poniedziałek, 11 czerwca 2018
kwoka jestem

- Pół dnia dziś waliłam siekierą - pochwaliłam się Loli.

 - Kogo? - spytała moja córka z życzliwym zainteresowaniem.

Czy tylko mnie się wydaje, że to nie powinno być pierwszym skojarzeniem dla standardowej piętnastolatki? Skojarzenia Miśka wędrują za to w nieco inną stronę. Ponieważ nadal byłam dumna z iście morderczych prac ogrodowych, jakie wykonałam własnymi białymi rączkami, pochwaliłam się też synowi: - Ale się dziś namachałam siekierą - 

- Czym sie-kierowałaś? - błysnął subtelnym dowcipem Misiek.

Misiek w ogóle błyska, również intelektem, bo przez drugi semestr studiów frunie wręcz ze śpiewem na ustach. Ma podwójną motywację. Raz, że znalazł sobie fajną dziewczynę, która jest od niego chyba lepsza w nauce i się nawzajem dopingują, dwa, że musi sprawnie zaliczyć sesję, bo dzień po ostatnim egzaminie, czyli już za 12 dni, wyjeżdża do pracy na całe wakacje.

Cała dygoczę wewnętrznie ze stresu. Nie od dzisiaj wiem, że jestem potworną matką kwoką i chętnie otuliłabym skrzydełkami potomstwo przed całym złem tego świata. A Misiek nie dość, że na tyle tygodni, to jeszcze na koniec świata - do Stanów i w dodatku ma pracować jako wychowawca na obozie "dla dzieci i młodzieży z trudnościami w nauce". Oczami duszy widzę hordy nadpobudliwych wyrośniętych amerykańskich nastolatków, atakujących mojego Misia:-)

Zasadniczo wiem, że histeryzuję, bo Misiek wykazał się zadziwiającym ogarnięciem przy załatwieniu sobie raz, że tej pracy, dwa, monstrualnej papierkologii z nią związanej. Więc moje obawy, że zostanie pobity/okradziony w nowojorskim metrze, zeżarty przez wilki i/lub nastolatków, zgubi paszport i/lub bagaże, sam się zgubi w dziczy/w trakcie podróży/w wielkim mieście, są chyba nieco na wyrost. No ale kurde, mam prawo się martwić, nawet jeśli mój synek jest zarośniętym, barczystym  i dość samodzielnym życiowo dwudziestolatkiem, prawda?

Praca zawodowa kapie mi ostatnio jak krew z nosa, więc zapieprzam w ogrodzie i mozolnie organizuję remont wakacyjny w pokojach dzieci, czyli malowanie, wymianę podłóg i zalanego sufitu u Miśka. Motywuje mnie gwałtowna reakcja pulmonologa Loli, który wręcz zbladł z oburzenia, dowiedziawszy się, że moja astmatyczka dzieli sypialnię nie tylko z kotami, ale też z siedemnastoletnią wykładziną podłogową, która ma chyba zbyt bogate życie wewnętrzne (co tam, pewnie już założyła cywilizację i wynalazła koło). Kotów nie wyrzucę, ale wykładzina idzie precz.

 

 

10:02, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
niedziela, 20 maja 2018
studium szaleństwa

Tak sobie myślę, drodzy państwo, że to jest ciekawy przypadek dla psychoanalityka (są jacyś na pokładzie?). Bo tak - jestem miłą, zrównoważoną osobą w wieku średnim. Mam umiarkowane poczucie humoru, społecznie akceptowalny poziom kultury osobistej i nigdy w życiu nie przejawiałam cienia ambicji, zwłaszcza sportowej. A jednak ostatnio obserwuję u siebie niepokojące objawy.

Oto statystyka mojego pierwszego wyjścia na pole golfowe: 

Raz rzuciłam kijem, sto trzydzieści razy użyłam słów wulgarnych, dziesięć razy chciałam zabić swojego niezwykle spokojnego męża, pięć razy kategorycznie zażądałam natychmiastowego zejścia z pola, dwa razy się popłakałam, trzy razy miałam gwałtowne załamanie nerwowe...

Nasza druga rozgrywka wyglądała podobnie - włączyłam też do repertuaru kopanie piłki nogą do dołka, walenie z furią kijem o trawę, większy zasób przekleństw i intensywniejsze wyrazy wrogości w stosunku do nadal nadludzko cierpliwego męża.

