poniedziałek, 29 stycznia 2018
neofita

Nie wiem do tej pory, jak to się stało, że dzień przed Sylwestrem wylądowałam z mężem na siłowni. Mąż nie wiedział jeszcze bardziej. Przyglądał mi więc bez przerwy się czujnie i nerwowo, czekając na moment, kiedy zareaguję na stres w typowy dla siebie sposób:

- podczas nauki jazdy zdarzyło mi się kilka razy zatrzymać samochód na środku ulicy i wyskoczyć z niego z wrzaskiem, że ja już nie chcę i się rozmyśliłam. 

- w kulminacyjnym momencie pierwszego porodu wstałam i zażądałam przełożenia tej zabawy na później, bo teraz to ja już nie mogę i się zmęczyłam

- godzinę przed ślubem zabarykadowałam się w łazience i odmówiłam wyjścia, bo nie czułam się gotowa do tak poważnego kroku i ja się jeszcze zastanowię

Stawka tym razem była jakby mniejsza, ale i tak widziałam, że mąż traktuje mnie jak agresywnego amstaffa bez kagańca. No nie powiem, odrobinkę miałam ochotę zwiać, zwłaszcza gdy zobaczyłam te dwudziestoletnie modelki na bieżniach i tych napakowanych Adonisów z ciężarami. Po paru minutach obserwacji z wyżyn orbitreka odkryłam jednak, że Adonisi patrzą wyłącznie na swoje odbicia w lustrach, modelki patrzą w smartfony, a na mnie nie patrzy zupełnie nikt (poza nieufnym i lekko spiętym mężem). Zostałam. Mąż odważył się pokazać mi działanie kilku maszyn (cały czas czekając na to, że wypruję do szatni), trochę pomajtałam się na orbitreku, biegłam przez całą minutę na bieżni, dostałam zapaści z wyczerpania, fałda brzuszna pod wpływem wstrząsów ułożyła mi się na kolanach, i wtedy przeżyłam olśnienie. Iluminację wręcz. Że to jest dokładnie to, co mi się podoba i że jestem w stanie tu chodzić. Bo nikt mnie nie pilnuje. Bo nie muszę robić nic w rytmie ani w tempie. Nie ma grupy, która robi to samo. Nie ma wyznaczonego czasu ani procedury. Jednym słowem - wymarzona forma wysiłku dla szybko nudzących się introwertyków bez formy i poczucia rytmu.

No i chodzę. Nieustannie mam zakwasy. Nie schudłam nawet dekagrama. Ale humor mam lepszy, a chyba teraz potrzebuje tego bardziej niż ładnej figury.

Wybaczcie mi te neofickie zwierzenia, o zgrozo, brzmię chyba jak mój mąż opowiadający o golfie. A propos - w niedługim czasie spodziewajcie się wstrząsających wpisów, gdyż albowiem obiecałam mężowi, że wezmę kilka lekcji golfa (zaraz potem dostanę od prezydenta odznaczenie dla Żony Roku, a kościół mianuje mnie błogosławioną męczennicą)

21:11, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 stycznia 2018
O nieświętej Ricie i pozytywach

Naukowcy z Teksasu udowodnili, że nałogowe oglądanie seriali prowadzi do depresji i samotności. No, bardzo niedobrze, bardzo. Co gorsza, z własnego doświadczenia mogę dodać, że także do bólu w karku i używania duńskiego w życiu codziennym. Pamiętacie "Lesia" Chmielewskiej i Duńczyka Bjorna, który powtarzał "Ja tak" i okazało się, że mówił "Tak, dziękuję"? No więc uwierzcie mi, że oni naprawdę tak rozkosznie dziękują sobie nawzajem i w ogóle duński jest przezabawnym językiem. 

