czwartek, 27 grudnia 2018
po świętach - nareszcie

Święta, święta i po...Nareszcie. Magia świat wychodziła mi już uszami. Za dużo ciasta, za dużo kontaktów towarzyskich, za dużo stania przy garach. Wolę ciszę i spokój, potrzebne mi tym bardziej, że robię duże zlecenie, które wymaga koncentracji i równocześnie pośpiechu, bo termin goni. A jak tu się skoncentrować, kiedy placek czekoladowy woła "zjedz mnie", a rodzina "chodź zagrać w scrabble"? No właśnie - niewiarygodnie smutne jest to, że nieustannie przegrywam ze wszystkimi w scrabble. Do licha, w końcu zarabiam na życie słowami, powinnnam rozwalać ich na planszy, a tu kicha. Chyba po prostu za łatwo się dekoncentruję.

Między seansami scrabbli i wpychaniem w siebie ciasta siedzimy z Lolą przy laptopie i analizujemy. Które szkoły, które klasy, jakie profile. Skrapiamy nasze analizy gęsto rzęsistymi łzami Loli, rozpaczającej, że ona się nigdzie i nigdy nie dostanie. Na co odpowiadam pogodnie, że zawsze będzie zapotrzebowanie na usługi w handlu, poza tym może przecież pracować w zoo i karmić lemury. Na nic jednak moje pociechy, Lolę zżera lęk i stres. Zanim dotrzemy do egzaminów, będe musiała zainwestować w psychoterapię, bo mi się dziecko rozjeżdża emocjonalnie...

Osobiście uważam, że powinna pójść w aktorstwo albo pisanie. Scenariusz jasełek, jakie wymyśliły w tym roku z kuzynką, był dość obrazoburczy, ale zaskakująco aktualny i błyskotliwy. Bohaterami była imigrancka para, Marysia i Józio, uciekajaca przed gangiem narkotykowym. Spektakl był retrospekcja ostatnich dni życia tych młodych zagubionych ludzi, a zaczynał się odnaleziem ich zwłok w opuszczonej stajni....Muszę przyznać, że wrażenie było niezapomniane, a historia bardzo dramatyczna...

Wszyscy dostaliśmy bardzo fajne prezenty, które podkreśliły naszą obsesyjno kompulsywną naturę i to, że NAPRAWDĘ uważnie wsłuchujemy się w nasze potrzeby. Dlatego Lola dostała aż  trzynaście par puchatych skarpetek, Misiek oprócz swetra w norweskie wzory szalik, rękawiczki i skarpety w tym samym stylu, a  mąż osobisty portret by młoda uznana artystka i świąteczne bokserki w większej ilości. Nie wiem wprawdzie, jak interpretować fakt, ze ja dostałam komplet dziwnych przyrządzików do produkcji trufli czekoladowych, choć jako  żywo nigdy nie zgłaszałam takich marzeń (to jakaś aluzja?), ale ponieważ dostałam, też książki i pachnidła i różne takie miłe drobiazgi, nie zgłaszam uwag do Mikołaja.

A wy? Co dostaliście pod choinkę? Zadowoleni jesteście, czy mogło być lepiej?

22:27, teraz_asia
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 grudnia 2018
o golfowej wigilii

Asia emanuje wdziękiem część druga:

Mąż optymistycznie założył, że niedawna impreza golfowa, na której byliśmy, wyczerpała limit moich wtop towarzyskich i zaprosił mnie na tajemnicze wydarzenie o nazwie "golfowa wigilia", która jednakowoż wigilią na całe szczęście nie była. Przez całą drogę nerwowo dopytywałam, czy aby na pewno nie jest to coś w stylu wigilii z mojej poprzedniej pracy, na której szef wygłaszał orędzie do zespołu, a następnie dzielił się opłatkiem z całą załogą. Tuż po orędziu wymykałam się możliwie dyskretnie do toalety, gdzie przeczekiwałam fazę zbiorowego składania sobie życzeń i obściskiwania z Kasią z produkcji i Kazkiem z reklamy, a i tak zawsze znalazła się jakaś radosna dusza, która rzucała się na mnie, kiedy już przeżuwałam w kącie makowczyk, bo "jeszcze z tobą sobie nie życzyłam". Muszę przyznać, że mój introwertyzm w okresie okołoświątecznym szczerzył kły i warczał głucho na nawet najbardziej ulubionych kolegów z pracy. Nadal dramatycznie wręcz nienawidzę stania naprzeciwko osoby, o której niewiele wiem i dukania czegoś, co przypomina wypowiedzi miss powiatu "i szczęścia, i miłości, i pokoju  na świecie".

