Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
niedziela, 18 września 2016
o karaluchu luzem i zmęczeniu

Zawsze uważałam, że sklepy zoologiczne to jaskinie zła i rozpusty. Te tętniące podejrzanym życiem mroczne akwaria, mnóstwo absurdalnie zbędnych, acz kuszących gadżetów (nie wiem, jak długo zdołam się jeszcze powstrzymać przed nabyciem gumowego piszczącego kurczaka), eskalacja promiskuityzmu  i zepsucia (Niby jak się pozyskuje kolejne myszki i chomiczki do sprzedaży? A widzieliście te klatki, w których beztrosko kicają wspólnie świnki morskie i króliki? Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co tam się dzieje po zgaszeniu świateł).

Stałam sobie melancholijnie w alejce tegoż sklepu, czekając, aż minie obiecane Loli pięć minut, podczas których moja córka nasycała wzrok widokiem legwanów, żółwi, szczurów i papużek.

Nagle ze zgrozą zauważyłam gigantycznego karalucha, refleksyjnie pełznącego po podłodze, prosto na moje buty. - Lola - zapytałam zdławionym głosem - czy ty go widzisz? -

- Ojej - pisnęła Lola - jaki piękny, chyba się zgubił... -

- Już wiem, co będzie mi się dzisiaj śniło - wymamrotałam. - Przepraszam - wciąż miałam niejakie trudności z dykcją, więc pan z obsługi spojrzał na mnie zdziwiony - chyba wam coś pełza w tamtej alejce. On tak powinien luzem? -

- Aaa, to karaluch madagaskarski  - ucieszył się pan, biorąc (normalnie go tak gołą ręką wziął, oboszszsz..) upiornego robala - ładniutki okaz, prawda? Znowu ktoś nie przykrył akwarium -

Znowu???!!  Następnym razem chyba poczekam przed sklepem....

Tak w ogóle to Lola już się zmęczyła chodzeniem do szkoły: - Mamo, czy ja mogę już rzucić szkołę i zostać hedonistką? - 

Misiek natomiast chyba jeszcze się nie zorientował, że szkoła się już zaczęła: - W środę mam trening, a mecz w niedziele rano. Ale nie wiem, czy pójdę, bo w piątek mam imprezę i wrócę tym porannym pociągiem w sobotę, potem jadę do Lublina i wrócę w nocy. Ach, i zaczynam znów próby zespołu. Do fryzjera? Nie wiem, czy dam radę, zarobiony jestem.... -

A mnie głowa boli już trzeci dzień i ciągle chce mi się spać. Jakiś kryzys mam  szkolno jesienny. I zasadniczo wieczorami mam taką minę, jak Inka przyłapana na wylizywaniu własnego ogona w cudzej pościeli. 

"I czego się gapicie? A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!"

inka

19:26, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
środa, 07 września 2016
z pamiętnika histerycznej matuli*

* matula - urocze określenie, jakim nazywają mnie często małoletni. Po usłyszeniu którego mam natychmiastową wizje zaniedbanej starowiny z popegieerowskiej wsi, wręczającej pajdę razowca w węzełku jedynakowi udającemu się w szeroki świat....

Czwartek

- Lola, czy ja mogę z tobą iść na rozpoczęcie roku? Obiecuję, nie założę sukienki w czaszki i w ogóle będę się zachowywać. Jakoś tak czuję, że będę spokojniejsza, jak się rozejrzę w nowej szkole.-

No dobra - Lola zawiesza głos - ale lepiej, żeby nikt nie widział, że jesteś moją matką, OK? -

- O rany, tak się cieszę, Lola. Popatrz, w twojej klasie jest Wojtek, z którym chodziłaś do podstawówki. On jest fajny, nie? O kurcze, mama Zosi! Aaa, idzie do mnie. Oranyrany, żeby tylko Zosia nie zmieniła zdania. Ona jest w innej klasie, prawda? -

- Kobieto, uspokój się - prycha Lola.

Piątek

- Co się dzieje na tych drogach? Dlaczego tu jest wszędzie korek? Myślałam, że jak wyjedziemy 40 minut wcześniej, to cię dowiozę sporo przed czasem. I czemu do cholery jeszcze nie otworzyli tej drogi po remoncie?!-

Nowe gimnazjum Loli mieści się w pobliskim miasteczku. Normalnie droga zajmuje mniej więcej kwadrans. Wiem, bo obok jest mój fryzjer. No, ale do fryzjera nie jeżdżę na ósmą rano...

