Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
piątek, 25 listopada 2016
kapibary

Ostatnio dużo czytam o kapibarach. Doszłam do wniosku, że nie chcę mieć kapibary. 

Co za ulga. Musiałabym zbudować jej basen.

Chociaż trochę żal. Nic tak nie rozjaśni ponurych listopadowych dni, jak twoja własna kapibara.

A przydało by się znaczące rozjaśnienie - może przynajmniej pasemka sobie zrobię, skoro nie stać mnie na kapibarę. Małoletni nie rozjaśniają ani ciut ciut.

Lola sobie odpuszcza. Szkołę, to wiadomo, ostatecznie cóż ją może obchodzić fakt, że za trzy lata podwojony rocznik wystartuje do liceów i rywalizacja będzie gigantyczna? I że jeśli nie zacznie się nalitośćboskadocholery uczyć, to dostanie się co najwyżej do pobliskiej zawodówki odzieżowej, a nie umie nawet przyszyć guzika. 

Harcerstwo też zaczyna ją rozczarowywać. Miała wizję bardziej szkoły przetrwania, niż zabaw towarzyskich. Wbrew sobie, bo ideologicznie bardzo mi nie po drodze z tą formacją, namawiam ja do poczekania do wiosny. Może się doczeka tego ganiania po lesie i budowania szałasów?

Na fali sukcesu edukacyjnego (pamiętacie dekalog i arkę? Lola dostała z tej klasówki piątkę) wykazała przez chwilę zainteresowanie religią.

Ale - niespodzianka - Lola, jak prymitywne plemiona z amazońskiej dżungli, całkowicie nie może pojąć konceptu trójcy świętej. Dla mnie obserwowanie jej procesów myślowych było niemal równie fascynujące, jak życie kapibary. Okazało się, że dla Loli główne założenia katolicyzmu są całkowicie absurdalne i nie do ogarnięcia intelektem:

- Ale że jak? Maria zaszła w ciążę z Bogiem i urodziła tego samego Boga? Równocześnie? I dlaczego Bóg uznał, że się rozdwoi i pozwolił się zabić ludziom, żeby udowodnić samemu sobie, że tych właśnie ludzi trzeba zbawić? Skoro przecież nic mu to nie dało, bo i tak ludzie czasem idą do piekła, a czasem do nieba, tak? Czyli nie wszystkich zbawił? Czy jak?

Męczyła mnie cały wieczór, w końcu się poddała i uznała, że starożytni Grecy jednak sensowniej to sobie wymyślili. Ja też się poddałam i machnęłam ręką na duchowy rozwój dziecka. W końcu i tak już nic z niej nie będzie - ma konto na Facebooku, czyta Politykę i chodzi z matką na Czarne Marsze.

Misiek, mój pierworodny ukochany syn, pisze właśnie próbne matury. Dzięki czemu zaczyna mieć refleksje na temat swojej przyszłości. Mrocznej, bo on też padnie ofiarą reformy systemu. Czyli pewnie nie dostanie się na żadne sensowne studia, bo przyjmą tylko garstkę najlepszych. A Misiek nie jest najlepszy. I chyba odrobię zaczyna się martwić, to znaczy on, bo ja martwię sie już od jakiegoś czasu.

Chciałabym być kapibarą.

Kapibary mają grube tyłki, ale nikomu to nie przeszkadza. Cały dzień nurzają te tyłki w wodzie albo wygrzewają na słońcu, a czują się spełnione i zadowolone z życia. Swoją obecność zaznaczają wypróżnieniami. Nie muszą pisać książek, robić kariery w korpo, wyszywać "Bitwy pod Grunwaldem" haftem krzyżykowym czy działać w komitecie rodzicielskim.

Po prostu obesrają teren naokoło i czują, że to ich miejsce na ziemi i nikt się już nie będzie czepiał. No serio. Kto nie chciałby być kapibarą?

09:28, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
środa, 16 listopada 2016
O pastafarianach i facebooku

Lola dzisiaj miała w szkole Dzień Tolerancji. Z poleceniem przebrania się za jakąś prześladowaną i nietolerowaną mniejszość. 

Początkowo planowała wystąpić jako laktoza - z każdym dniem zwiększa się ilość ludzi, którzy jej nie tolerują, więc biedna laktoza musi się czuć z tym fatalnie.

Po namyśle Lola uznała jednak, że istotniejsze jest zwrócenie uwagi na problemy mniejszości religijnej, z którą od dawna rodzinnie sympatyzujemy. Przebrała się najwyraźniej czytelnie, skoro sam dyrektor szkoły, ujrzawszy ją na korytarzu, zakrzyknął z zadowoleniem: - A ty musisz być pastafarianką! - 

Lubię dyrektora tego gimnazjum. Chyba podziela naszą miłość do spaghetti. 

