niedziela, 10 marca 2019
Przeprowadzka!!

 

https://4godzinynadobe.home.blog

To mój nowy adres, chociaż kręciłam nosem, przyznaję, że teraz widzę potencjał. Jakby szerzej, jaśniej, więcej możliwości zdjęciowo technicznych. Udało mi się opanować oporną materię Wordpressa (no dobra, oporna byłam ja, on cierpliwie czekał, aż się ogarnę.)

Wiosna idzie, także blogowa. Zamierzam korzystać z życia, bloga i wszystkiego, co mi wpadnie w ręce. Zapraszam!

 

 

 

 

15:50, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
piątek, 01 marca 2019
Opowiadanie łzawe straszliwie

Czyli moja praca na kurs pisarski. Mieliśmy wymyślić opowiadanie do zdjęcia. Moje przedstawiało trzy roześmiane nastolatki na rowerach. No naprawdę, nie wiem, co mi siedzi w głowie, że wyszło to, co wyszło....

Ostatnie lato

- A pamiętasz to lato, kiedy upiłyśmy się winem twojej babci, a ja spadłam z okna i złamałam nogę? -
Hanka powoli otwiera i zamyka oczy, zbyt duże w wychudzonej twarzy. Cień uśmiechu na chwilę wygładza zapadnięte policzki. Tak, pamiętam.
Jak mogłybyśmy zapomnieć tamto lato? Ostatnie lato naszej niewinności. Wariackie wycieczki rowerowe, podjadanie papierówek z cudzych sadów i tarzanie się w stosach zgrabionego siana. Nawet teraz, po trzydziestu latach, samo wspomnienie przywołuje zapach jabłek i nagrzanej słońcem, skoszonej trawy.
Hanka zaciska nagle usta jak dziecko, które zaraz ma się rozpłakać, a bruzdy naokoło warg bieleją jej z wysiłku. Monika podrywa się z krzesła i wybiega z sali. – Zawołam Andrzeja – mówi jeszcze przy drzwiach, ale wiem, że nie dlatego wychodzi.
Mi też trudno tu wysiedzieć. Chwilę temu znów dyskretnie patrzyłam na zegarek, czy obiecane Andrzejowi pół godziny już minęło.
Nie wiedziałam, że jest chora. Naprawdę nie wiedziałam. Kiedy Andrzej zadzwonił i powiedział:
– Ona ciągle o was pyta. Proszę, wpadnijcie chociaż na pół godziny. – nie myślałam, że jest tak źle.
Stał pod salą. Spytałam, jaki rak, jakie rokowania. Spojrzał tylko na mnie, i wyglądał jak ten męczennik ze starych obrazów, Sebastian chyba? Ten przebity strzałami. Poczułam bezrozumną zawiść, że mnie tak nikt nie kocha. Całkiem jak dawniej.
A jednak coś się zmieniło. Zrozumiałam to, kiedy zobaczyłam nieruchomy kokon białej pościeli na szpitalnym łóżku, zbyt mały, żeby mógł objąć dawną Hankę. Zawsze zajmowała więcej miejsca, niż ona sama. Jakby cała ta uroda i radość życia nie mogły pomieścić się w środku.
Teraz oczy Hanki wyglądają jak dziury wycięte w kartce papieru, czarne, bezrzęse i ogromne. Patrzy na mnie wyczekująco. Mów jeszcze.
- Miałyśmy wtedy po piętnaście lat, pamiętasz? – mówię miękko, jakbym opowiadała bajkę – Wszystko było takie wyraźne, takie…czyste. Jakbyśmy miały żyć wiecznie… – urywam nagle przerażona, ale Hanka znowu wyciąga na twarz tę smugę uśmiechu i powoli kręci głową. Nieważne. Mów.
- A Monika zakosiła wino z piwnicy twojej babci i wychlałyśmy je w stogu siana. Boże, jak myśmy potem chorowały. – odważnie ciągnę dalej.
- Mówiłam, że jest strasznie mocne – słyszę nagle głos Moniki, która z powrotem zajmuje miejsce na metalowym taborecie – Nie musiałyście wytrąbić całej butelki. –
Patrzę na nią kątem oka. Tylko dwa cieniutkie rowki wyżłobione w perfekcyjnym makijażu pokazują, co robiła za drzwiami. Zawsze umiała ładnie płakać.
- A tydzień później poszłyśmy pod dom tego Marka, w którym się wtedy kochałam. Koniecznie chciałam zobaczyć, jak wygląda jego pokój i wlazłam po kracie od winorośli. No i krata się złamała, ja łupnęłam o ziemię, a w nodze tak mi chrupnęło… -
- Błagam, Magda, w życiu nie zapomnę tego dźwięku – Monika krzywi się demonstracyjnie. – I tak najgorsze było to, że musiałyśmy cię jakoś wyciągnąć z ogrodu Leśniewskich, no bo jak byśmy wytłumaczyły, że leżysz u nich pod oknem? –
Z łóżka dobiega jakiś dźwięk, jak szelest jesiennych liści. Hanka się śmieje, suchym, dziwnym śmiechem khy, khy, khy, ale oczy ma jasne i przejrzyste.
Czuję, jak napięta sprężyna, która kłuła mnie w środku od momentu, kiedy tu weszłam, rozluźnia się trochę. Zapomniałam już, że Hanka to potrafiła. Jeden uśmiech i wszyscy byli szczęśliwi. Hankę kochał każdy, kto ją spotkał. I to właśnie zabiło naszą przyjaźń.
Ale jeszcze nie tego lata. To lato należało do nas.