Za dziesięć ósma, wciąż daleko od szkoły, jestem w stanie histerii i nawet Lola zdaje się być lekko zaniepokojona. Nowa szkoła to moloch, z plątaniną korytarzy i pięter. Odnalezienie sali może zająć trochę czasu, a Lola umówiła się z nowymi koleżankami w szatni. Łamiąc pięć przepisów i omal nie rozjeżdżając staruszek o kulach i ciężarnych, dojeżdżam za dwie ósma. Ręce mi się trzęsą. Ruszam z powrotem i nagle dopada mnie myśl - przecież ona nawet nie wie, gdzie są szatnie. W życiu nie znajdzie tej sali. Nawet nie wiem, czy ona wie, która to ma być sala!

Do domu dojeżdżam rozdygotana i niemal ze szlochem wpadam w ramiona męża, który świętuje ostatni dzień urlopu i za nic nie pojmuje, o co mi chodzi.

Poniedziałek

Opracowuję trasę alternatywną. Z mapą na kolanach tłuczemy się po nieznanych uliczkach, usiłując objechać korki. Gubię się trzy razy. Nerwowo, bo znów krótko z czasem. Ale wyrabiam się. Mimo tego wracam do domu rozpaczliwe zdenerwowana, bo się martwię. Czy Lola znajdzie nowe koleżanki? Czy będzie miała fajnych nauczycieli? Czy to dobry wybór? Kawa nie pomaga. Pije melisę.

Wieczorem znów wpadam w dygot - Lola, czemu się jeszcze nie spakowałaś? A wzięłaś rzeczy na basen? I napisz tę prace z polskiego. Co z tego, że na pojutrze? Mogłabyś się bardziej zainteresować szkołą.-

- A ty mniej - mamrocze pod nosem moja zblazowana córka.

Wtorek

Po konsultacjach z siostrą, która codziennie dojeżdża do miasteczka, stwarzam trasę idealną, bezkorkową i niemal bezdziurową. Na tyle idealną, że dowożę Lolę dwadzieścia minut przed czasem. Z zaskoczenia niemal przestaję się martwić.

Wieczorem Lola oznajmia: - Fajne dziewczyny. Zakolegowałam się z taką Anią na basenie. Będę chodzić na kółko fotograficzne i plastyczne. I na warsztaty dziennikarskie. A pani od matematyki pokazała nam świetny sposób na obliczanie dwucyfrowych potęg. I wiesz co? Zrozumiałam. -

No to teraz mam problem. Jak wrócić do wizerunku twardego matczynego macho? Niezłomnej matuli, bez drgnienia powieką przyjmującej kolejne wieści o jedynkach i innych szkolnych porażkach? Takiej, co to "szkoła nie jest najważniejsza, spoko luz i jakoś to będzie"?

Bo chyba przez te pierwsze dni szkoły nieźle nadszarpnęłam sobie reputację....

11:34, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
sobota, 13 sierpnia 2016
wakacje z nornicą

Ewarub - czuję się skarcona:-)

Nie że nie chce mi się...no dobra, prawda nas wyzwoli - nie chce mi się.

Ale jakoś tak cały lipiec upłynął mi na wiśniach, bliźniętach i rozmowach z nornicą.*

*zaraz wyjaśnię, spoko

A sierpień siłą rozpędu - prałam, pakowałam, rozpakowywałam i znów prałam zgodnie z harmonogramem wyjazdów małoletnich i męża, zbierałam zgniłe śliwki i ślimaki bez skorupy, myślałam, żeby posprzątać, czytałam, wpadłam w ostrą fazę serialu Stranger Things i tłumaczyłam mężowi, dlaczego nie powinien mi kupować książek Kinga.

No, pełne ręce roboty.

Wiśnie - wiadomo. Nasza malutka, wciśnięta w kąt ogrodu wisienka miała kurde jakąś epifanię w tym roku i odkryła, do czego służą te kwiatki, co je wiosną wypuszcza. Znienacka wyprodukowała oszałamiające kilogramy wiśni, które mozolnie przebierałam, drylowałam i zamieniałam na słoiczki dżemu i nalewek. Po tygodniu, kiedy zamknęłam oczy, miałam ten sam objaw, co po wakacyjnej pracy w przetwórni truskawek - setki czerwonych plamek pod powiekami...

Bliźnięta z kolei wypadły mi przypadkiem. Oj, to nie zabrzmiało dobrze, ale wiecie, o co chodzi. Koleżanka osiadła na chwilę w bliskim sąsiedztwie, urodziwszy miesiąc wcześniej bliźniacze wcześniaczki. Jak tylko zobaczyłam je na fejsbukowych zdjęciach, złapałam za telefon i zapytałam nachalnie: czy mogę się pobawić twoimi dziećmi?

Koleżanka nieco zmęczona samotnym zdublowanym macierzyństwem (tatuś musiał wyjechać do roboty) nawet się nie zgorszyła doborem słów, tylko w krótkich żołnierskich słowach kazała mi przyjechać natychmiast. Miałam więc upojny tydzień zabawy żywymi lalkami: przebierałam, karmiłam, nosiłam i woziłam w wózeczku, ciesząc się niepomiernie, że później wracam do domu, gdzie w nocy budzą mnie tylko koty (które ostatecznie mogę celnym kopem posłać pod ścianę, czego NIE polecam przy bliźniętach).

