czwartek, 17 maja 2012
upokorzenia intelektualne
Przeczytałam właśnie listę 75 książek, które powinno się znać. Do licha, jestem cholernie niedokształcona! Z całej listy czytałam może 15 pozycji, z których kilka śmiertelnie mnie znudziło. Na przykład "Cmentarz w Pradze" Umberto Eco, którego poprzednie książki czytałam z zainteresowaniem, a przy tej akurat wymiękłam i usnęłam z nudów. Mam tylko nadzieję, że może jak w grze "Wilki i owce" istnieje nieformalny przelicznik pozycji mniej wartościowych na te wymagane. Czy trzy kryminały Jo Nesbo liczą się tak, jak jedna Masłowska? Ale nie dam sobie odebrać czytelniczej satysfakcji. Ostatnio na Taniej Książce wygrzebałam "Hotel Paradise" Marthy Grimes i wpadłam po uszy. Jako kryminał (co za idiota zaklasyfikował to jako kryminał? bo w tle mamy trupa?) do kitu. Jako obyczaj - genialna. Świetna. Świetny język, obrazy Południa prosto ze "Stalowych Magnolii" czy "Smażonych zielonych pomidorów", a wątek kryminalny przefiltrowany przez punkt widzenia dwunastolatki. Dość nietypowej dwunastolatki. Abstrahując (a jednak znam trudne słowa, mimo że nie przeczytałam 60 pozycji, które powinnam) od lektur, samo życie nieustannie dostarcza mi bodźców intelektualnych. Lola ma fazę na zagadnienia, które wydawałoby się, powinny być domeną czterolatków. Czuję się nieustannie upokarzana pytaniami, które obnażają bezmiar mojej niewiedzy o świecie. Jak rozmnażają się winniczki? Czy żaby jedzą jabłka? Czym żywią się pijawki, jeśli w wodzie nie ma ryb ani ludzkich nóg? Na czym polega operacja zmiany płci? Co to znaczy, że Euro spadło? Co to jest suporex? Dwadzieścia razy dziennie muszę przyznać, że nie wiem, albo nie pamiętam, albo nie umiem wytłumaczyć. Dwadzieścia razy dziennie szukamy w Googlach informacji i razem się dokształcamy. Czuję się intelektualnie wyczerpana. Chciaż stać mnie jeszcze na przebłyski geniuszu. Wczoraj Misiek miał w klasie prezentację o Hiszpanii. Miał występować jako hiszpański gitarzysta. Gitarę posiada, czarny kapelusz znalazłam w szafie, ale Misiek zażądał hiszpańskiej bródki i wąsików. Ratunku, co robić?! Wreszcie odkryłam genialny materiał na powyższe, sztuczny zarost wyglądał świetnie, ale mimo wszystko poprosiłam Miśka, żeby się nie przyznawał publicznie, z czego to zrobione. Okazuje się, że czarne wkładki higieniczne mają naprawdę wiele zastosowań.....
poniedziałek, 14 maja 2012
wieści majowe i nieco odzwierzęce
Misiek zdaje egzamin na kartę motorowerową. W związku z tym zapytał z nadzieją, czy przypadkiem nie myślimy o nabyciu mu zgrabnego skuterka. Nie myślimy. Boimy się skuterków jak jasna cholera. Co wyraziłam dość dobitnie: - O nie, kochany, mowy nie ma. Po moim trupie - - Poczeka się, poczeka - filozoficznie i mrocznie odpowiedział mój pierworodny..... Mąż nosi ostatnio czarną koszulkę z nadrukiem Ojciec Dyrektor. Nie wiem, czy ktoś robił badania na temat wpływu napisów na koszulkach na osobowość? Bo mąż przemieszcza się w niej godnie i z namaszczeniem i nawet zażądał kolacji. Chyba mu na nią wyleję barszcz albo skurczę w praniu... Lola chce hodować myszy. Nie w domu, w ogódku. Zaplanowała schronisko dla Ocalonych z Pyska Lulu. Ja wiem, że to szkodniki. Ale kiedy widzę te spanikowane czarne oczka i serduszko wyrywające się ze strachu spod beżowego futerka, nie jestem w stanie pozwolić na torturowanie maleństwa. Może to schronisko to niegłupi pomysł? Bo na razie wyrwane z pyska Lulu futerkowce podrzucam do ogródka sąsiadów:-) Mój kot jest bezwzględnym mordercą. I sadystą. Wczoraj rzuciła mi triumfalnie na podłogę w pokoju jaszczurkę bez ogona, która miotając się po deskach siała krew z odgryzionego kikuta. Spanikowałam, głównie dlatego, że zwizualizowałam sobie wywlekanie jaszczurki spod kanapy. Na szczęście zdążyłam ją odłowić. Skądinąd mam największą w okolicy populację bezogoniastych jaszczurek, wszystkie inwalidki po spotkaniu z Lukrecją. Zastanawiam się, czy rok wystarczy, żeby wykształciło się przystosowanie ewolucyjne, czyli wrodzony brak ogona? Będę śledzić z ciekawością rozwój wydarzeń. Pozostając w temacie zwierzęcym, czy wiecie, że najpopularniejszym prezentem komunijnym w tym roku podobno są jeże pigmejskie? Doprawdy, jestem zbulwersowana. To już quady wydają mi się bardziej humanitarne. Ach, za tydzień u nas komunie. Lola niewzruszona, choć spytała grzecznie, czy mogłaby ewentualnie dostać jakiś mały prezent, żeby nie była stratna. Kupić jej?