Weszłam w ciąg  i nałogowo oglądam serial "Rita" o kompulsywnej nauczycielce z nałogami i porąbanym życiem osobistym. Oderwać się wprost nie mogę. Pomijając fakt, że to generalnie niezły film, jest absolutnie niesamowitym studium społeczeństwa duńskiego. Związki, rodzina, szkoła, imigranci, stosunek do aborcji, do seksu, do instytucji publicznych i edukacji jest dla mnie egzotyką na miarę Kamerunu. Raczej nie ma szans, żeby w Polsce zaistniał w najbliższym dwudziestoleciu podobny serial, choćby dlatego, że charakterologicznie jesteśmy skrajnie odmienni od Duńczyków, więc duńska "Rita" musi mi wystarczyć. Ale serio, ile ona pali! Aż w oczy szczypie! Musieli zatrudnić palącą aktorkę, bo inaczej w życiu nie dałaby rady nieustannie się zaciągać.

Styczeń minął mi poniekąd pozytywnie. No, w zależności od tego, jak na to spojrzeć. Dokonałam jakiś czas temu różnych zmian w życiu, a jedną z nich było założenie firmy. O dziwo, miałam niesłychanie intensywny zawodowo koniec roku, bardzo dużo pisałam i tłumaczyłam i byłam upiornie zmęczona, ale szczęśliwa. Za to przez cały styczeń cisza, nawet jednego zlecenia, dopiero dziś dostałam tekst do napisania. Śmieszne, że odetchnęłam z ulgą na perspektywę wysmażenia paru stron pijarowego szitu, tylko dlatego, że chcę utrzymać tę moją mikro firemkę.

Ale nie ma tego złego, bo wierzcie lub nie, w styczniu dzięki większej ilości wolnego czasu zaczęłam chodzic na siłownię. Później opowiem dokładniej, a na razie raport - tyłek podniósł mi się o 1 cm, umiem biec przez 5 i pół minuty bez zadyszki i ramiona ciut mniej mi falują. A przede wszystkim jestem z siebie dumna. To wyjątkowo rzadki moment w moim życiu.

21:56, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 stycznia 2018
poniedziałek cierpiący

Wstałam dziś rano i odkryłam, że mózg mi sie rozpada jak ciepła konserwa mięsna. Ani przedśniadaniowy Ibuprom pierwszy, ani wzmocniony kawa drugi nie zmniejszyły przeraźliwego bólu, który literalnie rozsadzał mi czaszkę. Dopiero, jak już rzygałam z bólu, przypomniałam sobie o Ketonalu, który usunął mi nieco tę czerwona mgłe z oczu. Nie do końca, ale nie mogłam odpłynąć w cisze i mrok, bo musiałam odstawić Gustawa do warsztatu. Muszę przyznać, że jako posiadaczka samochodu trzy razy starszego (i wielokrotnie tańszego) jestem oburzona fochami jaśnie pana Gustawa. Stefan od lat wiernie i bez kaprysów, jak koń pociagowy, wozi mnie gdzie zechcę i nie marudzi. A rasowy rumak Gustaw wydziwia, kopytkiem grzebie i prycha, jak tylko coś mu nie pasuje: a to mu sie filterek przytka, a to oleju zabraknie, a to za zimno, no wiecznie cos nie tak. Ostatnio ma fanaberię taka, że zmniejsza obroty do tempa krakowskiej dorożki, więc pierwsze cztery kilometry, ku uciesze współkierowców, pokonałam z prędkością 20 km/h. Ach, te rasowce, takie delikatne.... Chyba z tego stresu Ketonal przestał działać, więc kiedy wreszcie dotarłam z powrotem do domu, byłam tylko w stanie doczołgac sie do kanapy. Jak padłam, tak leżałam przez cztery godziny, nie mogąc nawet otworzyc oczu z bólu. Nie wiem, czy tak wyglada migrena, bo takiej prawdziwej nie miewam, ale jeśli tak, to ja serdecznie i szczerze współczuję migrenowcom. Po tych czterech godzinach i kolejnym Ketonalu (przepraszam, watrobo) zrobiło mi się jakby ciut lepiej. Nie na tyle, żebym mogła coś zrobić, ale przynajmniej włączyłam sobie TV, gdzie trafiłam na dość przerażający program. Kiedy mąż będzie miał następnym razem pretensje, że oglądam horrory, każę mu popatrzeć na "Historie wielkiej wagi" o ludziach, którzy przygotowują sie do operacji zmniejszenia żołądka. Przyznaję, że gapiłam się ze zgrozą i chorą fascynacją, jak jedna pani schodziła ze schodów. I słuchajcie, ona cała falowała, od szyi w dół, jak jakis egzotyczny monstrualny wodorost...A inna pani od roku nie wstała z łóżka, bo była po prostu za gruba. A ja akurat zgłodniałam, jak mi sie w głowie i żołądku polepszyło i normalnie bałam się zjeść drożdżówkę. Jutro idę na siłownię. Zanim zrobią polską edycję. Ale dzisiaj mam poczucie totalnej straty całego dnia. Porażka.