A nornica ostatecznie okazała się całkiem rozsądna. Kiedy odkryłam siatkę korytarzyków na mojej świeżo założonej grządce azalii, filozoficznie uznałam, że jakoś się pomieścimy, ja i nornica. Ogródek wszak spory. Kiedy jednak po kilku dniach zauważyłam dziury wyłażące z grządki i zmierzające na środek trawnika, uznałam, że czas wyjaśnić nowo przybyłej reguły gry: ty się mieścisz w wyznaczonych granicach, ja ci daję spokój. To generalnie u mnie działa: ślimaki mogą żreć funkie, ale nie sałatę, mszyce mają miejscówkę na jaśminach, ale z róż przeganiam.

 W nocy nornica znowu poszerzyła terytorium. Poprosiłam o pomoc koty, ale prychnęły z pogardą i siadły przy lodówce, czekając na gotowe. Z westchnieniem poszłam do sklepu, poszukać jakiejś trutki. I tak stałam przy regale i czytałam kolejne zachęcające ulotki: szybka mumifikacja, śmierć po kilku dniach, gryzonie chętnie jedzą i szybko padają.....

No i oczywiście, kurde, włączyła mi się wyobraźnia: nornica zjada. Resztką sił wlecze się do gniazda, gdzie mumifikuje się jak Ramzes II. Naokoło stoi gromadka norniczych dzieci, żałośnie kwiląc nad zmumifikowanymi zwłokami matki.

Nie kupiłam. Nornica jednak bezwzględnie zmierzała do grządki ze świeżo wsadzoną winoroślą, ponoć przepyszną. Chciałam się o tym przekonać osobiście, więc tak jakby zależało mi na ocaleniu krzaczka.
Wróciłam do sklepu. Kupiłam. Siadłam nad najnowszą dziurą z puszką trutki  i zwięźle roztoczyłam przed nornicą moje mroczne wizje. Zasypałam wszystkie dziury poza tymi na grządce. I czekałam, niemal jak macocha Śnieżki, z zatrutym jabłuszkiem w garści.

I wiecie co? Załapała. Nosa nie wychyla z wyznaczonego terenu. Niektórym to jednak trzeba łopatologicznie...

A co do rozrywek sierpniowych - Bardzo, bardzo polecam Stranger Things wszystkim powyżej czterdziestki, a przynajmniej tym, którym lata osiemdziesiąte kojarzą się już filmowo/rozrywkowo. To w sumie horror jest, ale za bardzo kojarzył mi się z E.T., Goonies i wczesnym Kingiem, żebym mogła się bać. Świetna scenografia, nie-za-ładni aktorzy i cudownie histeryczna Winona Ryder.

A propos Kinga - jeśli mąż kupi mi znowu Kinga, w odwecie kupię mu nową serię Michalak! Z Kingiem u mnie jak z majtkami - z takich intymnych zakupów nie robi się prezentu!

W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy wreszcie na wakacje. No. Najwyższy czas.

Żeby nie było, że nie piszę, bo mi się nie chce.

 

12:52, teraz_asia
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 lipca 2016
Jak przeżyłam osiemnastkę Miśka

Chyba się starzeję, bo szybko baterie mi się wyczerpują. Kilka intensywnych dni i padam, jak króliczek bez Duracella.

Wszystko przez Miśka, który 6 lipca skończył 18 lat i stał się natychmiast, oczywiście, zupełnie dorosły. - Już mi nie możesz rozkazywać - oznajmił z satysfakcją. Jasne. Bez wątpienia.

Jego pierwszą dorosłą decyzją było, rzecz jasna, urządzenie osiemnastki. W domu. NASZYM DOMU. Pełnym nisko zwisających lamp, szklanych bibelotów, obrazów, kwiatków, jasnych obić i nerwowych kotów.

Misiek subtelnie zasugerował, żeby na czas najazdu Hunów dom został opróżniony ze zbędnych osób (czytaj starych rodziców i nieletniej siostrzyczki).

Przygnieciona ciężarem wieku i nowin poczłapałam do mamy, żeby zapytać, czy nas przygarnie na nocleg. Z wrodzonym pesymizmem podzieliłam się z nią wszystkimi czarnymi scenariuszami, jakie przyszły mi do głowy. Mój brat, jak zwykle milczący i nieobecny, czytał książkę i zdawał się w ogóle nie słuchać tego, co mówię. Nagle podniósł głowę i jak wyrocznia delficka wygłosił  złowieszczo: - Na twoim miejscu zdjąłbym ze ściany ten wielki miecz. Bo wiesz.... -

Nieco spanikowana wróciłam do domu. Zgarnęłam miecz. I maczetę z lodówki. Po namyśle jeszcze ozdobny sztylet do listów i duży nóż kuchenny. Wcisnęłam  całą broń do szafy i jeszcze raz rozejrzałam się po domu. - Tych wazoników w sumie i tak nie lubię. Aby tylko koty nie padły na zawał - westchnęłam i wróciłam do sporządzania listy zakupów na imprezę.