czwartek, 10 maja 2012
zdjęcia z wyjazdu
Nie pisałam, bo mnie robota chwyciła za gardło po powrocie i nadrabiałam. Mam za to parę zdjęć z naszego skądinad bardzo udanego wyjazdu.
Na przykład zabójczo słodki kaszubski widoczek z kwitnącą gryką na pierwszym planie. To ja, to ja zrobiłam! Małoletni szaleli na wydmach w Parku Słowińskim
A Lola nawiązała znajomość z kozą i jej pracodawcą
Co było skądinąd urocze. Koza i jej szef przechadzali się po szczycie Wieżycy oferując spragnionym kozie mleko. Lola oszalała na punkcie zwierzątka i zażądała pogłaskania. W trybie pilnym. Kozi szef nie widział problemu, o ile zdjęcie zostanie opłacone, bo, jak powiedział oszołomionej Loli "ta koza pracuje dla mnie". Młoda pobiegła uiścić opłatę, ale wręczając Kaszubowi drobniaki, rzekła z naciskiem "to dla kozy!". I słusznie. Nie będzie krwiopijca wyzyskiwał i czerpał korzyści:-) A najfajnieszy był "domek do góry nogami". Nie powinno się tam wchodzić po obiedzie, ja na czczo wyszłam zielonkawa i cały czas miałam wrażenie, że podłoże się buja.
Wróciłam i staram się pogodzić robotę piszczącą mi z komputera z tą, która woła zza okna. Zgadnijcie, co wygrywa? Wsadziłam pomidorki koktajlowe, selery i poziomki. Przesadziłam krzaczory i byliny. Obrzępiłam to, co zdechło podczas zimy (czyli połowę ogródka). Mam ręce jak świeżo wykopany zombie i rozmarzone spojrzenie narkomana w ciągu. Lecę, bo nałóg mnie woła!
wtorek, 01 maja 2012
Wielka Majowka
Deptak w Sopocie. Zgodnie z logika miejscowości nadmorskich mijamy po kolei restauracje chinska, tajska, budke z oscypkami, wiatraczki,watę cukrowa tak jadowicie kolorowa, ze musi świecić w ciemnościach, stoisko z chińskim bursztynem i docieramy wreszcie do mola. Molo jest wietrzne,
długie i płatne, ale i tak ufnie podazamy jak lemingi prosto w morze. Tradycja taka. Nad morzem rybke trzeba zjeść. Tez tradycja. Wgapiam się w nazwę smazalni Brudna ryba, i nie rozumiem, o co chodzi.Na szczęście okazuje się ze to Gruba ryba miała być, tylko wiatr mi wzrok zmylil.
Słuchajcie, jak tu wieje!
Maloletni bohatersko mocza stopy w morzu. Anemicznie protestuje: - Lola, chociaż spodni nie zamocz, bo zlapiesz zapalenie płuc. -
Na szczęście Misiek rozwiewa moje niepokoje: - Spoko, mamo, z jej koordynacja ruchowa nie ma szans złapać niczego -
Czy ktoś może wytłumaczyć mi, dlaczego nad morzem zawsze jest zimno, kiedy my tu jesteśmy? Wyobrazam sobie takie fatum, gęste i czarne, które materializuje się, kiedy wpadamy na pomysł ruszenia na północ. Wszędzie, do cholery,w całej Polsce, upał aż dusi,ale nie, ten mały skrawek polskiej ziemi ma klimat wczesnego marca. Od dziesięciu lat usiłuje spędzić chociaż kilka dni nad polskim morzem, ale niezależnie od pory roku zawsze jest zimno, albo pada, albo drzewa gnie do ziemi. Raz pomyślałam, ze przechytrze aure, i pojechałam w zimie, ale następnego dnia rozpętał się wściekły sztorm.