- Noga złamana w dwóch miejscach. Drogie dziecko, jak ci się udało to zrobić przy upadku z roweru?? Może masz łamliwość kości? – cytuję uroczyście lekarza, który dwadzieścia lat temu z niesmakiem oglądał prześwietlenie mojej wykręconej dziwacznie kończyny. Dziewczyny śmieją się, Hanka cicho i szeleszcząco, Monika perliście i elegancko.
–Wsadzili mnie w gips na sześć tygodni. Gdyby nie wy…Ale warto było. Mówiłam wam, że miał w pokoju plakat Samanthy Fox w bikini? –
- Żartujesz!? Przecież on był ministrantem! – wykrzykuje Monika z takim przejęciem, że wybucham śmiechem.
- A pamiętacie, jak poszłyśmy na odpust i Hanka wygrała na loterii gipsową krowę? –
Nagle cichnę, bo przypominam sobie, co było dalej. To właśnie na tym odpuście Hanka poznała Piotra. Wszystkie trzy zamieramy na chwilę, nie wiedząc, jak z tego wybrnąć.
- A pamiętacie, jak… - zaczyna Monika ze sztucznym ożywieniem, ale to nie ma sensu. Jesteśmy już w innym miejscu i nie możemy wrócić.
Przychodzi następne lato i Hanka już nie należy do nas. Zakochana tą nieprzytomną pierwszą miłością, która sprawia, że nie widzisz nikogo innego. Piotr. Tylko Piotr. Nie było więcej rajdów rowerowych ani plotek w stogu siana. Trzymałyśmy się z Moniką w sztucznej komitywie, imitując nasze dawne rytuały, ale szybko stało się jasne, że to Hanka była kołem napędowym naszej przyjaźni. Piotr kochał Hankę. To było zrozumiałe. Ale Hanka kochała Piotra, i tego zrozumieć już nie mogłam. Wybrała jego, a nas porzuciła. Tak to wtedy widziałam.
Kiedy Monika przyszła do mnie tamtego ranka, miała szkliste oczy i wypieki na twarzy, jak w gorączce. – Wróci – oznajmiła głosem, który miał być triumfalny, ale brzmiał jak przerażony skrzek – teraz do nas wróci, zobaczysz –
Nie rozumiałam. Aż do wieczora, kiedy wreszcie znalazłam Hankę. Siedziała przy stawie, pod naszą wierzbą, obejmując kolana rękami i patrząc przed siebie. Czy płakała? Nie pamiętam. Pamiętam za to, że popatrzyła na mnie obojętnie, jakby na przestrzał – Wczoraj widziałam Monikę i Piotra. Razem. – Przełknęła z wysiłkiem ślinę – w jej łóżku. –
Chciałam wtedy z nią cierpieć. Naprawdę. Przytulić i powiedzieć – Wszystko się wyjaśni, to na pewno nic takiego, zobaczysz. –
Ale milczałam, bo w środku wszystko we mnie śpiewało, że teraz będzie jak dawniej, i że znów będziemy razem jeździć na rowerach, a Piotr wyparuje z naszego życia, jakby nigdy nie istniał. I Hanka to zobaczyła. Nie wiem jak, ale zobaczyła we mnie tę radość..
Następnym razem rozmawiałyśmy dopiero na jej ślubie, ale to była tylko uprzejma rozmowa obcych ludzi, bo tamtych nas już przecież nie było.
- Przepraszam – z odrętwienia wyrywa mnie nagle szloch Moniki. Klęczy przy łóżku Hanki i łka rozpaczliwie, nieelegancko, siorbiąc nosem i ocierając oczy pięścią – Haniu, ja cię tak strasznie przepraszam za tamto –
Hanka patrzy na nią, a w oczach ma tyle czułości, że i ja chcę się znaleźć w jej kręgu. Siadam na łóżku i ujmuję kruchą, chłodną dłoń. Hania wciąż patrzy na Monikę i tym swoim szeleszczącym szeptem mówi – Wszystko dobrze… Andrzej…Dzięki temu go mam. –
A potem lekko zaciska palce na mojej ręce. – Opowiedz jeszcze – prosi, a ja nie mogę odmówić, bo znowu wszystko jest jak dawniej.
Czas zatacza krąg. Mamy piętnaście lat i świat należy do nas. Trzymamy się za ręce stojąc na wysokim wzniesieniu za polem Wysockich, a wiatr wieje tak mocno, że wtłacza nam śmiech z powrotem do gardeł.
- Pamiętasz, jak postanowiłyśmy się sturlać z górki Wysockich? – zaczynam z taką beztroską, jakby przed chwilą nic się nie zdarzyło – wtedy, kiedy tak strasznie wiało, że zrzuciło pół dachu z ich stodoły? –
- A ja oczywiście miałam wtedy na sobie najlepszą bluzkę – Monika ujmuje drugą dłoń Hani i siada po drugiej stronie łóżka – Ależ byłam idiotką. Matka goniła mnie potem przez pół wsi ze ścierką –
Opowiadamy na zmianę wszystkie historie z tamtego lata. Hanka już nic nie mówi. Ale napięte na ostro sterczących kościach policzki zaróżowiły się, a usta rozciągnęły w uśmiechu. Kiedy w końcu Andrzej wsuwa głowę do sali, mówi szeptem – Cii, zasnęła –
Rzeczywiście śpi. Patrzę na nią i widzę piętnastolatkę z chmurą ciemnych loków. Leżymy we trójkę na łące, ramię przy ramieniu, i gapimy się w mroczniejące sierpniowe niebo. Hania ściska nasze ręce i mówi z rozmarzeniem – Udało nam się to lato, prawda, dziewczyny? –