Ale zmierzajmy ad meritum, nieprawdaż. 

Wigilia golfowa na szczęście była raczej zasiadanym obiadem na jakąś setkę golfistów, których udało się upchnąć w podziemiach luksusowej knajpy. Obiadem, zaznaczmy, niezbyt smacznym, zwłaszcza, że w przedziwny sposób łączącym tradycję wigilijną i świąteczną. Efekt był wysoce nieapetyczny, ale na szczęście alkohol był serwowany radośnie i bez ograniczeń, co pozwoliło mi przymknąć oko na nieodciągnięcia. 

Nudziłam się okrutnie. No nie będę ściemniać, golfiści są z zasady bardzo nudni dla nie-golfistów. Po trzech minutach przysłuchiwania się, jak to na trzecim dołku ktoś trafił bogeya, oczy robiły mi szkliste i przestawałam przetwarzać dane. Więc uśmiechałam się tylko sympatycznie, przybierając możliwie inteligentny wyraz twarzy i sączyłam białe wino. Znajomi męża chętnie dzielili się ze mną inspirującymi opowieściami, pewni, że to najszybszy sposób nawrócenia mnie na ten cudowny sport. Tak więc wszyscy dużo do mnie mówili, bądź, co było nawet gorsze, bo wtedy to już nic nie rozumiałam, wspominali przy mnie różne fascynujące historie z pola.

Coraz bardziej sympatycznie się uśmiechałam, coraz to kolejne kieliszki białego wina sączyłam, a że jedzenie, jak wspomniałam, było niedobre, sączyłam je raczej na pusty żołądek. Trudno więc się dziwić, że kiedy po kilku tak przesłuchanych (i przepitych) godzinach przedstawiono mi stylowo i kosztownie odzianą damę w wieku dojrzałym, wyrąbałam z zachwytem pierwsze, co mi przyszło na myśl - Jakie ma pani przepiękne oczy! Czy to pani własne? - 

No tak. Byłabym jednak niesprawiedliwa, twierdząc, że to była całkowita porażka i strata czasu. Poznałam mianowicie cudownych ludzi (pomimo ze są golfistami). Pani jest zaginioną siostrą bliźniaczką Joanny Chmielewskiej, a pan ma najpiękniejsze wąsy w stolicy i mówi do swojej żony od lat mniej więcej czterdziestu "Mała". Rzadko kogoś lubię od pierwszego wejrzenia, ale tu mnie trafiło.

PS Niewiarygodne, ale moja post alkoholowa wtopa tym razem wyszła mi na dobre. Dama była zachwycona komplementem i wdała się w szczegółowe opisy odcieni swoich licznych kolorowych szkieł kontaktowych. Uwierzycie? Bo ja z wrażenia niemal wytrzeźwiałam.

Postanowiłabym sobie, że na wszelki wypadek więcej nie będę pić na spotkaniach z golfistami, ale jestem realistką. Tego na trzeźwo się nie da....

22:57, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 11 grudnia 2018
O nowym podejściu do nauki

Lola po egzaminach próbnych. W nastroju wisielczym, bo poszło jej nawet nie tak sobie, tylko złowieszczo źle. Jedyne, co zaliczyła ze śpiewem na ustach i na 100 % to oczywiście angielski. Ale pomijając już dość oczywiste zawalenie matmy, to wierzyć nie chciałam, jak źle moja oczytana, bystra i naprawdę uzdolniona polonistycznie córka napisała część humanistyczną.