Nieco już zrezygnowany mąż podjął trzecią próbę. Wymaszerowałam z pola w połowie rundy, z uszu mi dymiło, z pyska toczyłam pianę, nawet mąż zaczął przejawiać oznaki irytacji i rozczarowania.

Póki co, nikt nie wspomina o następnym podejściu. I dobrze, bo za każdym razem po zejściu z pola śnią mi się eksplozje, tortury, deszcz ludzkich szczątków i krzyczące w panice tłumy zakrwawionych ludzi. Serio. Tak, mnie też to niepokoi.

No i tak. Golf jako sport jest mi obojętny. Ba. Sport jest mi znacząco wręcz obojętny. Nie mam zupełnie ochoty zostać golfistką. Po prostu z grzeczności chciałam nauczyć się grać na tyle, żeby czasem pograć z mężem. I dupa. Pokonują mnie moje własne, całkowicie niepojęte dla mnie emocje. A, muszę jednak napisać, że gram w tego golfa fatalnie, przez naprawdę duże F (fuck!). No ale na chłodno i logicznie mi naprawdę nie zależy. Ja nie wiem, chyba rzeczywiście położę się na kozetce u jakiegoś Freuda, może mi zdiagnozuje coś z głową. Bo mi trochę męża szkoda. Zainwestował, i mu się nie zwraca...

20:49, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 kwietnia 2018
pięćdziesiąt twarzy nudy

- A może pojedziesz ze mną na turniej w sobotę? - powiedział mąż zachęcająco. - Bo wiesz, wiele pań tak robi. Jadą z mężami i im towarzyszą na polu - 

- Ale co ja tam niby będę robić?  - spytałam powątpiewająco.

- O, mnóstwo rzeczy - ożywił się mąż - możesz mnie wspierać, i podawać wodę, i w ogóle kibicować.  No i będziesz sobie tam spacerować, a to pole jest piękne, i pogoda ma być super - 

Wyobrażacie sobie, że dałam się nabrać?

Na turnieju golfowym gra się czwórkami. Towarzyszący nam panowie byli uprzejmi, acz zdystansowani. Być może podobnie jak ja, uważali moją obecność za doskonale zbędną. Mąż pospiesznym szeptem zapoznał mnie z podstawami golfowej etykiety: - Nie komentuj cudzych uderzeń, nie hałasuj, mów cicho, nie dekoncentruj, nie stawaj z tyłu, ani z przodu, ani na linii uderzenia, ani na greenie... - No fakt, przy tych obwarowaniach koncentracja na tym, gdzie MOGĘ stać, zajmowała mi dłuższą chwilę. Ale jak już odpowiednio stanęłam, ojezusiemaryjo, jakie to było monotonne...Jak no nie wiem, zebranie holenderskich pastorów. Cisza i modlitewne skupienie, a wszystko w języku, którego nie rozumiem. No, a pytań zadawać wszak nie mogłam, żeby ich nie dekoncentrować. Po paru dołkach wymiękłam, grzecznie pożegnałam nabożną czwórkę i uznałam, że poczekam na męża na tarasie, skąd widać pole. Wypiłam kawę. Czytałam książkę. Obgryzłam paznokcie. Dzwoniłam do dzieci. Wypiłam wodę. Druga kawę. Zjadłam banana. Czytałam. Zmieniłam stolik. Postanowiłam pospacerować, odkryłam jednak, że osoby bez kija golfowego spacerować po polu absolutnie nie mogą. Postanowiłam posiedzieć na ławeczce, ale jedyne ławeczki były ustawione przy dołkach, no a osoby bez kijów golfowych....wiadomo. Wróciłam na taras. Czytałam, jadłam tic taki i skórki od paznokci, piłam wodę i gapiłam się przed siebie, a wszystko w poczuciu, że przecieka mi właśnie przez palce przepiękna sobota.

Wiecie, ile trwa turniej golfa? SZEŚĆ GODZIN. Nikt mi nie zwróci tego czasu. Więc kiedy mąż, szczęśliwy i wybawiony jak trzylatek w basenie z kulkami, wrócił z rozgrywki, spotkał  sfrustrowaną, upiornie znudzoną żonę, która kategorycznie powiedziała, żeby nie liczył na powtórkę kiedykolwiek w przyszłości. To było bolesne zderzenie z rzeczywistością. Mąż jest teraz trochę smutny, bo liczył na to, że niedługo będziemy grać w turniejach razem, ale chwilowo mam wrażenie, że nawet pikowanie sałaty i depilacja bikini są bardziej ekscytującym sposobem spędzenia czasu. Więc, nie, mężu, raczej nie. Ale jutro i tak finalizuję mój kurs i zdaję egzamin na zieloną kartę, czyli odpowiednik golfowego prawa jazdy. To chyba pierwszy egzamin w życiu, którego się nie boję, bo zasadniczo nie porusza mnie, czy zdam, czy nie. Ale obiecuję, że się postaram.