10:14, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
wtorek, 26 lutego 2019
No teraz to zarobiona jestem

Łomatko, czy ja kiedykolwiek pisałam, że jestem zajęta? Wycofuję to, zajęta to ja jestem teraz! Strasznie dużo mi się w życiu dzieje. Ganiam na te kursy pisania, w dodatku muszę pisać całkiem duże teksty w ramach prac domowych. Znikam na każdy weekend rozbijając się po kraju, a to walentynki z mężem, a to katolickie SPA.

W dodatku kompletnie przypadkiem i z zaskoczenia dostałam pracę. Zdalną, ale regularną, upiornie czasochłonną pracę. Nie mam czasu na spacer iść i mi przedwiośnie umyka...

Ja chyba będę pisać w kawałkach, bo się nie zmieszczę w jednym wpisie:-)  Albo spróbuję zwięźle.

W skrócie - Nałęczów na przedwiośniu jest brzydki jak nieszczęście. Szare drzewa, szare domy i szare emerytki na szarych ławkach. SPA natomiast było całkiem milutkie, dobrze karmili i nawet zaliczyłam masaż twarzy, który pozostawił mnie w stanie permanentnej błogości. Obejrzałyśmy w końcu Romę na fali oskarowych emocji, no i przyznam szczerze, że ja to za głupia jestem na takie intelektualne filmy, bo się odrobinę znudziłam. Raczej nie powtórzę tego doświadczenia, chociaż dziewczyny były naprawdę miłe. Ale czułam się mocno zmęczona kontrolowaniem tego, co mogę przy nich mówić, a i tak wychlapałam coś, jak to ja, bezmyślnie, no i miłe kobiety się obraziły. 

Tuż przed wyjazdem nieco przypadkiem i z rozpędu, robiąc coś innego, wysłałam CV i w ciągu doby, tak, DOBY, zostałam zatrudniona. Fajna praca, w dodatku zgodna i z moimi upodobaniami i umiejętnościami, ale ubrana w tak skomplikowany system akceptowania, delegowania i rozliczania zadań, że odpadam, od paru dni usiłując to ogarnąć. No ale na litość, nawet ja w końcu to zrozumiem...chyba?

A kurs pisania jest super. Chyba najbardziej podoba mi się to, co zarazem sprawia mi najwięcej trudności, czyli przymus pisania zadanej formy czy tematu. Bardzo rozwijające, zwłaszcza, że jest nas dziesięcioro i każdy czyta opowiadania innych. Można zobaczyć, jak pięknie się różnimy w podejściu do tekstu:-).

Jakby ktoś chciał, mogę wrzucić to, co napisałam do tej pory, będziecie mieli próbkę.

