Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
poniedziałek, 24 lipca 2017
jestem

Jestem. Żyję. Walczę. Napiszę. Tylko już nie dzisiaj. Dzisiaj już za późno. Dzisiaj już się nie da.

Okropnie mi włosy śmierdzą piwem. Czy na pewno płukanie w piwie to dobry pomysł? Będę jutro jak żul spod Biedronki. A może wywietrzeję?

Dwa weta. Fajnie. Warto było spacerować po stolicy. 

Nie, serio. Dzisiaj odpadam. Jutro.

21:33, teraz_asia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 maja 2017
o mężu i golfie

Mąż, jak wiadomo, gra w golfa. Kiedy nie może grać w golfa, ogląda kanał golfowy.

Dla niedowierzających - tak, naprawdę w otchłaniach TV istnieje kanał, w którym pokazują wyłącznie ludzi z kijami i pola golfowe. Ja w sumie nie protestuję, bo dla mnie to takie dość kojące doświadczenie: niebo niebieskie, hektary łąk zielonych, szeroko nad jeziorkami rozciągnionych, malowanych zbożem rozmaitem.....a nie, wróć, bez zboża, ale reszta się zgadza.  Czasem palmy są i piasek.

Kilku panów komentuje niespieszną aktywność na ekranie stosownie przyciszonymi głosami, i powiem wam, że to szemranie to jest nawet przyjemne, usypiające wręcz.

No więc przydrzemuję ci ja sobie nad laptopem, słuchając mruczenia golfistów i proszę męża sennie - zrób mi herbaty, kochanie - 

-Już, już - odpowiada nieuważnie mąż wpatrzony w ekran.

Czekam pięć minut - To co z tą herbatą? - 

Ponieważ odpowiada mi cisza, patrzę na męża, zastygniętego w półprzysiadzie nad kanapą. Na twarzy męka niezdecydowania.

- Zaraz - mówi wreszcie mąż błagalnie - nie mogę w takiej chwili. Za duże napięcie, żebym mógł się oderwać od ekranu -

Patrzę podejrzliwie na pola golfowe (zielone, bez zmian), na ludzików z kijkami (chodzą se, bez zmian), na komentatorów (szemrają, jak szemrali) i już nie potrzebuję herbaty na podniesienie ciśnienia, bo atak śmiechu całkowicie mnie podnosi na nogi. Cóż znaczy prawdziwa sportowa pasja.....

11:03, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 18 maja 2017
gramatyka a zwłoki

Z jakichś tajemniczych przyczyn Loli nie po drodze z gramatyką polską. To znaczy, używa bezbłędnie, ale wszystkie te imiesłowy i zaimki, a nie dajbóg, przydawki i dopełnienia są dla niej niewyuczalne. Odpytywałam ją wczoraj przed klasówką i normalnie orka na ugorze.

- Krowę? -

- Liczba pojedyncza. I rodzaj żeński - orzeka po namyśle Lola

- Przypadek? - rzucam zachęcająco

- Nie sądzę - odpowiada ponuro Lola

Gorzej jeszcze, bo nawet w moim sprawnym gramatycznie umyśle Lola posiała ziarno wątpliwości.

- Rzeczowniki dzielą się na ożywione i nieożywione. Podaj przykłady -

- Krzesło. Glista. - mamrocze zniechęcona Lola - A zwłoki, mamo? Czy one są ożywione? -

- To zależy, zombie raczej tak - odpowiadam z właściwym sobie subtelnym dowcipem, ale robak zwątpienia wpełza mi do mózgu i sama już nie wiem, jak zaklasyfikować te szczątki doczesne. Są ożywione, te zwłoki?

17:55, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 maja 2017
głównie o Loli

Udało mi się namówić Lolę, żeby obejrzała ze mną "Zabić drozda". Bardzo lubię zadręczać małoletnich moją ulubioną literaturą i kinematografią, w nadziei, że zarażę ich swoim zachwytem. Czasem nie odnoszę spektakularnego sukcesu - "Łowca androidów" nie powalił rodziny na kolana, ale czasem udaje mi się nad podziw - mąż właśnie kończy "Mistrza i Małgorzatę" i nawet się zachwyca. Tylko dlaczego, pytam się załamana, dlaczego nikt nie chce czytać Pratchetta? Pomimo wszystkich możliwych chwytów, jakie stosuję, żeby ich wciągnąć? Gdzie popełniłam błąd?

Ale wracając do adremu. Wygląda na to, że Lola nie tylko obejrzała z zainteresowaniem,ale zrozumiała główną myśl przewodnią.