Dzisiaj wróciła do domu zrezygnowana i oznajmiła - Już wiem, czemu tak źle to napisałam. Bo nikt nam wcześniej nie powiedział, jak to robić, że trzeba wszystko pod klucz i nie można nic po swojemu. - 

- I co? - zainteresowałam się - Teraz już wiesz? Pani wam wytłumaczyła? - 

- Tak - westchnęła Lola - powiedziała, że od dziś do kwietnia przestaje uczyć nas myślenia, a zacznie zdawania testów. - 

No i to byłoby chyba zgrabne podsumowanie kierunku, w jakim podąża polska edukacja.

PS Tak, dopytałam Lolę, na czym polega uczenie pod testy i co zrobiła źle. W skrócie - jeśli masz pytanie w tytule rozprawki, np czy warto czytać coś tam - musisz uzasadnić in plus, nie dopuszcza się wariantu, że jednak nie warto czytać, powiedzmy, literatury fantasy. Przykłady muszą być trzy i muszą dotyczyć lektur gimnazjalnych, żadnego tam sięgania do innych tekstów, choćby z podstawówki. Argumenty powinny być oczywiste i iść schematem skojarzeniowym klasycznych, omawianych na lekcjach toposów, choćby tobie motyw wędrówki kojarzył się z Muminkami i byłbyś gotów to udowodnić. Jednym słowem, prowadzą ich na sznurku, żeby nie wyszli z szeregu. No nic, aby do kwietnia.

 

18:53, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 grudnia 2018
cichy niedzielny wieczór

W ramach prezentu mikołajkowego sprezentowałam dzieciom bilety na Gaelforce Dance - koncert muzyki i tańca irlandzkiego. Nie mam pojęcia, czy to nie nazbyt antyczne rozrywki dla nowoczesnej młodzieży, ale liczę na to, że wrócą tak zachwyceni, jak ja wiele lat temu, kiedy sama obejrzałam to przedstawienie. 

Mąż od dwóch dni szusuje po alpejskich stokach. Wygląda na to, że coroczny męski wypad na narty przebiega w tradycyjnej atmosferze, bo pisze do mnie albo na kacu, albo ze stoku. Żadna z tych aktywności nie wydaje mi się zbyt ciekawa, ale co tam, grunt, że on jest zadowolony.

Siedzę więc w domu sama, piję rumianek karmelowy i i odczuwam głęboką życiową satysfakcję. Mój kalendarz zapowiada się tak ekscytująco! Spotkanie z seksuologiem sądowym w ulubionym klubie i wykład profilera na uczelni, a dla równowagi spacer z alpakami i warsztaty na temat nietrzymania moczu. No tak - to ostatnie brzmi dość niepokojąco, wiem. Ale koleżanka była tak podekscytowana i tak mnie namawiała, że nie miałam serca jej odmówić. Zdam relację, czy było warto. No, i może dowiem się czegoś ciekawego, ostatecznie to coś, co może przytrafić się każdej z nas. 

Skończyłam właśnie szydełkowy sweterek dla drzewa na zamówienie mojej córki. Najwyraźniej klasa Loli nie jest zbyt dobra z botaniki, bo uznali, że drzewa przed szkołą bezwzględnie potrzebują ciepłych, kolorowych okryć na zimę. Uznałam, że mogę kooperować w tym zbożnym dziele, postawiłam jednak na subtelne zielenie i brązy, żeby drzewa nie czuły się zanadto wyalienowane.

A propos Loli. Moja córka chce mieć węża. Albo maltańczyka. Misiek sugeruje dwa w jednym, czyli węża z pieskiem w środku, ja podpowiadam maltańczyka w terrarium, ale Lola jest twarda. Zimnokrwisty gad, jedzący mrożone mysie noworodki, albo biała, rozkoszna puchata kuleczka. Hmm, trudny wybór. Na razie obiecałam jej, że do negocjacji wrócimy, jak już dostanie się do liceum. Może to ją zmotywuje do nauki?