A teraz wracam do pracy. No i tkwię w żałobie, bo dzisiaj Blox napisał mi smutny liścik, że im przykro, ale zamykają Bloxa. No i co? Mam się gdzieś przenieść? Czy oni nie wiedzą, że starych drzew się nie przesadza?

19:50, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 12 lutego 2019
o chrypce i pisaniu

Mam niejasne wrażenie, że moja rodzina ze szczerą satysfakcją, a przynajmniej źle skrywana ulgą przyjęła fakt, że do rozlicznych objawów chorobowych, jakie prezentowałam przez poprzedni tydzień, dołączyło zapalenie krtani. Mogli dzięki temu udawać, że zupełnie nie rozumieją wyszeptywanych i wychrypywanych przeze mnie komend i subtelnych sugestii w stylu: w tej łazience śmierdzi jak w toalecie w pociągu dalekobieżnym, albo: znów potknęłam się o stosy ciuchów w łazience albo: kto tak linieje, bo na pewno nie ja?

Nadal chcieli jeść pełnowartościowe domowe posiłki i nadal dziwili się, że w lodówce nie ma serka,a przecież zawsze był. A ja nawet nie mogłam ich porządnie opieprzyć, że przecież oto matka konająca z trudem zsuwa się z kanapy, żeby przygotować wyżej wymienione posiłki i segregować plastik.

A wszystko to oczywiście przez moje dobre serce. W pierwszym tygodniu ferii zachorzał małżonek. Sytuację komplikował fakt, że byliśmy właśnie na nartach. Właściwie to był mąż z Lolą, ja jako dama do towarzystwa udzielałam się głównie podczas popołudniowych konsumpcji gorącej czekolady i picia wód zdrojowych, szeroko dostępnych w Krynicy. Rankami, kiedy oni dźwigając jakieś kilogramy dziwacznego, niezbędnego narciarzom oprzyrządowania udawali się na stok, ja z kijkami udawałam się na eksplorację okolicznych górek i lasów. 

No ale mąż zapadł na zdrowiu stanowczo i całkiem jak nie on, bo nawet, o dziwo, miał gorączkę, co mu się nie zdarzyło przez ostatnie ćwierćwiecze ani razu. Rankami więc zjeżdżali, później mąż wczołgiwał się do łóżka, gdzie zbierał siły na wieczorne zabawianie dam. Ja, jak głupia, zamiast kategorycznie odseparować się od łoża i stołu, leczyłam, do piersi tuliłam i takie efekty. Natychmiast po powrocie rozpoznałam u siebie te same urocze objawy infekcji grypopodobnej. I zdechłam na tydzień nieodwołalnie. 

Powoli odzyskuję głos i siły, chociaż te ostatnie to rzeczywiście powoli, bo nadal dostaję zadyszki po wejściu na schody.  Ale przecież muszę wyzdrowieć do jutra, bo jutro zaczynam kurs pisarski! Jestem szalenie przejęta, oczywiście póki co, raczej w stylu: obożeoboże, wszyscy będą mądrzejsi ode mnie i wszyscy umieją pisać i wszyscy będą błyskotliwi i elokwentni, tylko ja będę chrypieć w kącie i bełkotać jakieś bzdury. Zdaje się, że mój brak pewności siebie kwalifikuje mnie do pilnej terapii...Ale jakoś sobie poradzę, prawda? I po takim kursie to siądę i napiszę dzieło godne Blanki Lipińskiej, i Katarzyna Michalak będzie siedzieć u moich stóp i czesać mi warkocze, a pan Woźniak spojrzy mi w oczy głęboko i wyszepce z podziwem - Prowadź, Mistrzu.

09:58, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
środa, 23 stycznia 2019
Filmu szukam

Aktualnie z pewnym niepokojem spoglądam w przyszłość. I wcale nie dlatego, że styczeń kopie mnie w nerki kolejnymi katastrofami finansowymi. Zaczynając od telefonu Miśka - Mamo, siedzę na parkingu pod stacją i tak jakby samochód nie odpala (pięć stów), przez zepsuty laptop (200 złotych polskich) i dentystę Loli (150 PLN) aż po ostateczny cios, czyli monit ze skarbówki o jakieś odsetki sprzed dwóch lat (600 zł). A, jeszcze dwa razy wyższy rachunek za gaz, który zafundował nam nasz nowy, nieopanowany w chęci ogrzania całego świata, piec. Ale nie, znoszę te ciosy z godnością jak kurde, Russell Crowe w stroju gladiatora i tylko czekam, głowę osłaniając, skąd spadnie kolejna cegła.