12:14, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
środa, 28 marca 2018
Bolonia

No ale to było podłe. Serio. Wyobraźcie sobie, że w Bolonii mieliśmy niższą temperaturę niż w Polsce i słońca parę godzin w sumie. Kurtki nawet raz nie zdjęłam (szlocha rozdzierająco). Nic dziwnego, że z żalu ciągle piłam. No i jadłam. Bolońskie knajpy mają najlepsze jedzenie we Włoszech - przynajmniej takie są moje wnioski po trzech dniach wciągania tagliatelle, tortellini i pizzy. Chodziłam więc notorycznie przejedzona i na lekkim rauszu, podziwiając te wszystkie stare mury, arkady i freski. Bardzo lubię we Włoszech to, że współczesność jest tutaj tak ściśle zapleciona z przeszłością. Oni beztrosko sobie żyją wśród tych bezcennych piętnastowiecznych zabytków, ciągle je wykorzystując, nie otaczając łańcuchami, ogrodzeniami i szkłem. Po prostu życie toczy się dalej, jak przez ostatnie kilka wieków. Poza tym okazało się, że znam włoski. To znaczy, nie znam, poza kilkunastoma lekcjami z Duolingo w internecie, ale kiedy pani w Oratorium świętej Cecylii zaczęła nam opowiadać historię fresków na ścianach - fakt, że starała się mówić powoli jak na Włoszkę - odkryłam, że wszystko rozumiem. Ale może to przez to wino...

Bolonia jest piękna, w takiej dość mikro skali, bo wszystko można oblecieć na piechotę, ale piękna i przyjazna.  Ma przepiękne kościoły. Najbardziej podobał nam się kościół świętego Stefana, złożony z labiryntu posklejanych ze sobą budowli i małych dziedzińców. Wypatrzyliśmy tam jedynego kota w Bolonii - zakładam, że reszta uciekła tam, gdzie jest cieplej, bo to mądre zwierzęta. Za to bolońskie psy - a w tym mieście chyba wszyscy maja psy - nosiły zazwyczaj stylowe płaszczyki i ortaliony. Widziałam nawet pieska bolończyka w srebrnej puchówce.

Pół  miasta można oblecieć nie wychylając nosa na słońce (jakie słońce!!!?), bo chodniki są przykryte arkadami. Gdzieniegdzie można się poczuć jak w Wenecji, patrząc na domy zawieszone nad kanałami. Znakiem rozpoznawczym Bolonii są dwie krzywe wieże, zbudowane w XII wieku przez rywalizujące ze sobą rodziny szlacheckie. Jedna jest bardziej krzywa, za to druga wyższa i w dodatku można na nią wejść całe 500 (pięćset!!) stopni. Oczywiście mąż uznał, że to cudowny pomysł i koniecznie musimy zobaczyć panoramę masta. Po raz pierwszy doceniłam te trzy miesiące siłowni, bo okazało się, że wlazłam bez śladu zadyszki i bardzo byłam z siebie dumna (a kilka lasek po drodze wymiękło, nawet takich dwa razy chudszych ode mnie, phi).

Chociaż dziś akurat zebrało mi się na czytanie tych naklejek na siłownianym orbitreku i trochę się zaniepokoiłam. "Nadmierny wysiłek fizyczny grozi problemami zdrowotnymi a nawet śmiercią" - głosił jeden z napisów. Na wszelki wypadek nie ruszam się od paru godzin z kanapy, aby zniwelować ewentualne szkody zdrowotne....