21:11, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 stycznia 2018
O sesji i Gustawie

- Co to jest? – spytałam mojego syna po dłuższej chwili komtemplowania wyrafinowanej konstrukcji, jaką zbudował na stole. Skomplikowana wieża składała się głównie z tabliczek czekolady i puszek energetyków.

- To? – z goryczą odpowiedział Misiek – To piramida żywieniowa studenta.-

No tak. Sesja w toku, drodzy państwo. Misiek od kilku miesięcy jest dumnym studentem mojej i męża Alma Mater, czyli Uniwersytetu Warszawskiego. Dostał się w sumie śpiewająco na swój wymarzony kierunek i wydaje się być totalnie zadowolony i zintegrowany ze studenckim życiem. Żeby jeszcze tych egzaminów nie było, nieprawdaż?

Proces odpępowienia mojego starszego dziecka dobiega końca.  W naszym domu mieszka prawie  niezależny, zajęty swoimi sprawami, dorosły człowiek. Człowiek, zaznaczmy, z prawem jazdy, co niesłychanie podniosło komfort także mojego życia, bo wreszcie nie muszę dowozić Miśka co dzień rano na stację.

W ogóle to śmieszna sprawa z tymi samochodami.  Ponieważ mąż w nowej pracy dostał obligatoryjnie samochód służbowy, nagle okazało się, że jesteśmy zmotoryzowani do przesady, jak amerykańska rodzina z przedmieść. Wypożyczyłam więc Miśkowi staruszka Stefana, żeby sobie dojeżdżał na PKP, a sama z pewną taką nieśmiałością przesiadłam się do śliczniutkiego samochodu męża. Początkowo to było dość traumatyczne ze względu na naszą znaczącą niekompatybilność wizualną. Próbowałam się czesać i malować przed jazdą, czasem nawet zakładałam ładniejsze ubranie, ale nic nie pomagało. Czułam, że wszyscy naokoło widzą, jak bardzo nie pasuję do tych eleganckich siedzeń i lśniących chromów. Wreszcie wpadłam na pomysł, żeby dostosować samochód do mnie, a nie na odwrót. Nadałam mu więc imię -  Gustaw, schlapałam karoserię okolicznym błotem, powiesiłam mu na lusterku szydełkowego króliczka zombie, a deskę rozdzielczą obkleiłam szturmowcami Imperium, czyli stickersami z Lidla. Jakby lepiej, nawet przestałam się przeglądać w lustrze przed wyjściem z domu. Chociaż mąż już nie chce nim jeździć. Twierdzi, że czuje się jak matka, której ktoś wytatuował ukochane dziecko w obraźliwe napisy. Niestety nie wie, że jeszcze nie skończyłam z jego pupilkiem. Myślę o szydełkowym pokrowcu na kierownicę. Jak sądzicie? Czy lepiej futrzaste pompony?