Mam jednakowoż obawy, że moja polityka yes woman sprowadzi mnie w końcu na manowce. Wprawdzie dzięki nowemu podejściu mam z życia o wiele więcej frajdy niż kiedyś - wychodzę do kina i teatru, odnawiam dawno zapomniane kontakty i odkryłam, że umiem tańczyć, ale chyba ostatnia decyzja była jednak zbyt pochopna. Moja religijna koleżanka zaproponowała mi mianowicie trzydniowy babski wypad do SPA w towarzystwie jej przyjaciółek, z którymi, uwaga, w zeszłym roku znakomicie bawiła się na wyjeździe "Modlitwa tańcem". Nie wiem dlaczego się zgodziłam, musiała mi dodać czegoś do kawy, ale słowo się rzekło. SPA w towarzystwie pięciu rozmodlonych niewiast stanie się faktem za miesiąc. Serio, mam cykora. Z moją koleżanką sobie radzę, bo poza głęboką religijnością, jest wyposażona w poczucie humoru i wysoki poziom wrodzonej dobroci serca, ale nie jestem pewna, czy będzie można to samo powiedzieć o wszystkich paniach, z których dość pobieżnie znam tylko dwie. No dobra, co ma być, to będzie. I tak najbardziej przeraża mnie zadanie, jakim obarczyła mnie koleżanka, czyli wybranie filmu, który będziemy mogły razem obejrzeć. No totalnie zawodzi mnie wyobraźnia, w którym miejscu nasze gusta zbiegną się na tyle, żeby bawiło nas to samo. Analizując ich naprawdę bardzo duże zaangażowanie w kościół katolicki, doszłam do wniosku, że film musi spełniać następujące kryteria: bez aborcji przedstawianej jako wybór, bez homoseksualistów, przekleństw, seksu pozamałżeńskiego,nadmiernej przemocy, magii, wampirów i żartów z religii.  Jednym słowem odpada wszystko, co oglądam i zostają mi właściwie niektóre komedie romantyczne, świąteczne filmy Hallmarku i widowiska patriotyczne na rocznice wydarzeń państwowych. A może się mylę? Może wpadnie wam do głowy jakiś sensowny film, który nie urazi moich nowych koleżanek i nie wywoła u mnie ataku senności? Bo jak już jadę, to chcę się postarać. Zwłaszcza po finale mojej rozmowy z koleżanką:

- Nie martw się, będę miła - obiecałam dość ponuro, przytłoczona nagłą świadomością "omatulucojatakiegozrobiłam"

- Ależ nie musisz - odparła pogodnie koleżanka - możesz być sobą - 

 

23:17, teraz_asia
Link Komentarze (19) »
czwartek, 27 grudnia 2018
po świętach - nareszcie

Święta, święta i po...Nareszcie. Magia świat wychodziła mi już uszami. Za dużo ciasta, za dużo kontaktów towarzyskich, za dużo stania przy garach. Wolę ciszę i spokój, potrzebne mi tym bardziej, że robię duże zlecenie, które wymaga koncentracji i równocześnie pośpiechu, bo termin goni. A jak tu się skoncentrować, kiedy placek czekoladowy woła "zjedz mnie", a rodzina "chodź zagrać w scrabble"? No właśnie - niewiarygodnie smutne jest to, że nieustannie przegrywam ze wszystkimi w scrabble. Do licha, w końcu zarabiam na życie słowami, powinnnam rozwalać ich na planszy, a tu kicha. Chyba po prostu za łatwo się dekoncentruję.

Między seansami scrabbli i wpychaniem w siebie ciasta siedzimy z Lolą przy laptopie i analizujemy. Które szkoły, które klasy, jakie profile. Skrapiamy nasze analizy gęsto rzęsistymi łzami Loli, rozpaczającej, że ona się nigdzie i nigdy nie dostanie. Na co odpowiadam pogodnie, że zawsze będzie zapotrzebowanie na usługi w handlu, poza tym może przecież pracować w zoo i karmić lemury. Na nic jednak moje pociechy, Lolę zżera lęk i stres. Zanim dotrzemy do egzaminów, będe musiała zainwestować w psychoterapię, bo mi się dziecko rozjeżdża emocjonalnie...

Osobiście uważam, że powinna pójść w aktorstwo albo pisanie. Scenariusz jasełek, jakie wymyśliły w tym roku z kuzynką, był dość obrazoburczy, ale zaskakująco aktualny i błyskotliwy. Bohaterami była imigrancka para, Marysia i Józio, uciekajaca przed gangiem narkotykowym. Spektakl był retrospekcja ostatnich dni życia tych młodych zagubionych ludzi, a zaczynał się odnaleziem ich zwłok w opuszczonej stajni....Muszę przyznać, że wrażenie było niezapomniane, a historia bardzo dramatyczna...