Robię listy prezentów gwiazdkowych, ale przyznam się, że nie mam jakoś do tego serca. Im jestem starsza, tym bardziej nudzą mnie świąteczne rytuały. Najchętniej wyjechałabym w cholerę i darowała sobie choinki, ozdoby i prezenty. Okropnie to brzmi, wiem. Ale chciałbym raz sobie odpuścić i nic, tak zupełnie nic nie robić, po prostu zignorować te kilka dni i zobaczyć, czy wszyscy zginiemy, czy też może nic się nie stanie. Czy was też czasem kusi taki eksperyment?

 

 

 

19:58, teraz_asia
Link Komentarze (11) »
niedziela, 25 listopada 2018
Yes woman

Oglądaliście może głupawą komedię "Yes man" z Jimem Carreyem? Bo ja dopiero niedawno zupełnym przypadkiem (nie znoszę komedii w TV i nie znoszę Jima Carreya). Pokrótce to historia faceta, który nieustannie odmawia wszystkim wszystkiego, tak z automatu. Wykręca się ze spotkań towarzyskich, wycofuje ze wszystkich nowych możliwości, propozycji czy też czegokolwiek, co mu życie podsunie. Taki życiowy tchórz, który sam sobie nieustannie podstawia nogę, rezygnując nawet z rzeczy, które mogłyby mu przynieść korzyści albo choćby radość.

To moja historia. To ja. Mój narastający z wiekiem introwertyzm i lęk przed nowym niemal odcięły mnie od życia. Ludzie mnie męczą, więc spotykam się tylko z tymi, którzy męczą mnie najmniej - czyli jakiegoś mikropromila otaczającej mnie populacji. Ne umiem wyjść ze strefy komfortu. Nie umiem żyć z innymi, i nie wiem, jak żyć sama ze sobą. 

Natchniona tym nieoczekiwanie inspirującym obrazem, wzorem Jima postanowiłam się zmienić (może zamówię sobie koszulkę "Chce być jak Jim Carrey"?) Ostatecznie, jemu przyniosło to awans, kasę, grono przyjaciół i dziewczynę. Też tak chcę - chociaż jeszcze zastanawiam się nad dziewczyną. Ale stanowczo mam zamiar zostać Yes woman. Mój już-nie-tak-bardzo-tajny plan wcielam w życie powoli, ale całkiem konsekwentnie. 

Na razie - wyszłam sama do klubu na spotkanie z twórcami serialu. Spotkałam się z koleżanką z dawnej pracy. Poszłam do teatru z inną koleżanką, w której zaczęłam widzieć pewien potencjał na przyjaciółkę. Komentuję posty na Facebooku. Planuję kurs pisarski. Kilka dni temu przeprowadziłam życzliwą pogawędkę ze starszym panem w pociągu i nie miałam ochoty uciec do sąsiedniego przedziału.

O ironio, na razie największe korzyści z mojej metamorfozy odnosi mąż, bo zgadzam się praktycznie na wszystko, co proponuje. Dlatego piątek spędziłam na przyjęciu w towarzystwie golfowych snobów, a sobotę na podwieczorku u jego byłej nauczycielki z liceum. Obydwie propozycje jeszcze miesiąc temu z gatunku "po moim trupie". No i nie było wcale tak źle. Nauczycielka miała cudownego psa, a na przyjęciu golfowym było pyszne żarcie i fura alkoholu. W ramach pielęgnowania otwartości na ludzi upiłam się ekspresowo winem wypitym na pusty żołądek i dalej poszło już jak z płatka. Jakiemuś super ważnemu bonzowi powiedziałam, że ma grecki profil, wpadłam na Mariusza Czerkawskiego, cudem nie oblewając go winem, a przyjaciołom Roberta radośnie oznajmiłam, że swoim fanatyzmem przypominają mi scjentologów albo sprzedawców Amwaya. Jednym słowem, pełen towarzyski sukces. 

Na razie idzie mi całkiem dobrze, przyznajcie. Ale czas na level hard - następnym razem spróbuję na trzeźwo. To dopiero będzie wyzwanie....