21:23, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 22 marca 2018
O Wacławie i dolegliwościach codziennych

Ja to jednak jestem słabo kapująca, i w dodatku mało empatyczna jednostka. Odkryłam jakiś czas temu pająka w wannie. Pająk był wielki i czarny, miał rozłożyste włochate nóżki i ogólnie doskonale komponował się z białą emalią. Zrobiłam więc to, co zrobiłby każdy rozsądny człowiek na moim miejscu - nadałam pająkowi imię Wacław i gawędziłam z nim sympatycznie przy wieszaniu i składaniu prania. Bardzo cieszył mnie przy tym fakt, że Wacław nie opuszcza posterunku w wannie i uznałam to za dowód, że moje ciepłe uczucia są odwzajemnione. Kiedy po trzech dniach z dumą pochwaliłam się Loli moim nowym przyjacielem, spojrzała na mnie z politowaniem - Naprawdę, mamo, nie wpadłaś na to że on nie umie wyjść z wanny? -

No jakoś, kurde, nie. Gnana wstydem z powodu mojego niehumanitarnego i egoistycznego zachowania, czym prędzej ulokowałam Wacława na podłodze. Ale przysięgam, że chwilę się zawahał i spojrzał na mnie przyjaźnie, zanim z godnością oddalił się za pralkę.

Poza pająkiem to był naprawdę słaby tydzień. W golfa wciąż nie umiem. Nie wiem dlaczego mój instruktor nie chce zrozumieć, że ja mam po prostu za dużo części ciała, żeby je naraz ogarnąć i  że jedna z tych części jest w tej grze całkowicie zbędna, a wręcz kłopotliwa. Ciągle mi biust wchodzi w paradę i psuje zamach czy też swing, czy jak to tam się nazywa. Chyba dlatego w golfa graja głównie faceci....

Śnieg wciąż leży w ogrodzie. Od dwóch tygodni nie przeczytałam ani jednej książki. Koty linieją jak wściekłe i mam dom we fruwających kłakach. Lola ma skrzywioną przegrodę nosową i przerost małżowin nosowych (serio? małżowiny nosowe? to brzmi jak głupi żart) ze wskazaniem do operacji. Wacław nie wychodzi spod wanny, a nikt inny nie chce mi towarzyszyć przy wieszaniu prania. Nie mam butów na Bolonię. 

No naprawdę - muszę wyjechać na te trzy dni, bo zwariuję.

 

 

20:11, teraz_asia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 marca 2018
czekam na ciepło

Pamiętacie jeszcze ubiegły weekend? Otóż uparcie odmówiłam wówczas przyjęcia do świadomości ponurych prognoz i zaszalałam w ogródku. Taras posprzątałam, parapety umyłam, pozbierałam śmieci i przycięłam roślinki.

No, to teraz mam. W ramach protestu udałam się na wewnętrzną emigrację i od tygodnia oglądam Jessicę Jones na zmianę ze sprzątaniem komórki pod schodami, bo tam nie ma okna i nie muszę patrzeć na te zaspy. I czuję się oszukana, a wręcz lekko rozgoryczona. Nie tak miało być....

Wielką pociechą jest dla mnie fakt, że najbliższy weekend spędzę w Bolonii. Byliście kiedyś w Bolonii? Bo jakoś zupełnie mi umknęło  to miasto, chociaż budzi takie sympatyczne skojarzenia - spaghetti bolognese, mortadela, pieski bolończyki - wprawdzie te ostatnie raczej nie w celach kulinarnych, ale chociaż miłe dla oka. W każdym razie akurat tam były tanie bilety, co można uznać za ilustrację twierdzenia, że byt kształtuje świadomość, n'est-ce-pas?

Zawsze planujemy sobie z grubsza, co zwiedzimy i gdzie pójdziemy. Wczoraj okazało się, że nasze plany są wyjątkowo zbliżone:

- Tak bym posiedziała na słońcu - westchnęłam. 

- Na jakimś włoskim ryneczku - rozmarzył się mąż - z dobrą kawą. I żebym nie musiał siedzieć w kurtce. I koniecznie na słońcu -

- I z ciastkiem oczywiście ta kawa - dodałam skrupulatnie - ale najważniejsze, żeby ciepło było i żeby się nie zmęczyć.-

Jakie czasy, takie marzenia....

 

08:27, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
piątek, 09 marca 2018
piątkowy wieczór

Na dzień kobiet mąż zabrał mnie do piwnicy i oddał w ręce seksownego cudzoziemca, który uprawiał ze mną przez godzinę łagodne formy BDSM, czyli trening golfa. Kto mnie przebije? 

Dzisiaj mamy rozkoszny wieczór z Lolą, Netflixem i blachą brownie. Misiek podekscytowany jak norka na dopalaczach pognał na koncert jakiegoś gościa o nazwisku Com Truise. Czy tylko ja widzę zbieżność nazwisk z pewnym popularnym aktorem? Przypadek?  Nie sądzę....