- Czy naprawdę myślisz – spytała mnie właśnie z politowaniem Lola – że jak upchniesz krówki między jabłkami, to nabiorą podobnych właściwości zdrowotnych jak owoce? –

A nie? Na serio nie? Tak przez osmozę…

09:40, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
sobota, 06 stycznia 2018
Honey, I'm baack a także Opowieść wigilijna

Szanowni Państwo,

Z przyjemnością informuję nielicznych zainteresowanych, że powracam. Troche naprawiłam, co się zepsuło, trochę nie do końca, ale przynajmniej nie nurzam się już w odmętach cierpienia. Albowiem cierpienie wcale nie uszlachetnia, tylko kopie w tyłek. Na razie nie będę dywagować o przyczynach, i nawet nie próbuję nadrabiać zaległości, za to jako rekompensatę wrzucam świąteczną historyjkę. Ciesze się, że wracam!

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

Natychmiast po wejściu do domu teściów szczelnie opatulił nas klimat grozy. Z  kątów dobiegały zdławione łkania i pospiesznie uciszane złowieszcze szepty „bo to twoja wina”, „bo ty zawsze”, „czy ona może choć raz”, a przede wszystkim „CO TERAZ BĘDZIE?”.

Moja szwagierka poza roztargnionym amerykańskim mężem i hiperaktywnym synem zwiększyła jakiś czas temu stan posiadania o córkę. Rozkoszne maleństwo, obdarzone monstrualnym apetytem, z równie wielkim zapałem zużywa pampersy. I o pampersy właśnie poszło, a raczej ich brak.

Zapomniana paczka pieluch tkwiła w Warszawie, a nam zajrzało w oczy widmo owijania dzieciny rąbkiem szaty w żłobie, no bo głucha wieś, hektar do jakichkolwiek sklepów większych niż budka pana Zdzisia z chlebem i piwem na kreskę, i wigilijny wieczór na dokładkę.

Mąż przytomnie zapakował histeryzującą siostrę do samochodu i rozpoczął objazd okolicznych miasteczek i stacji benzynowych. Ja miałam gorzej - zostałam na posterunku, żeby szykować kolację z teściową i uspokajać teścia, który źle reaguje na każde odejście od tradycji.

Co dwadzieścia minut dzwoniłam do męża i zestresowana na maksa raportowałam: Teść mamrocze złowieszczo i chodzi od okna do okna. Teściowa po raz trzeci podgrzewa rybę. Pierogi też. Over.

Mąż przy wtórze siostrzanych lamentów donosił: Czwarta stacja benzynowa bez pieluch. Tesco zamknięte. Żabki, Stokrotki i inne okoliczne punkty handlowe takoż. Jedyna dyżurna apteka w okolicy pieluch nie prowadzi. Wyczerpujemy możliwości. Over.

W końcu wrócili. Rozanielona szwagierka tuliła do łona paczkę pieluch Dada. Jednak dopiero kiedy ukoiliśmy nerwy teścia pospiesznym połknięciem ryby z kapustą, udało mi się dowiedzieć, jak weszli w posiadanie upragnionego towaru.

- Krążyliśmy po tych opłotkach jak Maryja z Józefem w poszukiwaniu stajenki. – opowiadał mąż żując podgrzane po raz piąty i całkowicie niejadalne pierogi - W końcu uznaliśmy, że wrócimy do tej apteki i znajdziemy coś odrobinę zbliżonego do pieluch, ligninę czy co. No i kiedy dociskałem aptekarkę, żeby poszukała na zapleczu, może coś znajdzie, jakiś facet który stał za mną, spytał – a te pieluchy, to jaki rozmiar pan potrzebuje? Od słowa do słowa, gość zadzwonił do żony, uzgodnił stan posiadania i powiedział, żebyśmy za nim pojechali, to nam sprzeda pieluchy. No i pojechaliśmy na jakieś odludzie totalne. Domek malutki, a w wejściu niemal naturalnych rozmiarów stajenka, taka bardziej przepiękna, artystyczna. Normalnie metafizycznie się poczułem –

Mąż niestety nie przeżył nawrócenia z powodu wigilijnego cudu. Wszyscy przeżyliśmy atak niestrawności po podgrzewanej wielokrotnie kolacji. Prezenty były totalnie udane. A kiedy nad najmłodszym członkiem rodziny uniosła się fala odrażającej woni, wszyscy zaczęliśmy klaskać – wszak dzieciątko dzisiaj naprawdę miało wyjątkowo udany dzień.