Wszyscy dostaliśmy bardzo fajne prezenty, które podkreśliły naszą obsesyjno kompulsywną naturę i to, że NAPRAWDĘ uważnie wsłuchujemy się w nasze potrzeby. Dlatego Lola dostała aż  trzynaście par puchatych skarpetek, Misiek oprócz swetra w norweskie wzory szalik, rękawiczki i skarpety w tym samym stylu, a  mąż osobisty portret by młoda uznana artystka i świąteczne bokserki w większej ilości. Nie wiem wprawdzie, jak interpretować fakt, ze ja dostałam komplet dziwnych przyrządzików do produkcji trufli czekoladowych, choć jako  żywo nigdy nie zgłaszałam takich marzeń (to jakaś aluzja?), ale ponieważ dostałam, też książki i pachnidła i różne takie miłe drobiazgi, nie zgłaszam uwag do Mikołaja.

A wy? Co dostaliście pod choinkę? Zadowoleni jesteście, czy mogło być lepiej?

22:27, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 grudnia 2018
o golfowej wigilii

Asia emanuje wdziękiem część druga:

Mąż optymistycznie założył, że niedawna impreza golfowa, na której byliśmy, wyczerpała limit moich wtop towarzyskich i zaprosił mnie na tajemnicze wydarzenie o nazwie "golfowa wigilia", która jednakowoż wigilią na całe szczęście nie była. Przez całą drogę nerwowo dopytywałam, czy aby na pewno nie jest to coś w stylu wigilii z mojej poprzedniej pracy, na której szef wygłaszał orędzie do zespołu, a następnie dzielił się opłatkiem z całą załogą. Tuż po orędziu wymykałam się możliwie dyskretnie do toalety, gdzie przeczekiwałam fazę zbiorowego składania sobie życzeń i obściskiwania z Kasią z produkcji i Kazkiem z reklamy, a i tak zawsze znalazła się jakaś radosna dusza, która rzucała się na mnie, kiedy już przeżuwałam w kącie makowczyk, bo "jeszcze z tobą sobie nie życzyłam". Muszę przyznać, że mój introwertyzm w okresie okołoświątecznym szczerzył kły i warczał głucho na nawet najbardziej ulubionych kolegów z pracy. Nadal dramatycznie wręcz nienawidzę stania naprzeciwko osoby, o której niewiele wiem i dukania czegoś, co przypomina wypowiedzi miss powiatu "i szczęścia, i miłości, i pokoju  na świecie".

Ale zmierzajmy ad meritum, nieprawdaż. 

Wigilia golfowa na szczęście była raczej zasiadanym obiadem na jakąś setkę golfistów, których udało się upchnąć w podziemiach luksusowej knajpy. Obiadem, zaznaczmy, niezbyt smacznym, zwłaszcza, że w przedziwny sposób łączącym tradycję wigilijną i świąteczną. Efekt był wysoce nieapetyczny, ale na szczęście alkohol był serwowany radośnie i bez ograniczeń, co pozwoliło mi przymknąć oko na nieodciągnięcia. 

Nudziłam się okrutnie. No nie będę ściemniać, golfiści są z zasady bardzo nudni dla nie-golfistów. Po trzech minutach przysłuchiwania się, jak to na trzecim dołku ktoś trafił bogeya, oczy robiły mi szkliste i przestawałam przetwarzać dane. Więc uśmiechałam się tylko sympatycznie, przybierając możliwie inteligentny wyraz twarzy i sączyłam białe wino. Znajomi męża chętnie dzielili się ze mną inspirującymi opowieściami, pewni, że to najszybszy sposób nawrócenia mnie na ten cudowny sport. Tak więc wszyscy dużo do mnie mówili, bądź, co było nawet gorsze, bo wtedy to już nic nie rozumiałam, wspominali przy mnie różne fascynujące historie z pola.

Coraz bardziej sympatycznie się uśmiechałam, coraz to kolejne kieliszki białego wina sączyłam, a że jedzenie, jak wspomniałam, było niedobre, sączyłam je raczej na pusty żołądek. Trudno więc się dziwić, że kiedy po kilku tak przesłuchanych (i przepitych) godzinach przedstawiono mi stylowo i kosztownie odzianą damę w wieku dojrzałym, wyrąbałam z zachwytem pierwsze, co mi przyszło na myśl - Jakie ma pani przepiękne oczy! Czy to pani własne? - 

No tak. Byłabym jednak niesprawiedliwa, twierdząc, że to była całkowita porażka i strata czasu. Poznałam mianowicie cudownych ludzi (pomimo ze są golfistami). Pani jest zaginioną siostrą bliźniaczką Joanny Chmielewskiej, a pan ma najpiękniejsze wąsy w stolicy i mówi do swojej żony od lat mniej więcej czterdziestu "Mała". Rzadko kogoś lubię od pierwszego wejrzenia, ale tu mnie trafiło.