Mąż natomiast pojechał z kolegami na narty do Zakopanego i mam nadzieję, że będzie trzeźwiał rankami na tyle, żeby trzymać się orczyka.

A my z Lolą owinęłyśmy się w koce i w koty i oglądamy Greenhouse Academy, co być może nie rozwija nas intelektualnie, ale za to jest niezłą rozrywką- polecam, drugi sezon jakby ciekawszy.

Okna trzymam przysłonięte ze względu na ptaszki, co szalenie ułatwia decyzję, czy myć, czy nie myć. Dzięki temu mam mnóstwo wolnego czasu i mogę się skupić na tym, co naprawdę istotne. Na przykład myśleniu, co zrobić, żeby przestać wyglądać jak morświn. Albo kartofel. Okrągła, szara i niekształtna. Brr. 

 

19:28, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 marca 2018
o książkach, ptaszkach i odpowiedzialności zbiorowej

Miałam napisać elaborat na temat, ale wzięłam głęboki oddech i zrezygnowałam. Będzie zatem krótko. Zasadniczo przyzwyczaiłam się już, że większość polskich pisarzy płci męskiej, a zwłaszcza twórców fantasy, to poniekąd buraki z prawicowym odchyłem. Z całym szacunkiem oczywiście, bo w końcu potrafię zdobyć się na obiektywizm i oddzielić twórcę od jego dzieła, et cetera...Ale kurde, Piekara i jego publicznie wylewane rzygi werbalne naprawdę przekroczyły granice mojej tolerancji. I nawet inkwizytor Mortimer nie uratuje tych kilku książek, których po prostu muszę się pozbyć z biblioteczki, bo mnie normalnie w oczy kolą. Trudno, niech będzie, że w tym przypadku nie umiem oddzielić książek od autora i stosuje odpowiedzialność zbiorową. Macie jakiś pomysł? Spalenie wydaje się zbyt oczywiste, w toalecie nie spuszczę, do biblioteki nie oddam z przyczyn zasadniczych....

Wiem! Może wykorzystam je do wyściełania ptasiego pudełka. Akurat się nadadzą na ptasie guano. Ptasie pudełko jest naszym ostatnim niezbędnikiem domowym. Bo wśród całej tej ptasiej zgrai, uwijającej się przy ogrodowych karmnikach, stada dzwońców wyróżniają się, hmm, niewielką bystrością umysłu. Nieustanie biedne sieroty w szale polowania na słonecznik tłuką się o nasze okna, po czym oszołomione leżą na ziemi nie mogąc wzlecieć - może im błędnik siada? Oczywiście przy tych temperaturach, zanim się ogarną, zamarzają nieszczęsne. Czujnie więc nasłuchujemy, a kiedy usłyszymy charakterystyczne łup, lecimy ewakuować dzwońca ze wstrząsem mózgu (jakiego mózgu?) do ptasiego pudełka, gdzie w cieple regeneruje siły. A teraz jeszcze może wypróżnić się na książki Piekary, zanim odleci w stronę zachodzącego słońca. Same plusy.

A propos książek - bardzo lubię moment, kiedy znajduję na półce zupełnie nowe, nieznane mi tytuły. Wprawdzie rozum podpowiada mi, że to mąż zasila bibliotekę w nowe dzieła, ale w głębi duszy chyba wierzę, że one po prostu lęgną się same w sprzyjającej atmosferze. Ostatnio znalazłam przy kominku opowiadania Toma Hanksa. Tak, tego właśnie, o którym myślicie. Jestem szczerze zaskoczona, bo albo facet jest doskonałym pisarzem, albo miał rewelacyjnych redaktorów. Bo to są naprawdę dobre teksty, kameralne, zwyczajne wręcz, napisane przyjemnym dla oka językiem, opowiadane niespiesznie i z czułością dla bohaterów. Bardzo dobrze się je czyta.  Polecam - "Kolekcja nietypowych zdarzeń". 

Też macie już dość zimy? Bo ja powoli odpadam. Mam wrażenie, że jeśli się zaraz nie ociepli, zwinę się w kłębek pod kocem i nie wyjdę spod niego aż do maja.....

 

 

13:06, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 lutego 2018
Asia w golfie

No i stało się. Odbyłam pierwszą lekcję golfa. W jakiejś mrocznej piwnicy, którą mąż był uprzejmy nazwać symulatorem gry. Martin, mój instruktor z Południowej Afryki (golf nie zna granic ni kordonów), był brodaty, słodki i niesłychanie optymistycznie nastawiony. You are natural! - krzyczał z entuzjazmem, kiedy majtałam kijem z prawa na lewo usiłując nie uszkodzić siebie ani Martina. - Wonderful! - podziwiał bezwzględną, aczkolwiek chaotyczną siłę moich ciosów pałką, to jest znaczy, tym...kijem.