Kiedy przypomniałam jej o odrabianiu lekcji, właśnie śliniła się nad półmiskiem świeżo upieczonego ciasta. Lola zastygła w dramatycznej pozie, przyciskając do wątłej piersi talerzyk z ciastem i wyszeptała - Naprawdę chcesz zabić ten moment? Tę chwilę mojego szczęścia z brownie? - spojrzała na mnie oczami zranionej sarenki - To byłoby okrutne. To byłoby jak - spojrzała jeszcze raz czule na stos czekoladowego ciasta - jak zabicie drozda - .

No dobra, może jednak nie do końca zrozumiała. Ale z zachwytem patrzę, jak świetnie moja córka rozwija się w gimnazjum. Przez ostatni tydzień niemal mieszkała w szkole, bo konstruowali z panią od polskiego olbrzymiego smoka z kartonu na Dzień Książki. Na piątek klasa Loli umówiła się na noc filmową - całonocny maraton oglądania filmów na sali gimnastycznej. Jeżdżą karmić psy w schronisku i czytać książki dzieciom z domu dziecka. Mają naprawdę fajnych nauczycieli i dyrektora z poczuciem humoru. Strasznie żałuję, że reforma zniszczy taką fajną szkołę.

Dla równowagi doniesienia z frontu maturalnego:

polski podstawowy - nieźle, a ten wiersz zinterpretowałem niemal genialnie 

polski rozszerzony - zobaczysz, będzie luz, na pewno (mam mroczne wrażenie, że samozachwyt Miśka nie znajdzie tu mocnych podstaw)

matma podstawowa - ee, spoko, prawie wszystko mam dobrze 

matma rozszerzona - nooo, OK, mogłem to trochę zawalić, ale może nie będzie tragicznie

angielski rozszerzony - będzie sto procent, zobaczysz, i w ogóle jestę bogię

i jeszcze czeka nas niemiecki, i geografia i dwa ustne. Mam wrażenie, że to jakiś maraton jest. Kiedyś chyba tak nie było.

22:12, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 maja 2017
co w trawie piszczy

Krótkie streszczenie ostatniego miesiąca:

Dwa tygodnie na Dukanie, zakończone orgią jedzenia krówek. Dieta aloesowa, ze wstrętem porzucona po tygodniu. Aktualnie jem na zmianę pieczonego indyka z sałatą i ciastka, z nadzieją, że organizm będzie na tyle skonsternowany, że zgubi tłuszcz z tego zakłopotania.

Mąż od trzech tygodni ma pracę. Wprawdzie bez fajerwerków finansowych, ale wygląda na dość stabilną i taką raczej bezzawałową. Się zobaczy.

Ja pracy nie mam. Znaczy coś tam mam, ale kapie jak krew z nosa i nudne straszliwie. Za co mam kupować te wszystkie cudne buciki, których pełno na wystawach?

Misiek pojutrze pisze maturę z polskiego. Jestem rozdygotana wewnętrznie, i ja nie wiem, jak przeżyję ten czwartek i piątek.

Lola znowu przestała się uczyć. Wiedziałam, że ta dobra passa nie może trwać wiecznie. Pociesza mnie tylko to, że chyba znalazła sobie nową przyjaciółkę, na brak której cierpiała od początku gimnazjum.

Mamy nowego pana kota ogródkowego, na razie bezimiennego. Dość nieśmiały, ale strasznie gadatliwy. Siedzi godzinami na parapecie, zagląda nam do pokoju i miauczy namiętnie w trzech tonacjach. Moje kotki się go nie boją, o dziwo. No cóż, czekam na rozwój wydarzeń.

Mam cudną, granatową hybrydę na paznokciach i pierwszy raz od lat nie obgryzam skórek, bo lękam się zepsucia tej niesłychanie pięknej dekoracji. 

Zmarzły mi róże, hortensje i aktinidie przez ten cholerny kwietniowy przymrozek. Las jest zalany przez te cholerne kwietniowe deszcze i nie mam gdzie chodzić na spacery. 

Mąż dał mi w prezencie kartę na siłownię. I w dodatku sama go o to poprosiłam, wiec nawet nie mogę teraz go opieprzyć i powiedzieć, że na przekór nie będę chodzić.

Czekam na maj. Nie wiem czemu, ale czuję, że teraz musi być trochę lepiej. Że praca i pogoda, i matura, i wszystko się ułoży (może oprócz siłowni, bądźmy realistami).

A teraz mogę wrócić do pisania bloga, bo dotąd paraliżowała mnie świadomość, ile musiałabym nadrobić.....

