwleczony i podziabany na kawałki.

Ach, no i przeczytałam, że jedna trzecia rozwodzących się małżeństw to pary z ponad dwudziestoletnim stażem. Daje do myślenia, prawda? Rzeczywiście potwierdzam, po 20 latach  można mieć wreszcie dość -  tego chrapania, nie zakręconej pasty do zębów i opowiadania tych samych dowcipów. I nie ma już nadziei, że uda się go zmienić...Myślę, że właśnie to przesądza sprawę.

W roku będziemy mieli 25 rocznicę ślubu. Podobno. Tak twierdzi mąż, bo ja nie mam pamięci do dat, ale mu nie wierzę. Nie mogłam przeżyć tyle lat z człowiekiem, który właśnie przed chwilą zarzucił mi, że moje upodobania do horrorów są patologiczne i dowodzą choroby psychicznej.

No dobra. Całkiem zdrowa to może nie jestem. Ale bez przesady. To, że śmieję się do rozpuku przy Resident Evil IV i jem deser przy Martwicy mózgu, jeszcze o niczym nie świadczy.

A mój mąż nie ma nawet jednej pary spodni dresowych! To dopiero jest patologia, prawda?

21:22, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 29 stycznia 2018
neofita

Nie wiem do tej pory, jak to się stało, że dzień przed Sylwestrem wylądowałam z mężem na siłowni. Mąż nie wiedział jeszcze bardziej. Przyglądał mi więc bez przerwy się czujnie i nerwowo, czekając na moment, kiedy zareaguję na stres w typowy dla siebie sposób:

- podczas nauki jazdy zdarzyło mi się kilka razy zatrzymać samochód na środku ulicy i wyskoczyć z niego z wrzaskiem, że ja już nie chcę i się rozmyśliłam. 

- w kulminacyjnym momencie pierwszego porodu wstałam i zażądałam przełożenia tej zabawy na później, bo teraz to ja już nie mogę i się zmęczyłam

- godzinę przed ślubem zabarykadowałam się w łazience i odmówiłam wyjścia, bo nie czułam się gotowa do tak poważnego kroku i ja się jeszcze zastanowię

Stawka tym razem była jakby mniejsza, ale i tak widziałam, że mąż traktuje mnie jak agresywnego amstaffa bez kagańca. No nie powiem, odrobinkę miałam ochotę zwiać, zwłaszcza gdy zobaczyłam te dwudziestoletnie modelki na bieżniach i tych napakowanych Adonisów z ciężarami. Po paru minutach obserwacji z wyżyn orbitreka odkryłam jednak, że Adonisi patrzą wyłącznie na swoje odbicia w lustrach, modelki patrzą w smartfony, a na mnie nie patrzy zupełnie nikt (poza nieufnym i lekko spiętym mężem). Zostałam. Mąż odważył się pokazać mi działanie kilku maszyn (cały czas czekając na to, że wypruję do szatni), trochę pomajtałam się na orbitreku, biegłam przez całą minutę na bieżni, dostałam zapaści z wyczerpania, fałda brzuszna pod wpływem wstrząsów ułożyła mi się na kolanach, i wtedy przeżyłam olśnienie. Iluminację wręcz. Że to jest dokładnie to, co mi się podoba i że jestem w stanie tu chodzić. Bo nikt mnie nie pilnuje. Bo nie muszę robić nic w rytmie ani w tempie. Nie ma grupy, która robi to samo. Nie ma wyznaczonego czasu ani procedury. Jednym słowem - wymarzona forma wysiłku dla szybko nudzących się introwertyków bez formy i poczucia rytmu.

No i chodzę. Nieustannie mam zakwasy. Nie schudłam nawet dekagrama. Ale humor mam lepszy, a chyba teraz potrzebuje tego bardziej niż ładnej figury.