18:07, teraz_asia
Link Komentarze (14) »
czwartek, 21 września 2017
zawieszam się

 

Zbierałam się jak widać długo, żeby to napisać. Zawieszam na razie pisanie bloga. Niewielka to różnica, zważywszy na częstotliwość ostatnich wpisów, ale jednak, żeby formalnościom stało się zadość.

Nie chcę specjalnie tłumaczyć, dlaczego. Mam konkretne problemy życiowe, z którymi muszę sobie poradzić, a nie mogę i nie chcę pisać o nich na publicznym blogu. Dopóki nie rozwiążę paru spraw, nie widzę sensu tworzenia tematów zamiast. Chwilowo niedomagam także w zakresie błyskotliwości i poczucia humoru, więc niewielka strata.

Jeśli ogarnę sytuację do końca roku, wracam po Sylwestrze. Jeśli nie....dobra. Ogarnę. OK?

Dzięki za te ostatnie lata. Bywało fajnie, no nie?

Pa. Na razie.

Asia

20:42, teraz_asia
Link Komentarze (15) »
środa, 23 sierpnia 2017
yellowstone

Pospiesznie, bo zdaje się, że Lola wreszcie wyszła spod prysznica i możemy ruszyć. Od wczoraj mamy na tapecie Yellowstone. Nie ma możliwości, żeby zobaczyć park w ciągu jednego dnia, jest gigantyczny, a atrakcje porozrzucane na dużym obszarze. Wczoraj dojechaliśmy do hotelu przed 23 i nieżywi padliśmy na łóżka, dlatego dzisiaj zbieramy się powolutku. Yellowstone zachwyciło mnie najbardziej ze wszystkich dotychczas odwiedzonych miejsc. Może dlatego, że w przeciwieństwie do nawet najbardziej malowniczych skał, tętni życiem. Na ogromnych preriach i kolorowych nadrzecznych łąkach pasą się stada jeleni i bizonów, rzeki meandrują w dolinach i spadają wodospadami z gór, nawet białe, dymiące obszary termalne nie wydają się martwe ze względu na kolorowe dywany bakterii (amatorek siarkowodoru) i bulgocące wesoło wrzące źródełka. Nie wspominając o tym, że temperatura nareszcie idealna, 22 - 25 stopni, więc oddycham z ulgą. Wczoraj widzieliśmy piękny wodospad w kanionie Yellowstone, obszar gejzerów Norris i fascynująca formację zdaje się kalcytową, która wyglądała jak Pammukale w miniaturze.

Dzisiaj więcej gejzerów. I bizonów. Pędzę, bo mnie popędzają.

 

16:54, teraz_asia
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 sierpnia 2017
streszczenie pierwszego tygodnia

Miałam sielską wizję, że co wieczór będę siadać w hotelu i wiernie spisywać nasze fascynujące przygody. Rzeczywistość okazała się oczywiście bardziej skomplikowana. Przez pierwsze dni z powodu jet laga padałam na nos. Przez następne z powodu wyczerpania/późnego dojazdu/braku zasięgu pisanie odpadało. I tak minął pierwszy tydzień WAWa.

Musze przyznać, że bardzo, ale to bardzo lubię podróżować po Stanach. To jest niesamowicie przyjazny turystom kraj. Drogi są genialne, można bez zmęczenia pokonywać ogromne odległości, cała  infrastruktura jedzeniowo/hotelowo/parkingowa działa bez zarzutu, a Amerykanie w trasie są otwartym, rozmownym ludkiem. Przez cały rok nie weszłam w tyle rozmów i relacji międzyludzkich jak przez ten tydzień.

Wylądowaliśmy w Los Angeles, z którego natychmiast uciekliśmy. Jesteśmy typowo outdorowym towarzystwem i duże miasta wykańczają nas po kilku godzinach. Następnego dnia dotarliśmy do parku sekwoi. Zaiste, imponujące drzewka. Niestety, nie mam jak wrzucać zdjęć, bo mąż zapomniał kabelka, więc fotki będą po powrocie.