Żeby nie oszaleć przez cały wieczór, kiedy nasze domowe pielesze będą obracane w perzynę, pojechaliśmy do kina. Na "Tarzana". Nie wiem, dlaczego Lola i mąż chcieli obejrzeć "Tarzana", bo to w sumie straszny gniot,ale dla mnie oczywiście liczył się wyłącznie Alexander Skarsgard. Wprawdzie Lola wcisnęła się w fotel i udawała, że mnie nie zna, od momentu, kiedy pisnęłam na widok klaty Alexandra, ale mąż ze stoickim spokojem sugerował mi potrzymanie chusteczki, kiedy już się zaślinię z zachwytu. Z wdzięczności powiedziałam mu, że jest PRAWIE równie przystojny jak Skarsgard, co oczywiście nie jest prawdą, ponieważ żadna istota we wszechświecie nie jest nawet w stopniu zbliżonym równie piękna, jak Alexander, no, ale męża też kocham, nieprawdaż, i w przeciwieństwie do Alexandra, mam z nim jakieś relacje, a nawet dzieci, a to zobowiązuje.

No. Udało mi się zapomnieć o osiemnastce syna, a nawet o jego istnieniu na dwie godziny. Ale wracając już nieco hiperwentylowałam. Kiedy przejeżdżaliśmy koło osiedla, poprosiłam męża słabo: - Możesz tak wolniutko przejechać? Żebyśmy w razie czego zobaczyli słup dymu? -

Mąż udawał niewzruszonego, ale kiedy w środku nocy usłyszeliśmy od strony naszego osiedla głuche tąpnięcie i łomot, to on wymamrotał - Tak jakby z naszej strony, no nie? Może powinniśmy sprawdzić? -

ALE - i to powinno przywrócić wszystkim wiarę w rozsądek mojego syna, albo raczej w życzliwą opatrzność - impreza odbyła się i zakończyła planowo, z sukcesem, i niemal bez zniszczeń. No,  prawie. Ostatecznie tego dywanika nie będę mu wypominać. Lulu też się nie skarży, chociaż nie wiem, po czym ona tak potwornie rzygała następnego dnia. Mam nadzieję, że nie dali jej alkoholu, w końcu jest nieletnia. Inka za to uciekła z domu na początku imprezy i do końca następnego dnia bała się wrócić nawet do ogrodu. Możliwe , że muzyka jej się nie spodobała.

Sąsiedzi nadal mi się kłaniają, podłoga w kuchni klei się już tylko odrobinę, wyżarliśmy resztę grilowanej karkówki, a Misiek wydaje się być usatysfakcjonowany. Czegóż chcieć więcej?

Może tylko powrotu do tych lat, kiedy Misiek był słodkim, rumianym, pyzatym Misiaczkiem, który uważał, że jestem najpiękniejszą i najmądrzejszą mamusią na świecie, dawał się tulić i całować i był taki rozkoszny jak mała panda czy też inny szczeniaczek? Ech, to se ne wrati.....

19:09, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 04 lipca 2016
wakacje

Uff, już się otrząsnęłam z wyrzutów sumienia. Bo wiecie, okropnie mi przykro, ale ta przegrana naszych to moja wina. Przynajmniej tak twierdzi mąż. Wszystko przez mój niewyparzony jęzor. Chłopcy siedzieli na kanapie, hipnotycznie wpatrzeni w te karne czy co tam się strzela, jak im wcześniej nie wyszło. My z Lolą dla towarzystwa siedziałyśmy obok i półgłosem gadałyśmy. Akurat tłumaczyłam córce, co to jest prawo Murphy'ego.  - No wiesz, reguła jest taka: jak coś może się nie udać, to się nie uda -

Oczywiście, w momencie, kiedy wybrzmiało to zdanie, Błaszczykowski nie strzelił.....

A mąż wydarł się na mnie tak...no ostatni raz się tak wydarł, jak mu wywaliłam Strasznie Ważny Świstek. A, no i jak wtedy, gdy odmówiłam wejścia do kolektury, kiedy on miał akurat przeczucie, że wygramy trzydzieści milionów. A przecież te trzydziesci baniek ustawiłoby nas do końca życia.

Bo to moja wina i trzeba myśleć, jak się coś takiego mówi w takim momencie.