PS Niewiarygodne, ale moja post alkoholowa wtopa tym razem wyszła mi na dobre. Dama była zachwycona komplementem i wdała się w szczegółowe opisy odcieni swoich licznych kolorowych szkieł kontaktowych. Uwierzycie? Bo ja z wrażenia niemal wytrzeźwiałam.

Postanowiłabym sobie, że na wszelki wypadek więcej nie będę pić na spotkaniach z golfistami, ale jestem realistką. Tego na trzeźwo się nie da....

22:57, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 11 grudnia 2018
O nowym podejściu do nauki

Lola po egzaminach próbnych. W nastroju wisielczym, bo poszło jej nawet nie tak sobie, tylko złowieszczo źle. Jedyne, co zaliczyła ze śpiewem na ustach i na 100 % to oczywiście angielski. Ale pomijając już dość oczywiste zawalenie matmy, to wierzyć nie chciałam, jak źle moja oczytana, bystra i naprawdę uzdolniona polonistycznie córka napisała część humanistyczną.

Dzisiaj wróciła do domu zrezygnowana i oznajmiła - Już wiem, czemu tak źle to napisałam. Bo nikt nam wcześniej nie powiedział, jak to robić, że trzeba wszystko pod klucz i nie można nic po swojemu. - 

- I co? - zainteresowałam się - Teraz już wiesz? Pani wam wytłumaczyła? - 

- Tak - westchnęła Lola - powiedziała, że od dziś do kwietnia przestaje uczyć nas myślenia, a zacznie zdawania testów. - 

No i to byłoby chyba zgrabne podsumowanie kierunku, w jakim podąża polska edukacja.

PS Tak, dopytałam Lolę, na czym polega uczenie pod testy i co zrobiła źle. W skrócie - jeśli masz pytanie w tytule rozprawki, np czy warto czytać coś tam - musisz uzasadnić in plus, nie dopuszcza się wariantu, że jednak nie warto czytać, powiedzmy, literatury fantasy. Przykłady muszą być trzy i muszą dotyczyć lektur gimnazjalnych, żadnego tam sięgania do innych tekstów, choćby z podstawówki. Argumenty powinny być oczywiste i iść schematem skojarzeniowym klasycznych, omawianych na lekcjach toposów, choćby tobie motyw wędrówki kojarzył się z Muminkami i byłbyś gotów to udowodnić. Jednym słowem, prowadzą ich na sznurku, żeby nie wyszli z szeregu. No nic, aby do kwietnia.

 

18:53, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 grudnia 2018
cichy niedzielny wieczór

W ramach prezentu mikołajkowego sprezentowałam dzieciom bilety na Gaelforce Dance - koncert muzyki i tańca irlandzkiego. Nie mam pojęcia, czy to nie nazbyt antyczne rozrywki dla nowoczesnej młodzieży, ale liczę na to, że wrócą tak zachwyceni, jak ja wiele lat temu, kiedy sama obejrzałam to przedstawienie. 

Mąż od dwóch dni szusuje po alpejskich stokach. Wygląda na to, że coroczny męski wypad na narty przebiega w tradycyjnej atmosferze, bo pisze do mnie albo na kacu, albo ze stoku. Żadna z tych aktywności nie wydaje mi się zbyt ciekawa, ale co tam, grunt, że on jest zadowolony.

Siedzę więc w domu sama, piję rumianek karmelowy i i odczuwam głęboką życiową satysfakcję. Mój kalendarz zapowiada się tak ekscytująco! Spotkanie z seksuologiem sądowym w ulubionym klubie i wykład profilera na uczelni, a dla równowagi spacer z alpakami i warsztaty na temat nietrzymania moczu. No tak - to ostatnie brzmi dość niepokojąco, wiem. Ale koleżanka była tak podekscytowana i tak mnie namawiała, że nie miałam serca jej odmówić. Zdam relację, czy było warto. No, i może dowiem się czegoś ciekawego, ostatecznie to coś, co może przytrafić się każdej z nas. 

Skończyłam właśnie szydełkowy sweterek dla drzewa na zamówienie mojej córki. Najwyraźniej klasa Loli nie jest zbyt dobra z botaniki, bo uznali, że drzewa przed szkołą bezwzględnie potrzebują ciepłych, kolorowych okryć na zimę. Uznałam, że mogę kooperować w tym zbożnym dziele, postawiłam jednak na subtelne zielenie i brązy, żeby drzewa nie czuły się zanadto wyalienowane.