Nie lubię natomiast Facebooka za jego zaiste odrażający system proponowanych stron. W niedzielę wtoczyłam się na kanapę po dzikim urodzinowym obżarstwie i cóż moje oczy ujrzały w proponowanych? Tak, oczywiście:  "moja walka z anoreksją".

A ten ich wywiad? Lepszy niż ruscy szpiedzy! Oglądałam sobie w necie(całkowicie rekreacyjnie, słowo zucha) cudnej urody botki Vagabond. I sekundę potem na fejsie powitała mnie ciepła notka ze sklepu obuwniczego z zaproszeniem do nabycia tychże botków "którymi niedawno się interesowałaś, Joanno". No dajcie spokój, człowiek niedługo się będzie bał posurfować gdziekolwiek poza Minimini i sklepem z kocią karmą.

Tak w ogóle to dwa dni temu miałam urodziny. W dość ponurej okołożyciowej otoczce, o której innym razem napiszę. Ale mąż kupił mi misia, który jest misiem monstrualnie wręcz cudnym i ogromnym, jest The Misiem Stulecia

mis

Który ma wszystkie pluszaki pod sobą. Pomijam już fakt, że miś miał na łapce przypięty wymarzony przeze mnie zegarek, ale sam fakt kupienia pluszaka żonie na 45 urodziny świadczy o tym, że po dwudziestu latach mąż zaczyna wreszcie łapać, o co chodzi i z jak dziwną kobietą się ożenił.

22:27, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
piątek, 04 listopada 2016
o piecu i jesieni

No i się spieprzył. Dlaczego ja przewidziałam, że jak się ma spieprzyć, to na pewno tuż przed zimą?

I teraz mamy tak: - Słuchaj, kochanie, uważnie, bo pan Marek wszystko mi wytłumaczył przez telefon.  Czemu przez telefon? Bo pan Marek i tak teraz nie przyjedzie, bo wszystkim się piece psują przed zimą. Zresztą, do czego tu się spieszyć? Powiedział, że jak przyjedzie, to od razu co najmniej z tysiąca wyskoczymy, a tyle to nawet od dzieci nie możemy pożyczyć. No ale słuchaj, co mówię, bo jak dobrze wykombinujemy, to przeżyjemy jeszcze tę zimę. Trzeba po prostu co chwila latać do pieca i sprawdzać ten wskaźniczek. I jak poleci za wysoko, to trzeba spuścić trochę wody z kaloryferów. Bo będzie ciekło z zaworka. I tu kliknąć z boku, żeby nie wybuchło, czy co. A najlepiej po prostu nie włączać ogrzewania. Że zimno będzie? Mamy kominek i ciepłe koce, a w ogóle nie słyszałeś o globalnym ociepleniu? -

Ciepłolubny mąż ciut jakby podłamany. Ale bez przesady, ma od cholery swetrów w szafie, niech mu się wreszcie zamortyzują.

Żałuję, że pieca nie da się naprawić srebrną taśmą. Jestem mistrzem taśmy. Cały mój dom trzyma się na srebrną taśmę klejącą, łącznie z laptopem, kuchennymi szafkami i szczotką do włosów.

Chociaż...właśnie kupiłam sobie na urodziny pistolet do kleju i czuję, że gdybym tylko dostała się do tych popsutych elementów pieca z moim pistoletem i taśmą, mogłabym nawet skonstruować super duper nowy piec z napędem wodorowym i pozytywką.

Po cichu licze jednak na to, że zima nigdy nie nadejdzie. Przecież nie musi, prawda? Komu do cholery przeszkadza taka jesień?

lola

kot

trawa

17:53, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
sobota, 22 października 2016
artefakty w arce

Czyli o negatywnych skutkach ateistycznego modelu wychowania.

- Mamo - Lola bez zapału uczyła siędo jutrzejszej klasówki z historii - co to jest exodus? I Arka Przymierza? - 

Spojrzałam na nią wstrząśnięta - Naprawdę nie wiesz czy się nabijasz? -

- A, już pamiętam. Arka Przymierza to z tego filmu o Indianie Jonesie, tak? I tam w środku były jakieś artefakty? -

- Dziecko, może ja cię odpytam przed tą klasówką - powiedziałam słabo - bo wstyd będzie -

Lola, jak się okazało, posiadała całkiem solidną wiedzę na temat zigguratów, kodeksu Hammurabiego, pisma demotycznego i niuansów mumifikacji. Nie miała natomiast pojęcia o absolutnie podstawowych według mnie pojęciach z zakresu biblii i judaizmu.