Dlatego uroczyście przepraszam osoby aktualnie przebywające nad morzem: ta pogoda to przeze mnie, sorry. Pokrecimy się tu jeszcze dwa dni, i zrobi się cieplutko. Ale na razie mamy jeszcze w planach Kartuzy, i Slowinske wydmy i co tam jeszcze się da przy tym zimnie zrealizować.
Nie obejrzałam ostatniego odcinka serialu Kości, nie widzę, jak mi kwitną Amonagawy, moje ozdobne wiśnie kolumnowe, koty tęsknią, i w ogóle pożytki z rodzinnych wyjazdów są odrobine przereklamowane.
Następny wpis może będzie po kaszubsku, jak się szybko nauczę, a chwilowo za brak niektórych polskich znaków odpowiada idiotyczny iPad męża, a nie moje postępujące niechlujstwo.
wtorek, 24 kwietnia 2012
Pytania i melancholie
Kto mi powie, kiedy wreszcie Brennan urodzi? Lata w tej ciąży już sto lat i tracę cierpliwość. Rozumiem, że aktorka też jest w ciąży i to musi potrwać, ale jak ona z tym brzuchem grzebie w trupach, to już mi się słabo robi. Czy to dziecko w ogóle będzie normalne po takim życiu płodowym? Wiele rzeczy zaprząta mój umysł ostatnio. Na przykład a'propos moich ostatnich wynurzeń. Łaził po basenie taki wielki gorylowaty facet. Nie wyobrażacie sobie, jak miał owłosione plecy. No, taki kłąb po prostu od karku po nerki. Wszedł do wody i te włosy naplecne zaczęły mu tak łagodnie i miękko falować, jak nie przymierzając wodorosty czy inne algi. Fascynujący widok, oczu oderwać nie mogłam. No, ale nie dałoby się go cały czas w wodzie trzymać, nieprawdaż? Wczoraj rozstałam się z wieloletnim przyjacielem, moją ulubioną lewą dolną ósmką. Byłam tak smutna, że Lola na pociechę narysowała mi jej portret na pamiątkę. Ósemka w garniturku macha mi na pożegnanie białą chusteczką. Ach, to wzruszająca chwila w życiu człowieka, kiedy pozbywa się zęba mądrości, nawet jeśli ostatnio nie zgadzaliśmy się ze sobą. Przedwczoraj miałam wizytację, eee, tfu, wizytę, teściów i szwagierki z rodziną. Wyczerpujące doświadczenie, bo wymagające wysilenia ciała i umysłu przez cały boży dzień (teściowie od 10, szwagierka do 19 plus ruchliwy pięciolatek). Ale udało mi się, o cudzie, ugotować obiad satysfakcjonujący wszystkich - od amerykańskiego szwagra (co niełatwe) do teścia (co akrobatyczne niemal). Ach, te drobne chwile triumfu gospodyni domowej. No właśnie. Scenariusze kapią rzadko i robi się coraz bardziej niskobudżetowo i kurodomowo. Zaczynam szukać roboty na poważnie i już się boję. Powiedzcie mi, że przed wakacjami to nie ma sensu. Bo co ja z małoletnimi zrobię? Możecie mi to jakoś racjonalnie wytłumaczyć?