20:46, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 19 listopada 2018
raport skrótowy

Raport o stanie rodziny po pół roku milczenia:

Misiek poleciał i wrócił. Bardzo zadowolony. Zasuwał na tym obozie jak szalony, ale też świetnie się bawił. Zwiedził kawałek Ameryki, nawiązał znajomości, świetnie douczył się angielskiego i nawet coś zarobił. Ale nie wiem, czy powtórzy to doświadczenie, bo aktualnie ma fazę na Norwegię. Uczy się norweskiego, niedawno wyskoczył na parę dni do Oslo i ma zamiar spędzić wakacje rwąc norweskie truskawki.

Lola ledwie żyje. Perspektywa egzaminów za pół roku najwyraźniej przeraża jeszcze bardziej jej nauczycieli, niż ją samą. Dlatego moja biedną córkę zalewa niekończący się potok klasówek i innych form szkolnej opresji i terroru. Więc Lola się uczy. I uczy. Jak się nie uczy, gania na zajęcia teatralne, gdzie znowu uczy się roli. A, no i nadal leczy skutki zerwania więzadeł i skręcenia stawu, przez które spędziła cały wrzesień w gipsie. Od początku roku nie ćwiczyła ani razu na wuefie, pewnie w ogóle nie będzie klasyfikowana. A i tak najbardziej martwi mnie to, że nadal nie wiadomo, czy całe to leczenie nie skończy się operacją. Tak, że zasadniczo Lola ma trochę przerąbane.

Mąż nadal nałogowo gra w golfa i podchodzi do tego zajęcia szalenie poważnie. Ponieważ w piątek zabiera mnie na oglądanie jakiegoś super - duper ważnego turnieju w super -duper ważniackim towarzystwie, dostałam dziś od niego zwięzły wyciąg z najważniejszych informacji na temat graczy i rzeczonego turnieju, żebym mogła przynajmniej udawać, że rozumiem, o co chodzi. Doceniam gest, acz nadal nie podzielam pasji, niestety.

Ja przewartościowuję sobie życie, o czym może jeszcze napiszę. Ale zasadniczo planuję nadrobić lata introwertycznych blokad, dużo pić, chodzić na imprezy, rwać facetów...eee, wróć (ostatecznie mąż czasem tu zagląda), to znaczy poznawać nowych ludzi i w ogóle przeżyć regularny kryzys wieku średniego, tylko bez kupowania Harleya. A jeśli uda mi się znaleźć świadectwo maturalne, to pójdę na studia! I co mi kto zrobi? No co?

Tak więc Misiek na fali, Lola w dołku, mąż przy dołku, a ja z flaszką i seksownym Pablem wędruję w stronę zachodzącego słońca. Znaczy, wszystko OK, prawda?

19:46, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
czwartek, 15 listopada 2018
Może by tak poczerpać korzyści?

- Na blogach ponoć można nieźle zarobić - poinformował mnie mąż usłużnie, kiedy znowu narzekałam na moją pracę, a raczej jej brak.

Oczywiście natychmiast tapnęły mną wyrzuty sumienia, że porzuciłam pisanie bloga. Rodzina zaprzestała już pytań, zrezygnowana (a może odetchnęli z ulgą?). Ja starannie omijałam wzrokiem zakładkę w laptopie, i tłumiłam jakieś resztki dawnych odruchów - O, muszę o tym napisać!- 

Ale to mogłaby być niezła motywacja, no nie? Zrobiłam więc krótki risercz w temacie i takie mam wnioski:

- Na dzieciach mogłam faktycznie zarobić, ale niestety są już za stare. Nie da się ich ubrać w białe ubranka firmy Y i upozować na plecionym ręcznie dywaniku firmy X na tle zestawu rozwijających intelektualnie klocków Z. 

- Blogi modowe ponoć nieźle funkcjonują. Niewiele czasu potrzebowałam jednak na wniosek, że istnieje raczej ograniczona ilość konfiguracji stylistycznych w obrębie zestawu dżinsy - trampki - bluza z H&M. No a w wiarygodność moich stylówek w sexi botkach na obcasie, gustownie zestawionych z bryczesami i śliwkowym żakietem trudno bedzie uwierzyć komukolwiek. Trudno. - 

- Blogi kosmetyczne wydają mi się zbyt skomplikowane. Półstronicowa analiza zalet szamponu budzi we mnie niepokój, a rozważania o wyższości lewoskrętnej witaminy C w kremie nad tą w drugą stronę wprowadziły mnie kiedyś w stan długotrwałej katatonii. No i nie znam się w cholerę.