Wybaczcie mi te neofickie zwierzenia, o zgrozo, brzmię chyba jak mój mąż opowiadający o golfie. A propos - w niedługim czasie spodziewajcie się wstrząsających wpisów, gdyż albowiem obiecałam mężowi, że wezmę kilka lekcji golfa (zaraz potem dostanę od prezydenta odznaczenie dla Żony Roku, a kościół mianuje mnie błogosławioną męczennicą)

21:11, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 stycznia 2018
O nieświętej Ricie i pozytywach

Naukowcy z Teksasu udowodnili, że nałogowe oglądanie seriali prowadzi do depresji i samotności. No, bardzo niedobrze, bardzo. Co gorsza, z własnego doświadczenia mogę dodać, że także do bólu w karku i używania duńskiego w życiu codziennym. Pamiętacie "Lesia" Chmielewskiej i Duńczyka Bjorna, który powtarzał "Ja tak" i okazało się, że mówił "Tak, dziękuję"? No więc uwierzcie mi, że oni naprawdę tak rozkosznie dziękują sobie nawzajem i w ogóle duński jest przezabawnym językiem. 

Weszłam w ciąg  i nałogowo oglądam serial "Rita" o kompulsywnej nauczycielce z nałogami i porąbanym życiem osobistym. Oderwać się wprost nie mogę. Pomijając fakt, że to generalnie niezły film, jest absolutnie niesamowitym studium społeczeństwa duńskiego. Związki, rodzina, szkoła, imigranci, stosunek do aborcji, do seksu, do instytucji publicznych i edukacji jest dla mnie egzotyką na miarę Kamerunu. Raczej nie ma szans, żeby w Polsce zaistniał w najbliższym dwudziestoleciu podobny serial, choćby dlatego, że charakterologicznie jesteśmy skrajnie odmienni od Duńczyków, więc duńska "Rita" musi mi wystarczyć. Ale serio, ile ona pali! Aż w oczy szczypie! Musieli zatrudnić palącą aktorkę, bo inaczej w życiu nie dałaby rady nieustannie się zaciągać.

Styczeń minął mi poniekąd pozytywnie. No, w zależności od tego, jak na to spojrzeć. Dokonałam jakiś czas temu różnych zmian w życiu, a jedną z nich było założenie firmy. O dziwo, miałam niesłychanie intensywny zawodowo koniec roku, bardzo dużo pisałam i tłumaczyłam i byłam upiornie zmęczona, ale szczęśliwa. Za to przez cały styczeń cisza, nawet jednego zlecenia, dopiero dziś dostałam tekst do napisania. Śmieszne, że odetchnęłam z ulgą na perspektywę wysmażenia paru stron pijarowego szitu, tylko dlatego, że chcę utrzymać tę moją mikro firemkę.

Ale nie ma tego złego, bo wierzcie lub nie, w styczniu dzięki większej ilości wolnego czasu zaczęłam chodzic na siłownię. Później opowiem dokładniej, a na razie raport - tyłek podniósł mi się o 1 cm, umiem biec przez 5 i pół minuty bez zadyszki i ramiona ciut mniej mi falują. A przede wszystkim jestem z siebie dumna. To wyjątkowo rzadki moment w moim życiu.

21:56, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 stycznia 2018
poniedziałek cierpiący