No dobra, naprawdę wszystkich was bardzo przepraszam, nie chciałam.

Ale miałam tak wyczerpujące tygodnie, że to usprawiedliwia moja bezmyślność. Pomijam fakt, że w temperaturze powyżej 26 stopni mózg zamienia mi się w galaretę, tkanka tłuszczowa roztapia się i zalewa mięśnie, które stają się całkowicie bezwładne, impulsy nerwowe zamierają  i uaktywniają mi się te same geny, co u świeżych zwłok.

Ale zakończenie roku razy dwa, bal szóstoklasisty, wożenie papierów do gimnazjum, załatwianie wyjazdów wakacyjnych dzieciątek...no powiem wam tylko , że posiadanie niemowląt ma swoje dobre strony.

Zakończenie roku u Loli trwało TRZY godziny. Trzy godziny w sali gimnastycznej bez przewiewu, w temperaturze 35 stopni. To była moja życiowa pokuta za to, że olewałam małoletnich koncertowo i od dawna na żadne zakończenia nie chodziłam.

Bal szóstoklasisty był organizacyjną masakrą. Wystarczy tylko nadmienić, że po godzinie leciałam do pobliskiego sklepu wykupić za własną kasę zapas jednorazowych kubeczków, bo ktoś nie pomyślał....

Ale tak - Misiek zdał nieszczęsną matmę i dostał zadziwiająco przyzwoite świadectwo. Lola wybrała gimnazjum w pobliskim miasteczku (włoski na rękach mi się jeżą na myśl o codziennym dowożeniu jej w dzikich korkach) i ponieważ świadectwo ma też przyjemne dla oka, pewnie się tam dostanie.

Za dwa tygodnie Lola wyjeżdża na swój ukochany obóz teatralny, za trzy Misiek pierwszy raz w życiu jedzie sam do angielskiej szkoły językowej - w sensie pierwszy raz sam za granicę i od razu z grubej rury musi wykonać różne skomplikowane logistyczne operacje, żeby się dostać do tego miasteczka.

Upał zelżał, koty znów zaczęły jeść, my niestety też.

A niestety początek lata to dla mnie osobisty dramat i ciągła walka. Tygodnie bobu, czereśni, młodej fasolki, młodej kapustki.....

Mój umysł stacza codzienne bitwy z moim żołądkiem. Płat odpowiadający za łakomstwo jęczy i żebrze na starganie z warzywami, a żołądek chichocze mściwie, prorokując kolejne porażki. Po młodej kapuście umieram dwa dni, czereśnie zabijają mi wieczór, bób składa mnie w precel z bólu, a szparagowa idzie w pakiecie z trzema tabletkami Nospy.

Dlaczego, ach dlaczego nie mam szesnastu lat i żołądka zdolnego wytrzymać wyzwania wczesnego lata kulinarnego?

13:16, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 czerwca 2016
wyznania bieliźniane

Podpierałam ścianę, czekając na ostatnie w tym roku zebranie szkolne. Obok mnie koleżanka, wyjątkowo jak na nią skrzywiona i nieszczęśliwa. - Cóż się stało? - zagaiłam.

- Majtki mi spadają - wyznała

- Tobie też? - ucieszyłam się - Pewnie masz te bezszwowe?

- No, cholera. Te z gumką się wpijają, a te bezszwowe zjeżdżają z tyłka -

- E, najgorsze są te jak im tam, brazylijskie..te półbokserki. Po trzech krokach mam je w nie powiem gdzie -

- A jeszcze jak mam rastopy - ożywiła się koleżanka - to w ogóle masakra. One równocześnie spadają i się wpijają, no nie?

 - Nie wiem - przyznałam - od lat nie noszę. Mam całą szufladę osiągnięć przemysłu pończosznianego i dupa. Albo piją, albo zaraz mam krok w kolanach, jak przedszkolak, albo raper. Nosze spódnice i sukienki tylko latem. -

- Ja cierpię i noszę. Próbowałam pończoch, ale samonośne zjeżdżają albo gryzą, a z tymi przypinkami to nie umiem -

- Najgorsze i tak są biustonosze - wtrąciła się znienacka bliżej nam nieznana mama, która podpierała ścianę obok nas. - nawet jak je piorę ręcznie, i tak się rozłażą albo gryzą -

Prałabym ręcznie biustonosze, gdybym miała takie wyszywane diamentami, ale że nie mam, pocieszyło mnie, że to nie z winy mojego lenistwa moje też się rozłażą..