- Blogi ksiażkowe - i tu mi oko błyska mimowolnym zainteresowaniem - nie zarabiają jednakowoż, dostają co najwyżej książki do recenzji. No a umówmy się, książki to ja i tak na czytniku czytam, bo mi się w domu półki skończyły.

- Blogi kulinarne są niewątpliwie inspirujące i jako jedyne wydają mi się szalenie pożyteczne. Bo sam przepis to mało, trzydzieści komentarzy osób, które same go sprawdziły, robi najlepsza robotę. Niewykluczone, że kilka najlepszych rzeczywiście zarabia jakąś kasę, reszta dostaje pewnie mikser i żelatynę do testowania. No i jak miałabym chudnąć, piekąc i gotując bez przerwy?

- Zostały jeszcze blogi lajfstajlowe. Z pobieżnego przeglądu wywnioskowałam, że faktycznie można na nich zarobić i to całkiem nieźle. Ale ja przepraszam, każdy z tych blogów przypomina mi magazyn Weranda Country w poczekalni u mojej dentystki. Upozowane zdjęcia, upozowani ludzie, wszystko śliczniunie takie, że hej, a treść, z całym szacunkiem, płytka zazwyczaj jak Zatoka Pucka. 

No i tak wertowałam sobie w zadumie właśnie mi poleconego bloga znajomego znajomego. Zdjęcie talerza z małżami - "nigdzie małże nie smakują tak dobrze, jak nad brzegiem morza śródziemnego o zachodzie słońca przy wtórze dzwonków osiołków" - zdjęcie dziwnych form odlanych z gipsu - "podróżując po Lazurowym Wybrzeżu pochylamy się z zadumą nad przekazem płynącym z monumentalnego dzieła słynnego artysty"- zdjęcie niezwykle stylowej i kunsztownie rozwichrzonej blondynki - "Chwila zachwytu. oszołomienie. piękno". Taki w sumie, bądźmy szczerze pretensjonalny i pseudointelektualny, acz dekoracyjny bełkot.

I myślę, że to też nie dla mnie. Moje chwile zachwytu dotyczą raczej skuteczności proszku do prania na białych skarpetach, medytacje nad zawartością talerza - ile od tego przytyję, a oszołomienie przeżyłam ostatnio po zobaczeniu rachunku za prąd. Kicha. Jestem za mało lajfstajlowa.

Chyba muszę jednak znaleźć inny dochód, a do bloga wrócić, jako do formy relaksu i komunikacji z fajnymi ludźmi. Bo jednak brakowało mi tego. A co tam. Wracam.

20:25, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 11 czerwca 2018
kwoka jestem

- Pół dnia dziś waliłam siekierą - pochwaliłam się Loli.

 - Kogo? - spytała moja córka z życzliwym zainteresowaniem.

Czy tylko mnie się wydaje, że to nie powinno być pierwszym skojarzeniem dla standardowej piętnastolatki? Skojarzenia Miśka wędrują za to w nieco inną stronę. Ponieważ nadal byłam dumna z iście morderczych prac ogrodowych, jakie wykonałam własnymi białymi rączkami, pochwaliłam się też synowi: - Ale się dziś namachałam siekierą - 

- Czym sie-kierowałaś? - błysnął subtelnym dowcipem Misiek.

Misiek w ogóle błyska, również intelektem, bo przez drugi semestr studiów frunie wręcz ze śpiewem na ustach. Ma podwójną motywację. Raz, że znalazł sobie fajną dziewczynę, która jest od niego chyba lepsza w nauce i się nawzajem dopingują, dwa, że musi sprawnie zaliczyć sesję, bo dzień po ostatnim egzaminie, czyli już za 12 dni, wyjeżdża do pracy na całe wakacje.