A propos Loli. Moja córka chce mieć węża. Albo maltańczyka. Misiek sugeruje dwa w jednym, czyli węża z pieskiem w środku, ja podpowiadam maltańczyka w terrarium, ale Lola jest twarda. Zimnokrwisty gad, jedzący mrożone mysie noworodki, albo biała, rozkoszna puchata kuleczka. Hmm, trudny wybór. Na razie obiecałam jej, że do negocjacji wrócimy, jak już dostanie się do liceum. Może to ją zmotywuje do nauki?

Robię listy prezentów gwiazdkowych, ale przyznam się, że nie mam jakoś do tego serca. Im jestem starsza, tym bardziej nudzą mnie świąteczne rytuały. Najchętniej wyjechałabym w cholerę i darowała sobie choinki, ozdoby i prezenty. Okropnie to brzmi, wiem. Ale chciałbym raz sobie odpuścić i nic, tak zupełnie nic nie robić, po prostu zignorować te kilka dni i zobaczyć, czy wszyscy zginiemy, czy też może nic się nie stanie. Czy was też czasem kusi taki eksperyment?

 

 

 

19:58, teraz_asia
Link Komentarze (11) »
niedziela, 25 listopada 2018
Yes woman

Oglądaliście może głupawą komedię "Yes man" z Jimem Carreyem? Bo ja dopiero niedawno zupełnym przypadkiem (nie znoszę komedii w TV i nie znoszę Jima Carreya). Pokrótce to historia faceta, który nieustannie odmawia wszystkim wszystkiego, tak z automatu. Wykręca się ze spotkań towarzyskich, wycofuje ze wszystkich nowych możliwości, propozycji czy też czegokolwiek, co mu życie podsunie. Taki życiowy tchórz, który sam sobie nieustannie podstawia nogę, rezygnując nawet z rzeczy, które mogłyby mu przynieść korzyści albo choćby radość.

To moja historia. To ja. Mój narastający z wiekiem introwertyzm i lęk przed nowym niemal odcięły mnie od życia. Ludzie mnie męczą, więc spotykam się tylko z tymi, którzy męczą mnie najmniej - czyli jakiegoś mikropromila otaczającej mnie populacji. Ne umiem wyjść ze strefy komfortu. Nie umiem żyć z innymi, i nie wiem, jak żyć sama ze sobą. 

Natchniona tym nieoczekiwanie inspirującym obrazem, wzorem Jima postanowiłam się zmienić (może zamówię sobie koszulkę "Chce być jak Jim Carrey"?) Ostatecznie, jemu przyniosło to awans, kasę, grono przyjaciół i dziewczynę. Też tak chcę - chociaż jeszcze zastanawiam się nad dziewczyną. Ale stanowczo mam zamiar zostać Yes woman. Mój już-nie-tak-bardzo-tajny plan wcielam w życie powoli, ale całkiem konsekwentnie. 

Na razie - wyszłam sama do klubu na spotkanie z twórcami serialu. Spotkałam się z koleżanką z dawnej pracy. Poszłam do teatru z inną koleżanką, w której zaczęłam widzieć pewien potencjał na przyjaciółkę. Komentuję posty na Facebooku. Planuję kurs pisarski. Kilka dni temu przeprowadziłam życzliwą pogawędkę ze starszym panem w pociągu i nie miałam ochoty uciec do sąsiedniego przedziału.

O ironio, na razie największe korzyści z mojej metamorfozy odnosi mąż, bo zgadzam się praktycznie na wszystko, co proponuje. Dlatego piątek spędziłam na przyjęciu w towarzystwie golfowych snobów, a sobotę na podwieczorku u jego byłej nauczycielki z liceum. Obydwie propozycje jeszcze miesiąc temu z gatunku "po moim trupie". No i nie było wcale tak źle. Nauczycielka miała cudownego psa, a na przyjęciu golfowym było pyszne żarcie i fura alkoholu. W ramach pielęgnowania otwartości na ludzi upiłam się ekspresowo winem wypitym na pusty żołądek i dalej poszło już jak z płatka. Jakiemuś super ważnemu bonzowi powiedziałam, że ma grecki profil, wpadłam na Mariusza Czerkawskiego, cudem nie oblewając go winem, a przyjaciołom Roberta radośnie oznajmiłam, że swoim fanatyzmem przypominają mi scjentologów albo sprzedawców Amwaya. Jednym słowem, pełen towarzyski sukces. 

Na razie idzie mi całkiem dobrze, przyznajcie. Ale czas na level hard - następnym razem spróbuję na trzeźwo. To dopiero będzie wyzwanie....

20:46, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51