Następnie ruszyliśmy na wschód w kierunku miasta grzechu i rozpusty. Młodzi podsumowali, że Las Vegas kojarzy im się z parkiem miniatur w Krajnie, tylko bardziej świecącym. Taka wylewająca się tandeta. Usiłowaliśmy wepchnąć ich w szpony hazardu, ale okazało się, że jako nieletni (Misiek też, bo poniżej 21 lat) nie mogą nawet przepuścić kasy w jednorękim bandycie.

Dlatego bez żalu porzuciliśmy kasyna i po obejrzeniu tamy Hoovera śmignęliśmy przez bezdroża i pustynie do Arizony, do Sedony, okrzykniętej najpiękniejszym miastem USA, i do Wielkiego Kanionu. Dwadzieścia lat temu oglądaliśmy z mężem Wielki Kanion, ale od drugiej, znacznie mniej interesującej strony. Południowa krawędź zapiera dech w piersiach, czasami dosłownie (czy wspominałam, że mam lęk wysokości?).

Później przejechaliśmy przez największy rezerwat Indian Nawajo i Dolinę Monumentów aż do pęczka najfajniejszych parków narodowych Utah - Archies, Capitol Reef, Bryce Canion i Zion. Jesteśmy w połowie oglądania i chyba powolutku zaczynam rzygać skałkami, w choćby najpiękniejszych kształtach i kolorach. Trochę dobijają mnie skoki temperatur - wczoraj wieczorem było 13 stopni, dzisiaj zapowiadają 38. Mam nadzieję, że nie dopadnie nas angina.

Za kilka dni największa trakcja wyjazdu - zaćmienie słońca!

 

 

 

 

 

 

16:37, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 sierpnia 2017
plan na WAW

Taka sytuacja, proszę państwa. Jutro raniutko wylatujemy na nasze Wielkie Amerykańskie Wakacje (w skrócie WAW). W ostatniej chwili przed moim popadnięciem w obłęd.

Ostatnie tygodnie były dla mnie absolutnie wyczerpujące, głównie psychicznie. Strasznie dużo rzeczy się decydowało, przeżyliśmy drastyczne załamanie finansowe, spiętrzenie papierkologii i różnych formalności, wyjaśnianie paru zaległych spraw....plus fala upałów, która mnie niemal dobiła.

Teraz rzecz jasna jestem w stanie rozsypki emocjonalnej, jak zazwyczaj przed wyjazdem. Mniej więcej co kwadrans sprawdzam, czy paszporty nadal tkwią w torebce, nerwowo głaszczę koty, przekładam ciuchy w walizce z boku na bok i gorączkowo myślę, czego tym razem zapomnę. Właśnie, czy ja wzięłam coś na gorączkę?

WAW był planowany od wczesnej wiosny, głównie ze względu na to, że wylatane przez męża tysiące mil lotniczych traciły ważność i musieliśmy do końca marca zamienić je na bilety. Wystarczyło akurat na cztery bilety do Stanów. 

Ale do adremu. Obiecałyśmy sobie z Lolą, że tym razem będziemy na bieżąco dokumentować naszą trasę, bo później wszystko nam się pomyli i zapomnimy, co, gdzie i jak. Jeśli mój plan wypali, mam zamiar wykorzystać w tym celu bloga. 

Mam nadzieję, że w amerykańskiej dziczy będą mieli wifi.

Trzymajcie kciuki, żeby mnie reisefieber nie wykończył.

21:56, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 lipca 2017
jestem

Jestem. Żyję. Walczę. Napiszę. Tylko już nie dzisiaj. Dzisiaj już za późno. Dzisiaj już się nie da.

Okropnie mi włosy śmierdzą piwem. Czy na pewno płukanie w piwie to dobry pomysł? Będę jutro jak żul spod Biedronki. A może wywietrzeję?

Dwa weta. Fajnie. Warto było spacerować po stolicy. 

Nie, serio. Dzisiaj odpadam. Jutro.

21:33, teraz_asia
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50