Cała dygoczę wewnętrznie ze stresu. Nie od dzisiaj wiem, że jestem potworną matką kwoką i chętnie otuliłabym skrzydełkami potomstwo przed całym złem tego świata. A Misiek nie dość, że na tyle tygodni, to jeszcze na koniec świata - do Stanów i w dodatku ma pracować jako wychowawca na obozie "dla dzieci i młodzieży z trudnościami w nauce". Oczami duszy widzę hordy nadpobudliwych wyrośniętych amerykańskich nastolatków, atakujących mojego Misia:-)

Zasadniczo wiem, że histeryzuję, bo Misiek wykazał się zadziwiającym ogarnięciem przy załatwieniu sobie raz, że tej pracy, dwa, monstrualnej papierkologii z nią związanej. Więc moje obawy, że zostanie pobity/okradziony w nowojorskim metrze, zeżarty przez wilki i/lub nastolatków, zgubi paszport i/lub bagaże, sam się zgubi w dziczy/w trakcie podróży/w wielkim mieście, są chyba nieco na wyrost. No ale kurde, mam prawo się martwić, nawet jeśli mój synek jest zarośniętym, barczystym  i dość samodzielnym życiowo dwudziestolatkiem, prawda?

Praca zawodowa kapie mi ostatnio jak krew z nosa, więc zapieprzam w ogrodzie i mozolnie organizuję remont wakacyjny w pokojach dzieci, czyli malowanie, wymianę podłóg i zalanego sufitu u Miśka. Motywuje mnie gwałtowna reakcja pulmonologa Loli, który wręcz zbladł z oburzenia, dowiedziawszy się, że moja astmatyczka dzieli sypialnię nie tylko z kotami, ale też z siedemnastoletnią wykładziną podłogową, która ma chyba zbyt bogate życie wewnętrzne (co tam, pewnie już założyła cywilizację i wynalazła koło). Kotów nie wyrzucę, ale wykładzina idzie precz.

 

 

10:02, teraz_asia
Link Komentarze (14) »
niedziela, 20 maja 2018
studium szaleństwa

Tak sobie myślę, drodzy państwo, że to jest ciekawy przypadek dla psychoanalityka (są jacyś na pokładzie?). Bo tak - jestem miłą, zrównoważoną osobą w wieku średnim. Mam umiarkowane poczucie humoru, społecznie akceptowalny poziom kultury osobistej i nigdy w życiu nie przejawiałam cienia ambicji, zwłaszcza sportowej. A jednak ostatnio obserwuję u siebie niepokojące objawy.

Oto statystyka mojego pierwszego wyjścia na pole golfowe: 

Raz rzuciłam kijem, sto trzydzieści razy użyłam słów wulgarnych, dziesięć razy chciałam zabić swojego niezwykle spokojnego męża, pięć razy kategorycznie zażądałam natychmiastowego zejścia z pola, dwa razy się popłakałam, trzy razy miałam gwałtowne załamanie nerwowe...

Nasza druga rozgrywka wyglądała podobnie - włączyłam też do repertuaru kopanie piłki nogą do dołka, walenie z furią kijem o trawę, większy zasób przekleństw i intensywniejsze wyrazy wrogości w stosunku do nadal nadludzko cierpliwego męża.

Nieco już zrezygnowany mąż podjął trzecią próbę. Wymaszerowałam z pola w połowie rundy, z uszu mi dymiło, z pyska toczyłam pianę, nawet mąż zaczął przejawiać oznaki irytacji i rozczarowania.

Póki co, nikt nie wspomina o następnym podejściu. I dobrze, bo za każdym razem po zejściu z pola śnią mi się eksplozje, tortury, deszcz ludzkich szczątków i krzyczące w panice tłumy zakrwawionych ludzi. Serio. Tak, mnie też to niepokoi.