- Bo mnie nie było wtedy w szkole - tłumaczyła się Lola widząc zgrozę w moich oczach

- Ale wiesz, to są rzeczy, które zasadniczo powinnaś wiedzieć tak po prostu -

- Niby skąd? - zapytała całkiem rozsądnie Lola - Przecież ja nie chodzę na religię -

- Przeczytaj sobie ten rozdział w książce, OK? I jak nie będziesz czegoś wiedziała, to pytaj. -

Po pięciu minutach Lola podnosi głowę znad książki - Mamo, co to jest dekalog? -

 Zdegustowana uznałam, że muszę w przyspieszonym tempie nadrobić braki w religijnej edukacji dziecięcia. Spędziłam więc wieczór na snuciu barwnych historii o Mojżeszu w koszyczku, gorejących krzakach i kamiennych tablicach.

Lola słuchała z dużym zainteresowaniem, chociaż miała spore obiekcje co do rozwiązań fabularnych (ale przecież ten koszyk z dzieckiem by zatonął? a skąd Żydzi wiedzieli, że Mojżesz sobie nie wymyślił tych przykazań? a ten pomór bydła był naprawdę wredny, przecież krowy Bogu nie szkodziły), i na koniec podsumowała triumfalnie - Mówiłam ci, że w tej arce to były artefakty! - 

19:05, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 października 2016
długo i technicznie, a protest tylko w tle...

Wracając z protestu, upadł mi telefon...

No wiem, wiem. Ale ta konstrukcja sama mi się pchała pod klawiaturę, przysięgam.

Ręce miałam zgrabiałe z zimna, a w butach chlupotała mi woda. Telefon upadł więc był w kałużę  (znowu mi gramatyka szaleje) z rozmachem i na tyle skutecznie, że się odrobinę zepsuł. W sensie, że przestał odbierać i wysyłać esemesy.

Rekompensując sobie niesprawny telefon i przemoczone buty, postanowiłam następnego dnia zmienić hasło w mojej poczcie - dodajmy, na koncie założonym jakieś piętnaście lat temu i do tej pory śmigającym na tym samym prościutkim hasełku.

Oczywiście, gdy wieczorem postanowiłam sprawdzić pocztę, odkryłam, że niezwykle-proste-i-oczywiste nowe hasło wymazałam z pamięci całkowicie. I odcięłam sobie dostęp do mojego głównego kontaktu ze światem.

Odzyskaj hasło - kusiła mnie poczta. No ale, droga poczto, kiedy zakładałam konto, opcji powiadomień telefonicznych nie było, a, jak się okazało, moje podstępne i błyskotliwe pytanie pomocnicze brzmiało: ulubione wakacje. 

Konia z rzędem temu, kto potrafiłby zgadnąć, co Asia mogła mieć na myśli. Odruchowo wpisałam "kanapa", ale okazało się, że chyba kiedyś zdarzały mi się jakieś inne formy aktywności.

Mój ukochany Wielki Edukator Google podpowiedział, że mogę napisać bezpośrednio do serwisu portalu. Otarłam pot z czoła, gdy okazało się, że cudem pamiętam hasło do mojego drugiego, prawie nieużywanego konta. Napisałam. Obgryzłam wszystkie paznokcie i zjadłam paczkę trufli, czekając na odpowiedź do następnego poranka.

- Tak, droga sklerotyczna użytkowniczko - pisał mój portal - mamy na to radę. Możesz zadzwonić pod podany numer, a my cię uratujemy -

Podany numer, zaczynający się uroczą kombinacją 703..., okazał się jednak niewydzwanialny.

Zapobiegliwa Asia zablokowała bowiem przed laty możliwość wykonywania takich telefonów na swoim aparacie, telefonach dzieci, zaraz ......aaaaaa......i na stacjonarnym też?????

 Operator mojej komórki nie przewidywał kontaktu telefonicznego z klientem, sugerując w zamian wypełnienie formularza. Nie wytrzymałabym jednakowoż kolejnej doby czekania, zwłaszcza, że skończyły mi się paznokcie i trufle.

Miła pani ze stacjonarnego Orange zasugerowała termin 24 godzinny na zdjęcie blokady. Rzewną historią mojej głupoty wzruszyłam ją jednak na tyle, że blokadę zdjęła pospiesznie i od ręki.

Z ulgą zadzwoniłam wreszcie na podany numer. Wyrecytowałam różne dane. Wreszcie pani oznajmiła - Wszystko się zgadza. Wyślemy pani kod do nowego hasła. Esemesem. -

Eee...jak to było na początku? "Wracając z pochodu, upadł mi telefon."?