Wstałam dziś rano i odkryłam, że mózg mi sie rozpada jak ciepła konserwa mięsna. Ani przedśniadaniowy Ibuprom pierwszy, ani wzmocniony kawa drugi nie zmniejszyły przeraźliwego bólu, który literalnie rozsadzał mi czaszkę. Dopiero, jak już rzygałam z bólu, przypomniałam sobie o Ketonalu, który usunął mi nieco tę czerwona mgłe z oczu. Nie do końca, ale nie mogłam odpłynąć w cisze i mrok, bo musiałam odstawić Gustawa do warsztatu. Muszę przyznać, że jako posiadaczka samochodu trzy razy starszego (i wielokrotnie tańszego) jestem oburzona fochami jaśnie pana Gustawa. Stefan od lat wiernie i bez kaprysów, jak koń pociagowy, wozi mnie gdzie zechcę i nie marudzi. A rasowy rumak Gustaw wydziwia, kopytkiem grzebie i prycha, jak tylko coś mu nie pasuje: a to mu sie filterek przytka, a to oleju zabraknie, a to za zimno, no wiecznie cos nie tak. Ostatnio ma fanaberię taka, że zmniejsza obroty do tempa krakowskiej dorożki, więc pierwsze cztery kilometry, ku uciesze współkierowców, pokonałam z prędkością 20 km/h. Ach, te rasowce, takie delikatne.... Chyba z tego stresu Ketonal przestał działać, więc kiedy wreszcie dotarłam z powrotem do domu, byłam tylko w stanie doczołgac sie do kanapy. Jak padłam, tak leżałam przez cztery godziny, nie mogąc nawet otworzyc oczu z bólu. Nie wiem, czy tak wyglada migrena, bo takiej prawdziwej nie miewam, ale jeśli tak, to ja serdecznie i szczerze współczuję migrenowcom. Po tych czterech godzinach i kolejnym Ketonalu (przepraszam, watrobo) zrobiło mi się jakby ciut lepiej. Nie na tyle, żebym mogła coś zrobić, ale przynajmniej włączyłam sobie TV, gdzie trafiłam na dość przerażający program. Kiedy mąż będzie miał następnym razem pretensje, że oglądam horrory, każę mu popatrzeć na "Historie wielkiej wagi" o ludziach, którzy przygotowują sie do operacji zmniejszenia żołądka. Przyznaję, że gapiłam się ze zgrozą i chorą fascynacją, jak jedna pani schodziła ze schodów. I słuchajcie, ona cała falowała, od szyi w dół, jak jakis egzotyczny monstrualny wodorost...A inna pani od roku nie wstała z łóżka, bo była po prostu za gruba. A ja akurat zgłodniałam, jak mi sie w głowie i żołądku polepszyło i normalnie bałam się zjeść drożdżówkę. Jutro idę na siłownię. Zanim zrobią polską edycję. Ale dzisiaj mam poczucie totalnej straty całego dnia. Porażka.

21:11, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 stycznia 2018
O sesji i Gustawie

- Co to jest? – spytałam mojego syna po dłuższej chwili komtemplowania wyrafinowanej konstrukcji, jaką zbudował na stole. Skomplikowana wieża składała się głównie z tabliczek czekolady i puszek energetyków.

- To? – z goryczą odpowiedział Misiek – To piramida żywieniowa studenta.-

No tak. Sesja w toku, drodzy państwo. Misiek od kilku miesięcy jest dumnym studentem mojej i męża Alma Mater, czyli Uniwersytetu Warszawskiego. Dostał się w sumie śpiewająco na swój wymarzony kierunek i wydaje się być totalnie zadowolony i zintegrowany ze studenckim życiem. Żeby jeszcze tych egzaminów nie było, nieprawdaż?

Proces odpępowienia mojego starszego dziecka dobiega końca.  W naszym domu mieszka prawie  niezależny, zajęty swoimi sprawami, dorosły człowiek. Człowiek, zaznaczmy, z prawem jazdy, co niesłychanie podniosło komfort także mojego życia, bo wreszcie nie muszę dowozić Miśka co dzień rano na stację.