- I ramiączka wiecznie spadają - melancholijnie rzuciła koleżanka

- A fiszbiny wyłażą podstępnie i kłują pod pachą - przypomniałam sobie - rany, jak trudno być kobietą...-

- No. Bielizna to udręka -

- A jeszcze pantofle na obcasach. Jak ja ich nienawidzę - wyznała mama zdaje się Jasia - a muszę nosić w robocie. Nie wiem, jak ktoś może dobrowolnie się tak męczyć -

W tym momencie obok nas przeszła, nie, co ja piszę, przepłynęła zwiewnie, mama opisywanej kiedyś przeze mnie Zosi. W perfekcyjnie odprasowanej obcisłej kiecce, pantofelkach na niebotycznym obcasie i z idealnie ułożonymi rudymi lokami. Wszystkie trzy jednocześnie spojrzałyśmy na jej nogi w nienagannie układających się pończoszkach, a potem na siebie nawzajem.

Koleżanka nie wytrzymała i prychnęła dzikim rechotem. Ja nie wiem, z czego tu się śmiać. Albo jesteśmy jakimiś nieudanymi egzemplarzami, albo po prostu wyjątek potwierdza regułę. To będzie najbardziej intymne pytanie, jakie zadaję na blogu: czy wam też czasem spadają majtki?

12:21, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
środa, 18 maja 2016
o ogrodzie, rodzinie i guglowych podpowiedziach

 

Siedzę z mężem na tarasie, planując kampanię wiosenną w ogrodzie. - Te derenie wykopiemy, i tamten cyprysik usycha, trzeba go wywalić i wsadzić coś nowego -

- No, krzak jakiś, ale nie za wielki - duma mąż - wiesz już, co? -

- Oj tam, wrzucę w gugla: "krzak jakiś, nie za duży, żeby się za bardzo nie rozrastał" -

Mąż patrzy na mnie dziwnie, więc obronnie dodaję - No co, w guglu wszystko jest. Jak wrzucam hasło "trampeczki turkusowe z niską piętą" albo "boli mnie żebro z prawej strony, co to może być", zawsze znajdzie się paru idiotów, którzy szukali tego samego i coś mi wyskoczy -

Mąż walczy ze sobą, w końcu nie wytrzymuje i wybucha rechotem - A ja się zawsze zastanawiam, czemu w guglu wyskakują takie kretyńskie podpowiedzi -

Intelektualista jeden, kurza twarz....

Chwilowo jesteśmy spłukani do zera (Holandia, psia jego...), więc i tak nic nie kupię, ale grzebię zaciekle w internetach i zafiksowuję się na nowe roślinki. Wiedzieliście, że jest taki krzaczek Trzmielina oskrzydlona? Ja nie, ale odkąd zobaczyłam na zdjęciu, pałam dziką żądzą posiadania

trzmielina

 

 

Nie wiem jeszcze, gdzie wsadzę, ale gdzieś się upchnie, no nie?

Zasadniczo jestem ciut zajęta, bo sezon golfowy ruszył pełną parą, więc w weekendy jestem samotną matką. A tu Misiek dostarcza mi atrakcji edukacyjnych - pierwszy raz w życiu któreś z moich dzieci ma korepetycje. Matematyka w liceum, rozszerzona już z założenia, w rękach nadgorliwej pani profesor ma poziom i formę akademicką- czyli robimy zadania z Politechniki i sami dojdźcie, jak. Trzymajcie kciuki, żeby pan korepetytor zdołał wyciągnąć Miśka z jedynek, bo będzie dramat.

Lola za to uznała, że chce zająć się jazdą konną. No niech tam, w końcu powinna uprawiać jakiś sport, ale...do stajni daleko, muszę na nią czekać, czasochłonne to nieco. W dodatku cały czas pamiętam o jej astmie i tylko czekam, żeby zaczęła kaszleć. Na razie, o dziwo jest OK, więc Lola jeździ, a ja jestem non stop kierowcą. Jak nie rozliczne zajęcia dodatkowe Loli, to treningi i mecze Miśka i jego próby z zespołem.

Bo Misiek z kolei zafiksował się na graniu. Odkąd kupił sobie gitarę basową, nasze życie, że tak to ujmę, przeszło w  nowy wymiar dźwiękowy. 

Żeby dać wam obraz sytuacji - czasami sąsiad przysyła SMS z recenzją, że ten kawałek, co go Misiek akurat ćwiczy w pokoju, to całkiem spoko mu wychodzi....Na szczęście on rzeczywiście nieźle gra, bo gdyby na przykład uczył się od zera gry, powiedzmy, na oboju, obawiam się, że dobrosąsiedzkie stosunki poszłyby się gonić.

Jak mi się uda dotrzeć na jego pierwszy koncert w czerwcu, na szkolnym festiwalu, zdam relację:-)

 

09:26, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
środa, 11 maja 2016
tulipany w depresji

Czytaliśmy gazetę na spółkę  i zobaczyliśmy artykuł o wystawie prac Hieronima Bosha w jego rodzinnym mieście.