Spieszę was uspokoić - ta wstrząsająca historia zakończyła się  dobrze. Telefon, poddany okładom, masażom i psychoterapii, odzyskał zdolność esemesowania (chociaż nadal nie działa mu klawisz "1" i pokazuje czas dalekowschodni).

Odzyskałam swoje konto, a nowe hasło zapisałam skrupulatnie (chociaż nie pamiętam już gdzie).

Triumfalnie otworzyłam pocztę, gdzie czekało na mnie czterdzieści osiem nowych wiadomości:

 

- Świerszczyk, zamów prenumeratę od zaraz

- Ci duże pieniądze od dziś

- Pobierz kupony i wybierz się do MacDonald

- Wzwód na zawołanie

- Masz dość głodowej pensji?

- Testuj internet!

- Zobacz prawdziwe czołgi w War Thunder

- Czy jesteś gotowy na start Ligi Mistrzów?

- Masz na Facebooku więcej znajomych niż myślisz.

 

 

Zaiste. Okno na świat. Warto było stoczyć tę walkę.

 

15:47, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 września 2016
o karaluchu luzem i zmęczeniu

Zawsze uważałam, że sklepy zoologiczne to jaskinie zła i rozpusty. Te tętniące podejrzanym życiem mroczne akwaria, mnóstwo absurdalnie zbędnych, acz kuszących gadżetów (nie wiem, jak długo zdołam się jeszcze powstrzymać przed nabyciem gumowego piszczącego kurczaka), eskalacja promiskuityzmu  i zepsucia (Niby jak się pozyskuje kolejne myszki i chomiczki do sprzedaży? A widzieliście te klatki, w których beztrosko kicają wspólnie świnki morskie i króliki? Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co tam się dzieje po zgaszeniu świateł).

Stałam sobie melancholijnie w alejce tegoż sklepu, czekając, aż minie obiecane Loli pięć minut, podczas których moja córka nasycała wzrok widokiem legwanów, żółwi, szczurów i papużek.

Nagle ze zgrozą zauważyłam gigantycznego karalucha, refleksyjnie pełznącego po podłodze, prosto na moje buty. - Lola - zapytałam zdławionym głosem - czy ty go widzisz? -

- Ojej - pisnęła Lola - jaki piękny, chyba się zgubił... -

- Już wiem, co będzie mi się dzisiaj śniło - wymamrotałam. - Przepraszam - wciąż miałam niejakie trudności z dykcją, więc pan z obsługi spojrzał na mnie zdziwiony - chyba wam coś pełza w tamtej alejce. On tak powinien luzem? -

- Aaa, to karaluch madagaskarski  - ucieszył się pan, biorąc (normalnie go tak gołą ręką wziął, oboszszsz..) upiornego robala - ładniutki okaz, prawda? Znowu ktoś nie przykrył akwarium -

Znowu???!!  Następnym razem chyba poczekam przed sklepem....

Tak w ogóle to Lola już się zmęczyła chodzeniem do szkoły: - Mamo, czy ja mogę już rzucić szkołę i zostać hedonistką? - 

Misiek natomiast chyba jeszcze się nie zorientował, że szkoła się już zaczęła: - W środę mam trening, a mecz w niedziele rano. Ale nie wiem, czy pójdę, bo w piątek mam imprezę i wrócę tym porannym pociągiem w sobotę, potem jadę do Lublina i wrócę w nocy. Ach, i zaczynam znów próby zespołu. Do fryzjera? Nie wiem, czy dam radę, zarobiony jestem.... -

A mnie głowa boli już trzeci dzień i ciągle chce mi się spać. Jakiś kryzys mam  szkolno jesienny. I zasadniczo wieczorami mam taką minę, jak Inka przyłapana na wylizywaniu własnego ogona w cudzej pościeli. 

"I czego się gapicie? A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!"

inka

19:26, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
środa, 07 września 2016
z pamiętnika histerycznej matuli*

* matula - urocze określenie, jakim nazywają mnie często małoletni. Po usłyszeniu którego mam natychmiastową wizje zaniedbanej starowiny z popegieerowskiej wsi, wręczającej pajdę razowca w węzełku jedynakowi udającemu się w szeroki świat....