W ogóle to śmieszna sprawa z tymi samochodami.  Ponieważ mąż w nowej pracy dostał obligatoryjnie samochód służbowy, nagle okazało się, że jesteśmy zmotoryzowani do przesady, jak amerykańska rodzina z przedmieść. Wypożyczyłam więc Miśkowi staruszka Stefana, żeby sobie dojeżdżał na PKP, a sama z pewną taką nieśmiałością przesiadłam się do śliczniutkiego samochodu męża. Początkowo to było dość traumatyczne ze względu na naszą znaczącą niekompatybilność wizualną. Próbowałam się czesać i malować przed jazdą, czasem nawet zakładałam ładniejsze ubranie, ale nic nie pomagało. Czułam, że wszyscy naokoło widzą, jak bardzo nie pasuję do tych eleganckich siedzeń i lśniących chromów. Wreszcie wpadłam na pomysł, żeby dostosować samochód do mnie, a nie na odwrót. Nadałam mu więc imię -  Gustaw, schlapałam karoserię okolicznym błotem, powiesiłam mu na lusterku szydełkowego króliczka zombie, a deskę rozdzielczą obkleiłam szturmowcami Imperium, czyli stickersami z Lidla. Jakby lepiej, nawet przestałam się przeglądać w lustrze przed wyjściem z domu. Chociaż mąż już nie chce nim jeździć. Twierdzi, że czuje się jak matka, której ktoś wytatuował ukochane dziecko w obraźliwe napisy. Niestety nie wie, że jeszcze nie skończyłam z jego pupilkiem. Myślę o szydełkowym pokrowcu na kierownicę. Jak sądzicie? Czy lepiej futrzaste pompony?

- Czy naprawdę myślisz – spytała mnie właśnie z politowaniem Lola – że jak upchniesz krówki między jabłkami, to nabiorą podobnych właściwości zdrowotnych jak owoce? –

A nie? Na serio nie? Tak przez osmozę…

09:40, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
sobota, 06 stycznia 2018
Honey, I'm baack a także Opowieść wigilijna

Szanowni Państwo,

Z przyjemnością informuję nielicznych zainteresowanych, że powracam. Troche naprawiłam, co się zepsuło, trochę nie do końca, ale przynajmniej nie nurzam się już w odmętach cierpienia. Albowiem cierpienie wcale nie uszlachetnia, tylko kopie w tyłek. Na razie nie będę dywagować o przyczynach, i nawet nie próbuję nadrabiać zaległości, za to jako rekompensatę wrzucam świąteczną historyjkę. Ciesze się, że wracam!

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

Natychmiast po wejściu do domu teściów szczelnie opatulił nas klimat grozy. Z  kątów dobiegały zdławione łkania i pospiesznie uciszane złowieszcze szepty „bo to twoja wina”, „bo ty zawsze”, „czy ona może choć raz”, a przede wszystkim „CO TERAZ BĘDZIE?”.

Moja szwagierka poza roztargnionym amerykańskim mężem i hiperaktywnym synem zwiększyła jakiś czas temu stan posiadania o córkę. Rozkoszne maleństwo, obdarzone monstrualnym apetytem, z równie wielkim zapałem zużywa pampersy. I o pampersy właśnie poszło, a raczej ich brak.

Zapomniana paczka pieluch tkwiła w Warszawie, a nam zajrzało w oczy widmo owijania dzieciny rąbkiem szaty w żłobie, no bo głucha wieś, hektar do jakichkolwiek sklepów większych niż budka pana Zdzisia z chlebem i piwem na kreskę, i wigilijny wieczór na dokładkę.

Mąż przytomnie zapakował histeryzującą siostrę do samochodu i rozpoczął objazd okolicznych miasteczek i stacji benzynowych. Ja miałam gorzej - zostałam na posterunku, żeby szykować kolację z teściową i uspokajać teścia, który źle reaguje na każde odejście od tradycji.

Co dwadzieścia minut dzwoniłam do męża i zestresowana na maksa raportowałam: Teść mamrocze złowieszczo i chodzi od okna do okna. Teściowa po raz trzeci podgrzewa rybę. Pierogi też. Over.

Mąż przy wtórze siostrzanych lamentów donosił: Czwarta stacja benzynowa bez pieluch. Tesco zamknięte. Żabki, Stokrotki i inne okoliczne punkty handlowe takoż. Jedyna dyżurna apteka w okolicy pieluch nie prowadzi. Wyczerpujemy możliwości. Over.

W końcu wrócili. Rozanielona szwagierka tuliła do łona paczkę pieluch Dada. Jednak dopiero kiedy ukoiliśmy nerwy teścia pospiesznym połknięciem ryby z kapustą, udało mi się dowiedzieć, jak weszli w posiadanie upragnionego towaru.