13:09, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 28 marca 2017
panorama dietetyczna

Zaczęłam od Dąbrowskiej. Diety znaczy. Po czterech dniach widok surówki budził we mnie obrzydzenie, a wszystkie warzywa miałam ochotę utopić w Wiśle jak Marzannę. Zaleczyłam tę traumę brownie, bo magnez jak wiadomo, dobrze działa na mdłości. A może na drżenie powiek? 

Zieleninę postanowiłam odreagować dietą Atkinsa. Zapomniałam jednak, że nie posiadając pęcherzyka żółciowego nie powinnam topić mojego biednego organizmu w tłuszczu. Po trzech dniach reszta moich organów wewnętrznych wykazywała chęć podążenia śladem woreczka. Odreagowałam ciastem marchewkowym (patrzcie, jak sprytnie - warzywo i deser w jednym).

Przypomniałam sobie, że w czasach studenckich odchudzałam się dietą kopenhaską. Pamiętacie? Kawa, kopy jajek i sałata? Spieszę poinformować, że dwadzieścia lat później nie da się zjeść tylu jajek. No niedasie i już. Na przejedzenie jajkami doskonale działają ciasteczka Amaretti. Ten związek nie ma naukowego uzasadnienia, a jednak pozostaje faktem.

W poczekalni u dentysty przeczytałam o zupełnie nowej diecie - 5:2. I nie jest to wynik meczu Polska - Niemcy niestety. Zasady wydały mi się upojnie proste: przez pięć dni jemy normalnie, a przez dwa pościmy. Zgadliście już? Tak. Wytrzymałam całe pięć dni tej diety, szósty wydał mi się na tyle ekstremalny, że na wszelki wypadek zjadłam trzy muffinki porzeczkowe.

Od wczoraj jestem na Dukanie. To nie pozycja seksualna, ani alpejski lodowiec, ale moja nowa dieta. Zapowiada się obiecująco, bo można jeść do upojenia twaróg i kefir. Daję sobie minimum tydzień, zanim upiekę ciasto bananowe.

Mąż wykazuje daleko idącą życzliwość i wsparcie moralne, ale to dlatego, że chyba nie ogarnia rozmiarów mojej schizofrenii dietetycznej:

- O, chyba schudłaś? - 

- Nie wiem, ale chyba nie-

- A co ci mówi waga? - 

- A mówi mi: kobieto, spierdalaj, bo mi ciężko - 

Wsparcie poproszę. Z pozytywnymi przykładami w tle. Buuu....

21:31, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
piątek, 10 marca 2017
Ombre mentalne

Nosiłam w sobie tę decyzję przez trzy dni, aż w końcu nie wytrzymałam.Padło na koleżankę, do której wpadłam na pięć minut i siedziałam już pół godziny, pomagając jej robić kolację:

- Mam zamiar zmienić swoje życie! -

- Nawrócisz się?! - wykrzyknęła z nadzieją koleżanka

- Nie, ale blisko, zrobię sobie ombre! -

- Ale że co? -

- No, ombre, na włosy. Takie cieniowanie. Wiem, że będę głupio wyglądać, ale czuję, że muszę. Serio. Nie chcę kiedyś na łożu śmierci żałować, że nigdy nie miałam odwagi zrobić sobie ombre. W ogóle zobaczysz, mam wielkie plany. Chciałabym raz w życiu zrobić sobie hybrydę na paznokcie, a się wstydzę, bo mam zeżarte skórki. A, zapomniałam. I jeszcze schudnę dwadzieścia kilo. I zacznę chodzić na siłownię....chyba. W ogóle to zamierzam się przekonać, chociaż na moment, jak to jest być zadbaną kobietą - rozmarzyłam się.

- Myślisz, że warto? - koleżanka najwyraźniej miała wątpliwości, nie wiem, tylko, czy w związku z celem, czy moimi możliwościami - może jednak się nawróć, mniej wysiłku, a korzyść wieczna. Pożyczę ci brewiarz -

- O nie, kochana, i zabierz mi sprzed oczu te ciastka. Te dwadzieścia kilo samo się nie zrzuci -

No więc tak. Na razie nie zjadłam kolacji i jestem rozpaczliwie głodna. Nie wiem, jak ja wytrzymam do śniadania...

Z głodu zeżarłam skórkę przy kciuku, wiec chwilowo hybryda musi poczekać. 