Czwartek

- Lola, czy ja mogę z tobą iść na rozpoczęcie roku? Obiecuję, nie założę sukienki w czaszki i w ogóle będę się zachowywać. Jakoś tak czuję, że będę spokojniejsza, jak się rozejrzę w nowej szkole.-

No dobra - Lola zawiesza głos - ale lepiej, żeby nikt nie widział, że jesteś moją matką, OK? -

- O rany, tak się cieszę, Lola. Popatrz, w twojej klasie jest Wojtek, z którym chodziłaś do podstawówki. On jest fajny, nie? O kurcze, mama Zosi! Aaa, idzie do mnie. Oranyrany, żeby tylko Zosia nie zmieniła zdania. Ona jest w innej klasie, prawda? -

- Kobieto, uspokój się - prycha Lola.

Piątek

- Co się dzieje na tych drogach? Dlaczego tu jest wszędzie korek? Myślałam, że jak wyjedziemy 40 minut wcześniej, to cię dowiozę sporo przed czasem. I czemu do cholery jeszcze nie otworzyli tej drogi po remoncie?!-

Nowe gimnazjum Loli mieści się w pobliskim miasteczku. Normalnie droga zajmuje mniej więcej kwadrans. Wiem, bo obok jest mój fryzjer. No, ale do fryzjera nie jeżdżę na ósmą rano...

Za dziesięć ósma, wciąż daleko od szkoły, jestem w stanie histerii i nawet Lola zdaje się być lekko zaniepokojona. Nowa szkoła to moloch, z plątaniną korytarzy i pięter. Odnalezienie sali może zająć trochę czasu, a Lola umówiła się z nowymi koleżankami w szatni. Łamiąc pięć przepisów i omal nie rozjeżdżając staruszek o kulach i ciężarnych, dojeżdżam za dwie ósma. Ręce mi się trzęsą. Ruszam z powrotem i nagle dopada mnie myśl - przecież ona nawet nie wie, gdzie są szatnie. W życiu nie znajdzie tej sali. Nawet nie wiem, czy ona wie, która to ma być sala!

Do domu dojeżdżam rozdygotana i niemal ze szlochem wpadam w ramiona męża, który świętuje ostatni dzień urlopu i za nic nie pojmuje, o co mi chodzi.

Poniedziałek

Opracowuję trasę alternatywną. Z mapą na kolanach tłuczemy się po nieznanych uliczkach, usiłując objechać korki. Gubię się trzy razy. Nerwowo, bo znów krótko z czasem. Ale wyrabiam się. Mimo tego wracam do domu rozpaczliwe zdenerwowana, bo się martwię. Czy Lola znajdzie nowe koleżanki? Czy będzie miała fajnych nauczycieli? Czy to dobry wybór? Kawa nie pomaga. Pije melisę.

Wieczorem znów wpadam w dygot - Lola, czemu się jeszcze nie spakowałaś? A wzięłaś rzeczy na basen? I napisz tę prace z polskiego. Co z tego, że na pojutrze? Mogłabyś się bardziej zainteresować szkołą.-

- A ty mniej - mamrocze pod nosem moja zblazowana córka.

Wtorek

Po konsultacjach z siostrą, która codziennie dojeżdża do miasteczka, stwarzam trasę idealną, bezkorkową i niemal bezdziurową. Na tyle idealną, że dowożę Lolę dwadzieścia minut przed czasem. Z zaskoczenia niemal przestaję się martwić.

Wieczorem Lola oznajmia: - Fajne dziewczyny. Zakolegowałam się z taką Anią na basenie. Będę chodzić na kółko fotograficzne i plastyczne. I na warsztaty dziennikarskie. A pani od matematyki pokazała nam świetny sposób na obliczanie dwucyfrowych potęg. I wiesz co? Zrozumiałam. -

No to teraz mam problem. Jak wrócić do wizerunku twardego matczynego macho? Niezłomnej matuli, bez drgnienia powieką przyjmującej kolejne wieści o jedynkach i innych szkolnych porażkach? Takiej, co to "szkoła nie jest najważniejsza, spoko luz i jakoś to będzie"?

Bo chyba przez te pierwsze dni szkoły nieźle nadszarpnęłam sobie reputację....

11:34, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
sobota, 13 sierpnia 2016
wakacje z nornicą

Ewarub - czuję się skarcona:-)

Nie że nie chce mi się...no dobra, prawda nas wyzwoli - nie chce mi się.

Ale jakoś tak cały lipiec upłynął mi na wiśniach, bliźniętach i rozmowach z nornicą.*

*zaraz wyjaśnię, spoko

A sierpień siłą rozpędu - prałam, pakowałam, rozpakowywałam i znów prałam zgodnie z harmonogramem wyjazdów małoletnich i męża, zbierałam zgniłe śliwki i ślimaki bez skorupy, myślałam, żeby posprzątać, czytałam, wpadłam w ostrą fazę serialu Stranger Things i tłumaczyłam mężowi, dlaczego nie powinien mi kupować książek Kinga.