- Chciałabym to zobaczyć - westchnęłam

- Jaki problem? - spytał mąż - jedźmy na romantyczny weekend -

No i pojechaliśmy do Holandii. Małoletni chcieli z nami, ale Lola w końcu zgodziła się, że romantyczny weekend z dziećmi to nie jest dobry pomysł - Będziecie się trzymać za ręce, tak? I pewnie jeszcze się całować? Fuuj -

Holandia to bardzo miły kraj. Taki nieprzeskalowany, łatwy do obskoczenia. Chociaż w niedzielę miałam wrażenie, że przeszłam ten kraj na piechotę, bo mąż jak zawsze ambitnie podszedł do swojej roli kaowca i przewodnika i nogi mi wrosły w...powiedzmy..w biodra.

Poza tym to doskonałe miejsce dla osób w depresji. Wszędzie minus pięć do poziomu morza, cały kraj niemalże w depresji, więc czułam się bardzo swojsko.

Wystawa Bosha ciut mnie rozczarowała ze względu na tłumy. Trudno było  kontemplować obrazy zza pleców przerośniętych Holendrów. A tak się złożyło, że dla mnie Bosh jest mistrzem trzeciego planu i najbardziej lubię wyławiać z całości te cudowne smaczki - ryboludzi, potwory i śmieszne mikrokarykatury. Ale i tak warto było, bo jednak żadna reprodukcja nie odda tych kolorów.

Musieliśmy zobaczyć Delft ze względu na porcelanę. Okazało się, że w weekend miasteczko jest jednym wielkim pchlim targiem.

delft

Trafiliśmy tam na sklep oferujący wybór serów w doprawdy niekonwencjonalnych smakach. O ile lawendowy był jeszcze do przyjęcia, przy kokosowym i waniliowym moje kubki smakowe zapłakały z rozpaczy....

Holenderskie wiatraki są bardzo romantyczne wizualnie, ale po zwiedzeniu jednego z nich uznałam, że wolałabym się pociąć szarym mydłem, niż pomieszkać tak choćby tydzień. Niemniej jednak podobno wielu Holendrów mieszka w wiatrakach na własne życzenie. Cóż mogę powiedzieć - to miły, lecz dziwny naród.

wiatraki

Najbardziej bodźcującym wzrokowo i węchowo punktem programu był park Keukenhof - tulipanowe szaleństwo. Park jest otwarty tylko dwa miesiące, czemu trudno się dziwić, skoro 90 procent szaty roślinnej to rzeki, strumienie, łany i pola tulipanów w setkach odmian i kolorów. Prawie mi oczy wyszły z orbit.

tulipany

Holandia jest pełna małych sennych miasteczek jak z bajki. De Rijp, jedno z nich, w kategorii uroku i słodyczy przerastało nawet puchate szczeniaczki i słodkie kotki z Facebooka.

miasteczko_kompresja

Jednym słowem, Holandia w pigułce. Tulipany, sery, wiatraki, prace mistrzów i  porcelana - wszystko podane jak na talerzu, bardzo płaskim, ale uroczym. Wyjazd w maju miał dla mnie także wartość dodaną. Liczne stada krów, owiec i koni, które nieustannie mijaliśmy,  pełne są o tej porze roku rozkosznych maleństw. Co chyba zaczęło w końcu męczyć mojego męża, cierpliwie wysłuchującego moich pisków zachwytu: - o jakie jagniątka, o jakie cudne źrebaczki, ojej, nie zdążyłam zrobić zdjęcia, zawróć -

Wspomniałam o kaczuszkach? Nie? Kaczuszki tez były słodkie.

Bardzo polecam Holandię, naprawdę. Nie sądziłam, że będę się tak dobrze bawić. W przyszłym roku zabieramy małoletnich. Misiek wprawdzie planuje raczej wizyty w kawiarenkach z marihuaną i piwo nad kanałem, ale może do tego czasu uda mi się go nawrócić na nurt botaniczno - animalistyczny.

11:43, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
środa, 27 kwietnia 2016
wielkanocne zombie

Natchnął mnie wąteczek na moim ukochanym forum  Emama, o tym, jak patologiczne muszą być umysły jednostek, które oglądają "Grę o tron" i jeszcze się cieszą tą jatką i przemocą...

Nie pamiętam już, kto zainicjował temat, ale mam wrażenie, że zaczęło się od brazylijskiej  maczety, którą trzymamy na lodówce. Siedząc przy wielkanocnym obiedzie z moimi rodzicami, bratem i rodziną siostry, rozkręciliśmy zaciekłą dyskusję o rodzajach broni siecznej i jej zastosowaniu.

Misiek przeżył nagłe objawienie:

 - Maczeta byłaby dobra na zombie.-

- Mamy jeszcze miecz - podsunął ochoczo mąż. (teraz już wiem, czemu przywlókł ten miecz z Chin)

Mój brat, wielki miłośnik i znawca zombie, oprotestował pomysł zbliżania się do tychże na wyciągnięcie ręki i zasugerował metody prewencyjne.