- Krążyliśmy po tych opłotkach jak Maryja z Józefem w poszukiwaniu stajenki. – opowiadał mąż żując podgrzane po raz piąty i całkowicie niejadalne pierogi - W końcu uznaliśmy, że wrócimy do tej apteki i znajdziemy coś odrobinę zbliżonego do pieluch, ligninę czy co. No i kiedy dociskałem aptekarkę, żeby poszukała na zapleczu, może coś znajdzie, jakiś facet który stał za mną, spytał – a te pieluchy, to jaki rozmiar pan potrzebuje? Od słowa do słowa, gość zadzwonił do żony, uzgodnił stan posiadania i powiedział, żebyśmy za nim pojechali, to nam sprzeda pieluchy. No i pojechaliśmy na jakieś odludzie totalne. Domek malutki, a w wejściu niemal naturalnych rozmiarów stajenka, taka bardziej przepiękna, artystyczna. Normalnie metafizycznie się poczułem –

Mąż niestety nie przeżył nawrócenia z powodu wigilijnego cudu. Wszyscy przeżyliśmy atak niestrawności po podgrzewanej wielokrotnie kolacji. Prezenty były totalnie udane. A kiedy nad najmłodszym członkiem rodziny uniosła się fala odrażającej woni, wszyscy zaczęliśmy klaskać – wszak dzieciątko dzisiaj naprawdę miało wyjątkowo udany dzień.

18:07, teraz_asia
Link Komentarze (14) »
czwartek, 21 września 2017
zawieszam się

 

Zbierałam się jak widać długo, żeby to napisać. Zawieszam na razie pisanie bloga. Niewielka to różnica, zważywszy na częstotliwość ostatnich wpisów, ale jednak, żeby formalnościom stało się zadość.

Nie chcę specjalnie tłumaczyć, dlaczego. Mam konkretne problemy życiowe, z którymi muszę sobie poradzić, a nie mogę i nie chcę pisać o nich na publicznym blogu. Dopóki nie rozwiążę paru spraw, nie widzę sensu tworzenia tematów zamiast. Chwilowo niedomagam także w zakresie błyskotliwości i poczucia humoru, więc niewielka strata.

Jeśli ogarnę sytuację do końca roku, wracam po Sylwestrze. Jeśli nie....dobra. Ogarnę. OK?

Dzięki za te ostatnie lata. Bywało fajnie, no nie?

Pa. Na razie.

Asia

20:42, teraz_asia
Link Komentarze (15) »
środa, 23 sierpnia 2017
yellowstone

Pospiesznie, bo zdaje się, że Lola wreszcie wyszła spod prysznica i możemy ruszyć. Od wczoraj mamy na tapecie Yellowstone. Nie ma możliwości, żeby zobaczyć park w ciągu jednego dnia, jest gigantyczny, a atrakcje porozrzucane na dużym obszarze. Wczoraj dojechaliśmy do hotelu przed 23 i nieżywi padliśmy na łóżka, dlatego dzisiaj zbieramy się powolutku. Yellowstone zachwyciło mnie najbardziej ze wszystkich dotychczas odwiedzonych miejsc. Może dlatego, że w przeciwieństwie do nawet najbardziej malowniczych skał, tętni życiem. Na ogromnych preriach i kolorowych nadrzecznych łąkach pasą się stada jeleni i bizonów, rzeki meandrują w dolinach i spadają wodospadami z gór, nawet białe, dymiące obszary termalne nie wydają się martwe ze względu na kolorowe dywany bakterii (amatorek siarkowodoru) i bulgocące wesoło wrzące źródełka. Nie wspominając o tym, że temperatura nareszcie idealna, 22 - 25 stopni, więc oddycham z ulgą. Wczoraj widzieliśmy piękny wodospad w kanionie Yellowstone, obszar gejzerów Norris i fascynująca formację zdaje się kalcytową, która wyglądała jak Pammukale w miniaturze.

Dzisiaj więcej gejzerów. I bizonów. Pędzę, bo mnie popędzają.

 

16:54, teraz_asia
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50