No, pełne ręce roboty.

Wiśnie - wiadomo. Nasza malutka, wciśnięta w kąt ogrodu wisienka miała kurde jakąś epifanię w tym roku i odkryła, do czego służą te kwiatki, co je wiosną wypuszcza. Znienacka wyprodukowała oszałamiające kilogramy wiśni, które mozolnie przebierałam, drylowałam i zamieniałam na słoiczki dżemu i nalewek. Po tygodniu, kiedy zamknęłam oczy, miałam ten sam objaw, co po wakacyjnej pracy w przetwórni truskawek - setki czerwonych plamek pod powiekami...

Bliźnięta z kolei wypadły mi przypadkiem. Oj, to nie zabrzmiało dobrze, ale wiecie, o co chodzi. Koleżanka osiadła na chwilę w bliskim sąsiedztwie, urodziwszy miesiąc wcześniej bliźniacze wcześniaczki. Jak tylko zobaczyłam je na fejsbukowych zdjęciach, złapałam za telefon i zapytałam nachalnie: czy mogę się pobawić twoimi dziećmi?

Koleżanka nieco zmęczona samotnym zdublowanym macierzyństwem (tatuś musiał wyjechać do roboty) nawet się nie zgorszyła doborem słów, tylko w krótkich żołnierskich słowach kazała mi przyjechać natychmiast. Miałam więc upojny tydzień zabawy żywymi lalkami: przebierałam, karmiłam, nosiłam i woziłam w wózeczku, ciesząc się niepomiernie, że później wracam do domu, gdzie w nocy budzą mnie tylko koty (które ostatecznie mogę celnym kopem posłać pod ścianę, czego NIE polecam przy bliźniętach).

A nornica ostatecznie okazała się całkiem rozsądna. Kiedy odkryłam siatkę korytarzyków na mojej świeżo założonej grządce azalii, filozoficznie uznałam, że jakoś się pomieścimy, ja i nornica. Ogródek wszak spory. Kiedy jednak po kilku dniach zauważyłam dziury wyłażące z grządki i zmierzające na środek trawnika, uznałam, że czas wyjaśnić nowo przybyłej reguły gry: ty się mieścisz w wyznaczonych granicach, ja ci daję spokój. To generalnie u mnie działa: ślimaki mogą żreć funkie, ale nie sałatę, mszyce mają miejscówkę na jaśminach, ale z róż przeganiam.

 W nocy nornica znowu poszerzyła terytorium. Poprosiłam o pomoc koty, ale prychnęły z pogardą i siadły przy lodówce, czekając na gotowe. Z westchnieniem poszłam do sklepu, poszukać jakiejś trutki. I tak stałam przy regale i czytałam kolejne zachęcające ulotki: szybka mumifikacja, śmierć po kilku dniach, gryzonie chętnie jedzą i szybko padają.....

No i oczywiście, kurde, włączyła mi się wyobraźnia: nornica zjada. Resztką sił wlecze się do gniazda, gdzie mumifikuje się jak Ramzes II. Naokoło stoi gromadka norniczych dzieci, żałośnie kwiląc nad zmumifikowanymi zwłokami matki.

Nie kupiłam. Nornica jednak bezwzględnie zmierzała do grządki ze świeżo wsadzoną winoroślą, ponoć przepyszną. Chciałam się o tym przekonać osobiście, więc tak jakby zależało mi na ocaleniu krzaczka.
Wróciłam do sklepu. Kupiłam. Siadłam nad najnowszą dziurą z puszką trutki  i zwięźle roztoczyłam przed nornicą moje mroczne wizje. Zasypałam wszystkie dziury poza tymi na grządce. I czekałam, niemal jak macocha Śnieżki, z zatrutym jabłuszkiem w garści.

I wiecie co? Załapała. Nosa nie wychyla z wyznaczonego terenu. Niektórym to jednak trzeba łopatologicznie...

A co do rozrywek sierpniowych - Bardzo, bardzo polecam Stranger Things wszystkim powyżej czterdziestki, a przynajmniej tym, którym lata osiemdziesiąte kojarzą się już filmowo/rozrywkowo. To w sumie horror jest, ale za bardzo kojarzył mi się z E.T., Goonies i wczesnym Kingiem, żebym mogła się bać. Świetna scenografia, nie-za-ładni aktorzy i cudownie histeryczna Winona Ryder.

A propos Kinga - jeśli mąż kupi mi znowu Kinga, w odwecie kupię mu nową serię Michalak! Z Kingiem u mnie jak z majtkami - z takich intymnych zakupów nie robi się prezentu!