Szwagier, osobnik konkretny, zaproponował ucieczkę na wyspę.

- Ale czy zombie boją się wody? - spytała siostrzenica.

- Chyba święconej - wymądrzył się siostrzeniec.

- To wampiry, bałwanie - zgasiła go jego matka, a moja siostra.

- One nie potrafią pływać, szwankuje im koordynacja ręka - mózg - pouczyłam rodzinę.

- Ale się nie utopią, w końcu nie muszą oddychać - zauważył mój brat.

- Jaki mózg? - prychnął jednocześnie Misiek

- Może jajeczko? - zasugerowała mama

- No to sobie tak będą szły powolutku po dnie - radośnie podsumowała siostrzenica nakładając sobie sałatkę - Chcesz trochę, Lola?

- Nie, zjem sobie ciastka. Ale czy one się w tej wodzie nie rozpadną na kawałki? - powątpiewająco zauważyła Lola, ze smakiem wcinając wafle.

- Jeszcze sałatki? - słabo spytała moja matka, usiłując utrzymać pozory normalności posiłku.

- Można by je przecedzić - zachichotał złowieszczo Misiek

- Ale jak już przelezą na wyspę - przerwałam mu pospiesznie - to jednak trzeba się będzie bronić. Marek, co odstrasza zombie?-

Mój brat zawiesił się na chwilę, analizując możliwości.

- Srebro! - nie wytrzymał szwagier

- To na wilkołaki- chórem powiedziały dziewczynki

- Czosnek! - rzucił siostrzeniec

- Znowu wampiry - potępiająco prychnęła siostra

- Jarzębina? A nie, to na czarownice - odpowiedziałam sama sobie.

- Nic - Odpowiedział w końcu mój brat - Nic nas nie uratuje. Będziemy zgubieni -

- Tato - wydarłyśmy się z siostrą - ratuj nas. Masz coś na zombie? -

Mój ojciec podniósł nieprzytomne spojrzenie znad krzyżówki, którą ukradkiem rozwiązywał za miską sałatki

- Może być szlifierka kątowa? -

Mama w końcu się poddała ogólnemu nastrojowi:

- Mam takie coś ze sfermentowanych pokrzyw do podlewania sadzonek- rzuciła tajemniczo - nawet zombie nie wytrzyma tego smrodu.

Uzgodniliśmy więc, że jakby co, to rodzina zwiewa na najbliższą wyspę, uzbrojona w maczety, miecze i narzędzia do obróbki skrawaniem, a do wody wpuszczamy tajną broń, czyli gnojówkę z pokrzyw. Jakbyście gdzieś natknęli się na niewielka hordę zombie, możecie pokierować ją do nas, damy radę.

Tylko po tym wątku z emamy zaczęłam mieć wątpliwości. Może to rzeczywiście jakby nie jest typowa rodzinna konwersacja wielkanocna?

 

 

 

 

20:49, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
piątek, 22 kwietnia 2016
z nową energią

Weszłam dziś rano na wagę. Pokazała mi 1135, 4 kg. Czy to znak, ze powinnam rzucić czekoladę?

Weszłam dzisiaj też na fejsbuka. Zaproponował mi udział w grupach Armia Różańca Świętego, SLD Moją Partią oraz Akwarystyka i Wędkowanie. Nie widzę związku, naprawdę.

Nie piszę, bo odzyskałam zdolność czytania. Nagle odkryłam, że znowu umiem, i to od razu w językach, jak zielonoświątkowcy prawie. Czytam więc "Kłamstwa Locke'a Lamory" w oryginale (dzięki ci, Królowo Matko, za to objawienie literackie), równocześnie z "Książki i ludzie" Łopieńskiej i powtórką "I'm not a serial killer". Zachłystując się z zachwytu, że mogę zanurzyć się po czubek nosa w książkach, trochę jakby odpuściłam resztę.

A ponieważ przez pozostałą połowę dnia kopię, przesadzam, pielę i przycinam, wiosennie oszołomiona kwitnącymi śliwami i tulipanami, to już nie mam czasu na nic innego.

tulipan

Jak tu nie siedzieć w ogrodzie? Tulipany jak latarnie, sasanki jak ...no wstawcie sobie dowolne skojarzenie, ale słodkie są , no nie?

sasanki

Jest proszę państwa, dobrze. W każdym razie, tendencja zwyżkowa. Nie rozpisując się  zbytnio na ten temat,  żeby nie zapeszać, uznajmy proces naprawczy Asi za zaawansowany projekt w toku. Stawiam sobie zadanie na wiosnę: dwa wpisy tygodniowo. No, to do następnego... 

12:24, teraz_asia
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46