Ombre sobie zrobię, jak będę w stanie pójść do fryzjera w moich spodniach sprzed pół roku - taka zachęta do diety. A w międzyczasie pooowoooli zacznę się rozglądać, czy w okolicy nie otworzyli jakiejś siłowni, tylko najlepiej wirtualnej. W końcu nawet tak bohaterskie postanowienie mają jakieś limity, nieprawdaż?

22:22, teraz_asia
Link Komentarze (10) »
środa, 01 marca 2017
bezkręgowce

Test z bezkręgowców. Wkuwamy z Lolą, aż nam mózgi parują, znaczy Lola wkuwa, a ja odpytując ją uczę się przez osmozę. Pani od biologii ma ambicję wychować rzeszę przyszłych medyków i testy są szczegółowe niemal jak rozszerzona matura.

- Wolałabyś mieć glistę czy tasiemca? - pytam Lolę w zadumie

- Oczywiście, że tasiemca. Nie zniosłabym myśli, że w moim jelicie ktoś rozmnaża się płciowo -

 Po teście:

- Jak ci poszło? - 

- Dobrze. Nie wiedziałam tylko, jak odpowiedzieć na pytanie o nicieniach. Jakie są zalety tego, że mają układ pokarmowy otwarty, w sensie, że wiesz, oddzielne otwory do jedzenia i wydalania -

- Ale nic nie napisałaś?- 

- Noooo, coś tam napisałam - Lola chrząka zakłopotana - że w porównaniu do tych z układem zamkniętym pewnie maja więcej przyjaciół i bogatsze życie towarzyskie...-

Acha. Ciekawa jestem, czy pani od biologii poza układem pokarmowym otwartym posiada także poczucie humoru.

Nie pisałam, bo czekałam na to, że móc zamieścić wpis pod tytułem: Jest cudnie.

Wpis byłby o tym, jak to mąż dostaje dobrą pracę za godziwe pieniądze, ja takoż, Misiek oznajmia, że jest gotowy na maturę, a Lola rozkwita intelektualnie i bierze udział w konkursie matematycznym.

Poza rozkwitem intelektualnym mojej córki, która znienacka zaczęła się uczyć i dostawać piątki, nic takiego się nie stało. Łapiemy przypadkowe fuchy i zlecenia, staję się mistrzem obiadów za pięć zeta i wprowadzam projekt Denko, zużywając przeróżne zapasy.

Mądrość życiowa podpowiada mi jednak, że jakoś to będzie. I że pantha rei i w końcu przyjdzie wiosna. I że, jak powiada mężowski kubeczek, to różnorodność doświadczeń pozwala nam naprawdę docenić życie.

kubek

21:39, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 26 stycznia 2017
androidy śnią o samochodach

Uwierzycie, że byłam wczoraj na wytwornym pokazie dla hipsterskiej i zamożnej warszawki? Sama w to nie wierzę. Ale jakże trudno się oprzeć sile argumentów męża - Kochanie, wiem, że nie lubisz takich imprez, ale mam darmowe zaproszenie, i będzie masa dobrego żarcia i drinki z parasolką.-

No dobra, nie jest to jeszcze poziom rodzinnych wyjść do supermarketu na degustację kabanosów w dziale mięso/wędliny, ale sami rozumiecie, w naszej sytuacji człowiek musi wykazywać się elastycznością...

Premiera nowego samochodu luksusowej marki zgromadziła tłumy wytwornie odzianej elity warszawskiej. 

A teraz przeczytajcie to jeszcze raz: premiera-nowego-samochodu.

Odlot, no nie? Kiedy rozpoczęło się widowisko światło-dźwięk, zamarłam z wrażenia jak jeleń w świetle reflektorów. Muzyka, narastająca w pulsujące crescendo ( jak w tym momencie filmu, gdy Steven Seagal ucieka z reaktora atomowego tuż przed odpaleniem ładunków wybuchowych), oszałamiające strumienie świateł, i wreszcie... z głośników zagrzmiał ciepły baryton narratora - Gdyby sztuczna inteligencja umiała marzyć, marzyłaby o samochodzie... - 

- Gdyby androidy śniły, śniłyby o elektrycznych owcach - wymamrotałam ubawiona. Nikt jednakowoż nie zwrócił uwagi na moje błyskotliwe skojarzenia literackie, bo oczy wszystkich wlepione były w zbliżenia jakichś silników czy elementów deski rozdzielczej, podczas gdy narrator uwodzicielsko opiewał "głębokie tłoczenia na masce, wąską linię okien bocznych i smukłą sylwetkę".

- Za Chiny nie pojmę, jak ludzie mogą oddawać cześć przedmiotom użytkowym, transportującym ich z punktu A do punktu B - zwierzyłam się mężowi.