W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy wreszcie na wakacje. No. Najwyższy czas.

Żeby nie było, że nie piszę, bo mi się nie chce.

 

12:52, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 lipca 2016
Jak przeżyłam osiemnastkę Miśka

Chyba się starzeję, bo szybko baterie mi się wyczerpują. Kilka intensywnych dni i padam, jak króliczek bez Duracella.

Wszystko przez Miśka, który 6 lipca skończył 18 lat i stał się natychmiast, oczywiście, zupełnie dorosły. - Już mi nie możesz rozkazywać - oznajmił z satysfakcją. Jasne. Bez wątpienia.

Jego pierwszą dorosłą decyzją było, rzecz jasna, urządzenie osiemnastki. W domu. NASZYM DOMU. Pełnym nisko zwisających lamp, szklanych bibelotów, obrazów, kwiatków, jasnych obić i nerwowych kotów.

Misiek subtelnie zasugerował, żeby na czas najazdu Hunów dom został opróżniony ze zbędnych osób (czytaj starych rodziców i nieletniej siostrzyczki).

Przygnieciona ciężarem wieku i nowin poczłapałam do mamy, żeby zapytać, czy nas przygarnie na nocleg. Z wrodzonym pesymizmem podzieliłam się z nią wszystkimi czarnymi scenariuszami, jakie przyszły mi do głowy. Mój brat, jak zwykle milczący i nieobecny, czytał książkę i zdawał się w ogóle nie słuchać tego, co mówię. Nagle podniósł głowę i jak wyrocznia delficka wygłosił  złowieszczo: - Na twoim miejscu zdjąłbym ze ściany ten wielki miecz. Bo wiesz.... -

Nieco spanikowana wróciłam do domu. Zgarnęłam miecz. I maczetę z lodówki. Po namyśle jeszcze ozdobny sztylet do listów i duży nóż kuchenny. Wcisnęłam  całą broń do szafy i jeszcze raz rozejrzałam się po domu. - Tych wazoników w sumie i tak nie lubię. Aby tylko koty nie padły na zawał - westchnęłam i wróciłam do sporządzania listy zakupów na imprezę.

Żeby nie oszaleć przez cały wieczór, kiedy nasze domowe pielesze będą obracane w perzynę, pojechaliśmy do kina. Na "Tarzana". Nie wiem, dlaczego Lola i mąż chcieli obejrzeć "Tarzana", bo to w sumie straszny gniot,ale dla mnie oczywiście liczył się wyłącznie Alexander Skarsgard. Wprawdzie Lola wcisnęła się w fotel i udawała, że mnie nie zna, od momentu, kiedy pisnęłam na widok klaty Alexandra, ale mąż ze stoickim spokojem sugerował mi potrzymanie chusteczki, kiedy już się zaślinię z zachwytu. Z wdzięczności powiedziałam mu, że jest PRAWIE równie przystojny jak Skarsgard, co oczywiście nie jest prawdą, ponieważ żadna istota we wszechświecie nie jest nawet w stopniu zbliżonym równie piękna, jak Alexander, no, ale męża też kocham, nieprawdaż, i w przeciwieństwie do Alexandra, mam z nim jakieś relacje, a nawet dzieci, a to zobowiązuje.

No. Udało mi się zapomnieć o osiemnastce syna, a nawet o jego istnieniu na dwie godziny. Ale wracając już nieco hiperwentylowałam. Kiedy przejeżdżaliśmy koło osiedla, poprosiłam męża słabo: - Możesz tak wolniutko przejechać? Żebyśmy w razie czego zobaczyli słup dymu? -

Mąż udawał niewzruszonego, ale kiedy w środku nocy usłyszeliśmy od strony naszego osiedla głuche tąpnięcie i łomot, to on wymamrotał - Tak jakby z naszej strony, no nie? Może powinniśmy sprawdzić? -

ALE - i to powinno przywrócić wszystkim wiarę w rozsądek mojego syna, albo raczej w życzliwą opatrzność - impreza odbyła się i zakończyła planowo, z sukcesem, i niemal bez zniszczeń. No,  prawie. Ostatecznie tego dywanika nie będę mu wypominać. Lulu też się nie skarży, chociaż nie wiem, po czym ona tak potwornie rzygała następnego dnia. Mam nadzieję, że nie dali jej alkoholu, w końcu jest nieletnia. Inka za to uciekła z domu na początku imprezy i do końca następnego dnia bała się wrócić nawet do ogrodu. Możliwe , że muzyka jej się nie spodobała.