Poinformowałam go wprawdzie chłodno, że jest fizjologicznie niemożliwe, żeby równocześnie wypychać zadek do tyłu, uginać kolana, usztywniać ręce, rozluźniać nadgarstki, balansować w lewo i robić L z łokcia, ale wydawał się tym zupełnie nie przejmować. Mąż musiał mu chyba sporo zapłacić, bo Martin tylko rozpaczliwie wywracał oczami, kiedy po raz dwudziesty nazwałam podstawowe narzędzie golfisty stick, a nie club i w desperacji przechodził na łamaną polszczyznę. Co było zupełnie bez sensu, bo po angielsku golf brzmi odrobinę lepiej. Nie wiem dlaczego, ale jak słucham o uderzeniach paterem, czipowaniu i robieniu bogeya, robi mi się tak mdło w środku, jak wtedy, gdy ktoś mówi "ubierz kurteczkę" albo "mając siedem lat, mama kupiła mi kanarka".

Mam zakwasy w łokciu i lewej pięcie, a poza tym boli mnie tak ogólnie wszystko. Ale mąż jest tak szczęśliwy, że aż miło patrzeć. Myślę, że w duszy już widzi nas obydwoje przemierzających ramię w ramię rozległe zielone pola od dołka do dołka. Powiedzieć mu już, że raczej nie? Czy niech się jeszcze chłopak cieszy?

 

22:28, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 13 lutego 2018
o pączkach i Loli

W tłusty czwartek byłam na siłowni.  Z niezrozumiałych przyczyn na blacie recepcji leżały tace pełne pączków. Wyobrażacie to sobie? Toż to dosłownie jak szatańska biblia na środku kościoła! Czy wzięłam jednego?  Jak możecie nawet tak myśleć? Byłam oczywiście wtedy już po dwóch pączkach, więc zmulona od nadmiaru lukru z godnością mogłam odmówić, a nawet żachnąć z oburzeniem. 

W sumie i tak mam szczęście na tej wyboistej drodze pokus, że nie przepadam za pączkami i jadam je wyłącznie rytualnie raz do roku. Gdyby tłusty czwartek polegał na jedzeniu szarlotki albo czekolady z orzechami, miałabym definitywnie większy problem.

Lola oszołomiła ostatnio i mnie, i chyba najbardziej siebie, wynikami w nauce. Do tego stopnia, że zupełnie przegapiła moment, kiedy okazała się prymusem. Z relacji Loli: - No i pani gadała i gadała o jakiejś wycieczce w nagrodę, dla tych, co się najlepiej uczą, więc nawet nie słuchałam i nagle ona mówi na koniec - więc jedzie Jagoda, i ktoś tam i Lola. A ja się tak zdziwiłam, że szok, i w ogóle nie wiem, kiedy i gdzie, i teraz mi głupio zapytać. Mamooo, błagam, zapytaj pani, gdzie ta wycieczka, bo ja się wstydzę. - 

Niby zdolna a jednak sierotka...A wycieczka była naprawdę super, bo szkoła zafundowała swoim prymusom koncert Hansa Zimmera, więc młoda była zachwycona. I tak najbardziej cieszy mnie, kiedy widzę, jak Lola rozkwita edukacyjnie i znajduje radość w poznawaniu nowych rzeczy. Wczoraj na przykład relacjonowała mi lekcję matematyki:

- Pani nam opowiadała straszne plotki o tym Pitagorasie. Podobno wypłynął z jednym swoim uczniem na morze i go utopił, i potem przywłaszczył sobie jego pomysły. I jeszcze powiedziała, że odkąd się o tym dowiedziała, to straciła do Pitagorasa część szacunku i ma ochotę pisać jego imię małą literą. I ja też tak uważam, ale jak chcieliśmy tak napisać w zeszytach, to pani powiedziała, że nie możemy, bo pani od polskiego na nią nakrzyczy. - 

- I co zrobiłaś? - 

- Napisałam taką średnią. Poprawnie, ale zupełnie bez szacunku - powiedziała Lola z satysfakcją. A recytując mi twierdzenie Pitagorasa (pitagorasa?) prychała z pogardą.

 

 

 

 

17:53, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50