Mąż pokiwał głową wyrozumiale, jednak nie oderwał wzroku od sceny, na którą właśnie powoli wjeżdżał bohater dzisiejszej premiery. Samochód jak samochód, cztery kółka i trochę blachy, ale ludzie, jak on się świecił! Jakby stado lemurów w irchowych pidżamach biegało po nim przez tydzień bez przerwy...W tym momencie, przyznaję, poczułam coś w rodzaju bałwochwalczego podziwu. Mój Stefan od miesiąca wygląda jak po zapasach w błocie z monstertrakiem, a boję się go umyć, bo już raz tak myłam na mrozie i potem otwierałam drzwi za pomocą suszarki.

Pokaz skończył się tuż po pokazie tańczących dziewoi, wdzięcznie zwieszających się z sufitu na dużych kółkach, pomiędzy wybuchającymi prawdziwymi płomieniami. Serio, wcale nie zmyślam. Spekulowaliśmy z mężem, czy mają wliczone w ryzyko zawodowe poparzenia drugiego stopnia. Ale żadna nie przysmażyła sobie choćby pięty, profesjonalistki!

Kiedy zgromadzone elity wreszcie potruchtały na scenę, żeby przymierzyć się do planowanych nabytków (Misiu, kup mi proszę na imieniny taki turkusowy, żeby pasował do torebki Birkin), mogłam zająć się bardziej istotnymi zagadnieniami - na przykład sprawdzeniem, jaką ilość tartinek zdołam przyswoić, zanim zrobi mi się niedobrze, i ile rodzajów drinków z palemką potrafią przygotować barmani (dużo- w odpowiedzi na obydwa pytania). 

Bardzo, doprawdy bardzo udany wieczór. Zapowiedziałam mężowi, że gdyby ewentualnie dostał jeszcze zaproszenie na premierę nowego modelu depilatora albo kosiarki, chętnie uświetnię tę imprezę swoją obecnością. Ostatecznie, przyznajmy, premiery teatralne są takie passe.

19:56, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 stycznia 2017
sernik na osłodę

Muszę przyznać, że sernik wyszedł mi genialny. Aczkolwiek nie polecam chyba aż tego poziomu spontaniczności kulinarnej.

Nie jadamy serników, więc nigdy ich nie robię, ale ten smętny kawałek sera w lodówce wołał o litość, a przepis z Moich wypieków wydawał się prosty jak budowa cepa. Zmieliłam więc twaróg i dopiero później zważyłam, odkrywając, że mam go o połowę za mało na choćby niewielki serniczek. Trzymając miskę na wadze, wydłubywałam do niej kolejne resztki, choćby z grubsza przypominające biały ser: mascarpone, twarożek kanapkowy, kwaśną śmietanę i jogurt, żeby osiągnąć wymagane przepisem 450 g. Po tej heroicznej walce zajęłam się spodem z ciasteczek, odkrywając, że ich także mam za mało. W blenderze wylądowały więc herbatniki maślane, reszta ciasteczek korzennych z Lidla, kilka ocalałych Digestive i paczuszka Belvita, ukradzionych ze śniadaniówki Loli. 

Okazało się, że jak w hodowli psów, mieszanki ras mogą dać niespodziewanie dobre rezultaty. Mąż zeżarł pół sernika (którego normalnie nie lubi i nie jada), i po krótkim namyśle oznajmił: - To przesądza sprawę. Nie mogę się z tobą rozwieść. -

Małżeństwo mam więc stabilne i pewne. Hurra.

Ale za tozaraz zacznę mieć syndrom pustego gniazda.

Misiek - mój słodki mały Miś pluszowy - miał studniówkę w ten weekend. W związku z tym po raz pierwszy w życiu zobaczyłam mojego syna w garniturze. Wyglądał jak, mmm, no po prostu, Bond, Misiek Bond. Z czerwona muszką, choć bez martini. Uroczo wręcz i mówię to, rzecz jasna, z całkowitym obiektywizmem zaślepionej macierzyńskim uczuciem mamusi.

Zaraz matura, studia i dziecko mi wyfrunie w szeroki świat. Jak dobrze, że mam drugie, zapasowe......

No dobrze. Idę poszukać zaginionego kółka od odkurzacza i pomartwić się brakiem pracy (mojej, bo obiecałam mężowi, że brakiem JEGO pracy zacznę się martwić dopiero w lutym). Sernik polecam. Pomaga na nieskomplikowane smutki. Na te większe, to już chyba tylko brownie da radę. Podwójnie czekoladowe.....

09:23, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48