Sąsiedzi nadal mi się kłaniają, podłoga w kuchni klei się już tylko odrobinę, wyżarliśmy resztę grilowanej karkówki, a Misiek wydaje się być usatysfakcjonowany. Czegóż chcieć więcej?

Może tylko powrotu do tych lat, kiedy Misiek był słodkim, rumianym, pyzatym Misiaczkiem, który uważał, że jestem najpiękniejszą i najmądrzejszą mamusią na świecie, dawał się tulić i całować i był taki rozkoszny jak mała panda czy też inny szczeniaczek? Ech, to se ne wrati.....

19:09, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 04 lipca 2016
wakacje

Uff, już się otrząsnęłam z wyrzutów sumienia. Bo wiecie, okropnie mi przykro, ale ta przegrana naszych to moja wina. Przynajmniej tak twierdzi mąż. Wszystko przez mój niewyparzony jęzor. Chłopcy siedzieli na kanapie, hipnotycznie wpatrzeni w te karne czy co tam się strzela, jak im wcześniej nie wyszło. My z Lolą dla towarzystwa siedziałyśmy obok i półgłosem gadałyśmy. Akurat tłumaczyłam córce, co to jest prawo Murphy'ego.  - No wiesz, reguła jest taka: jak coś może się nie udać, to się nie uda -

Oczywiście, w momencie, kiedy wybrzmiało to zdanie, Błaszczykowski nie strzelił.....

A mąż wydarł się na mnie tak...no ostatni raz się tak wydarł, jak mu wywaliłam Strasznie Ważny Świstek. A, no i jak wtedy, gdy odmówiłam wejścia do kolektury, kiedy on miał akurat przeczucie, że wygramy trzydzieści milionów. A przecież te trzydziesci baniek ustawiłoby nas do końca życia.

Bo to moja wina i trzeba myśleć, jak się coś takiego mówi w takim momencie.

No dobra, naprawdę wszystkich was bardzo przepraszam, nie chciałam.

Ale miałam tak wyczerpujące tygodnie, że to usprawiedliwia moja bezmyślność. Pomijam fakt, że w temperaturze powyżej 26 stopni mózg zamienia mi się w galaretę, tkanka tłuszczowa roztapia się i zalewa mięśnie, które stają się całkowicie bezwładne, impulsy nerwowe zamierają  i uaktywniają mi się te same geny, co u świeżych zwłok.

Ale zakończenie roku razy dwa, bal szóstoklasisty, wożenie papierów do gimnazjum, załatwianie wyjazdów wakacyjnych dzieciątek...no powiem wam tylko , że posiadanie niemowląt ma swoje dobre strony.

Zakończenie roku u Loli trwało TRZY godziny. Trzy godziny w sali gimnastycznej bez przewiewu, w temperaturze 35 stopni. To była moja życiowa pokuta za to, że olewałam małoletnich koncertowo i od dawna na żadne zakończenia nie chodziłam.

Bal szóstoklasisty był organizacyjną masakrą. Wystarczy tylko nadmienić, że po godzinie leciałam do pobliskiego sklepu wykupić za własną kasę zapas jednorazowych kubeczków, bo ktoś nie pomyślał....

Ale tak - Misiek zdał nieszczęsną matmę i dostał zadziwiająco przyzwoite świadectwo. Lola wybrała gimnazjum w pobliskim miasteczku (włoski na rękach mi się jeżą na myśl o codziennym dowożeniu jej w dzikich korkach) i ponieważ świadectwo ma też przyjemne dla oka, pewnie się tam dostanie.

Za dwa tygodnie Lola wyjeżdża na swój ukochany obóz teatralny, za trzy Misiek pierwszy raz w życiu jedzie sam do angielskiej szkoły językowej - w sensie pierwszy raz sam za granicę i od razu z grubej rury musi wykonać różne skomplikowane logistyczne operacje, żeby się dostać do tego miasteczka.

Upał zelżał, koty znów zaczęły jeść, my niestety też.

A niestety początek lata to dla mnie osobisty dramat i ciągła walka. Tygodnie bobu, czereśni, młodej fasolki, młodej kapustki.....

Mój umysł stacza codzienne bitwy z moim żołądkiem. Płat odpowiadający za łakomstwo jęczy i żebrze na starganie z warzywami, a żołądek chichocze mściwie, prorokując kolejne porażki. Po młodej kapuście umieram dwa dni, czereśnie zabijają mi wieczór, bób składa mnie w precel z bólu, a szparagowa idzie w pakiecie z trzema tabletkami Nospy.

Dlaczego, ach dlaczego nie mam szesnastu lat i żołądka zdolnego wytrzymać wyzwania wczesnego lata kulinarnego?

13:16, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47