No i tak. Golf jako sport jest mi obojętny. Ba. Sport jest mi znacząco wręcz obojętny. Nie mam zupełnie ochoty zostać golfistką. Po prostu z grzeczności chciałam nauczyć się grać na tyle, żeby czasem pograć z mężem. I dupa. Pokonują mnie moje własne, całkowicie niepojęte dla mnie emocje. A, muszę jednak napisać, że gram w tego golfa fatalnie, przez naprawdę duże F (fuck!). No ale na chłodno i logicznie mi naprawdę nie zależy. Ja nie wiem, chyba rzeczywiście położę się na kozetce u jakiegoś Freuda, może mi zdiagnozuje coś z głową. Bo mi trochę męża szkoda. Zainwestował, i mu się nie zwraca...

20:49, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 kwietnia 2018
pięćdziesiąt twarzy nudy

- A może pojedziesz ze mną na turniej w sobotę? - powiedział mąż zachęcająco. - Bo wiesz, wiele pań tak robi. Jadą z mężami i im towarzyszą na polu - 

- Ale co ja tam niby będę robić?  - spytałam powątpiewająco.

- O, mnóstwo rzeczy - ożywił się mąż - możesz mnie wspierać, i podawać wodę, i w ogóle kibicować.  No i będziesz sobie tam spacerować, a to pole jest piękne, i pogoda ma być super - 

Wyobrażacie sobie, że dałam się nabrać?

Na turnieju golfowym gra się czwórkami. Towarzyszący nam panowie byli uprzejmi, acz zdystansowani. Być może podobnie jak ja, uważali moją obecność za doskonale zbędną. Mąż pospiesznym szeptem zapoznał mnie z podstawami golfowej etykiety: - Nie komentuj cudzych uderzeń, nie hałasuj, mów cicho, nie dekoncentruj, nie stawaj z tyłu, ani z przodu, ani na linii uderzenia, ani na greenie... - No fakt, przy tych obwarowaniach koncentracja na tym, gdzie MOGĘ stać, zajmowała mi dłuższą chwilę. Ale jak już odpowiednio stanęłam, ojezusiemaryjo, jakie to było monotonne...Jak no nie wiem, zebranie holenderskich pastorów. Cisza i modlitewne skupienie, a wszystko w języku, którego nie rozumiem. No, a pytań zadawać wszak nie mogłam, żeby ich nie dekoncentrować. Po paru dołkach wymiękłam, grzecznie pożegnałam nabożną czwórkę i uznałam, że poczekam na męża na tarasie, skąd widać pole. Wypiłam kawę. Czytałam książkę. Obgryzłam paznokcie. Dzwoniłam do dzieci. Wypiłam wodę. Druga kawę. Zjadłam banana. Czytałam. Zmieniłam stolik. Postanowiłam pospacerować, odkryłam jednak, że osoby bez kija golfowego spacerować po polu absolutnie nie mogą. Postanowiłam posiedzieć na ławeczce, ale jedyne ławeczki były ustawione przy dołkach, no a osoby bez kijów golfowych....wiadomo. Wróciłam na taras. Czytałam, jadłam tic taki i skórki od paznokci, piłam wodę i gapiłam się przed siebie, a wszystko w poczuciu, że przecieka mi właśnie przez palce przepiękna sobota.

Wiecie, ile trwa turniej golfa? SZEŚĆ GODZIN. Nikt mi nie zwróci tego czasu. Więc kiedy mąż, szczęśliwy i wybawiony jak trzylatek w basenie z kulkami, wrócił z rozgrywki, spotkał  sfrustrowaną, upiornie znudzoną żonę, która kategorycznie powiedziała, żeby nie liczył na powtórkę kiedykolwiek w przyszłości. To było bolesne zderzenie z rzeczywistością. Mąż jest teraz trochę smutny, bo liczył na to, że niedługo będziemy grać w turniejach razem, ale chwilowo mam wrażenie, że nawet pikowanie sałaty i depilacja bikini są bardziej ekscytującym sposobem spędzenia czasu. Więc, nie, mężu, raczej nie. Ale jutro i tak finalizuję mój kurs i zdaję egzamin na zieloną kartę, czyli odpowiednik golfowego prawa jazdy. To chyba pierwszy egzamin w życiu, którego się nie boję, bo zasadniczo nie porusza mnie, czy zdam, czy nie. Ale obiecuję, że się postaram.

12:14, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51