wtorek, 17 kwietnia 2012
co mnie kręci w chromosomach
Anutek, z wrodzoną sobie subtelnością i wdziękiem, zaproponowała mi (nie, absolutnie żadnych nacisków), wręcz delikatnie zasugerowała udział w zabawie blogowej, której temat wpędził mnie w konsternację. Jest to bowiem jeden z tych nielicznych tematów, jak rola kwarków we wszechświecie czy też życie erotyczne stawonogów, którym zazwyczaj nie poświęcam zbyt wiele uwagi. Co do dalszego typowania ofiar, nie nalegam, nie zachęcam, nie zmuszam. To w końcu dość prywatne wynurzenia:-) No właśnie. Nie obejdzie się bez pokrętnych tłumaczeń i zawoalowanych informacji o życiu prywatnym, a wręcz bez nietypowej dla mnie otwartości. He, he, już was podkręciłam? Problem w tym, że od wczesnych lat młodzieńczych miałam pociąg do osobników, z którymi nie byłabym w stanie przeżyć nawet tygodnia prawdziwego życia. Dziwaków, mrocznych rycerzy, milczących ponuraków, zdziwaczałych intelektualistów, psychopatów i nawiedzonych. Nie wchodząc w szczegóły, prawdziwość moich słów można zweryfikować w paru szpitalach psychiatrycznych i jednym klasztorze, a nie wiem, czy także nie w więzieniu. Bo niektórzy to źli chłopcy byli. Niekoniecznie tacy Ale blisko:-) Oj tam, zwalmy to na burzliwą młodość, OK? Z tamtych, jakże dawnych czasów, pozostał mi pociąg do nietypowości umysłowej. Bo (teraz to naprawdę nikt mi nie uwierzy) ja zupełnie nie zwacam uwagi na męską powierzchowność. Znaczy, owszem, widzę, że gruby, chudy, łysy, kudłaty, brudny, czysty, ale zasadniczo wygląd ma raczej znaczenie w mojej ekscytacji Keanu Reevesem czy młodym Harrisonem Fordem. Po półgodzinnej rozmowie przestaję rejestrować szczegóły wyglądu. Ignorując blond grzywy i kwadratowe szczeki, lecę na cięty dowcip, cytaty filmowe i książkowe, błyskotliwe skojarzenia i ujawnianą szeroką wiedzę na nietypowe tematy. Może w ten sposób nadrabiam własne braki intelektualne? Żeby uratować mój nadwątlony image, przyznam, że jednakowoż preferuję pewne drobiazgi typu zmarszczki przy oczach od śmiechu, ładne ręce i miły tembr głosu. A teraz, zaprzeczajac wszystkim moim wcześniejszym wynurzeniom, ogłaszam, że i tak najrozkoszniejszym facetem na ziemi jest Michael Clarke Duncan. Wygląda jak ogromna, stabilna skała, jest naprawdę słodki i ma najbardziej zaraźliwy śmiech, jak można sobie wyobrazić. Prawda, że uroczy?
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
konwersacje samochodowe
Jedziemy rodzinnie. Między mną a mężem wygasają resztki kłótni, a raczej intensywnej wymiany zdań. Żeby jeszcze upuścić sobie pary, warczę cicho - Dddureń - - Wariatka - cicho odwarkuje ubawiony nie wiedzieć czemu mąż - De...no ten..drań - odwzajemniam się banalnie, bo mi epitetów zabrakło - Głupia baba - mruczy mąż - Cicho tam - rzuca pobłażliwie Lola z tylnego siedzenia - niech wam będzie, obydwoje jesteście stuknięci - Dziki rechot ma działanie oczyszczające atmosferę. Wracamy. Milczący zazwyczaj Misiek ma atak elokwencji i wchodzi na wysokie obroty filozoficzne. Rozmawia z ojcem, czym jest szczęście. Wyraża się bardzo sensownie i logicznie. Na tyle, że ojciec chwilowo zastyga w podziwie nad błyskotliwością pierworodnego i chwali go za dyskusję. - Oj tam - Misiek rzuca nam chytre spojrzenie - to wasze geny obdarzyły mnie inteligencją. Oraz - dorzuca po namyśle - oczywiście skromnością - Oczywiście. Niech znajdzie się ktoś, kto w tym momencie zaprzeczy.....
środa, 11 kwietnia 2012
poświąteczne resztki
Lola zrobiła pogrzeb biedronce. Były kwiaty i przemowy, a także bardzo wielowyznaniowa modlitwa. Biedronka zmarła wczoraj na trampolinie, zdaje się, że nie wytrzymała przeciążeń.Reanimacja się nie powiodła, pomimo wielkiego zapału, jaki Lola włożyła w masaż serca i sztuczne oddychanie. Czy biedronka ma serce? Chyba nie było mnie na tej lekcji biologii. Lola chce zostać w przyszłości treserką, ale nie biedronek na szczęście, tylko kotów. Na razie wytresowała Lulu, która widząc kocie chrupki, nawet nie czeka na komendę "siad", tylko do razu karnie wali się tyłkiem na podłogę. Teraz trenują komendę "zdechł kot". Misiek mnie dzisiaj bardzo zaniepokoił. Odrobił lekcje z własnej woli, spytał, czy może chwilę pograć na komputerze, a przed chwilą zapytał, czy może wyjść się dotlenić. Czy to może mieć związek z jutrzejszym szkolnym zebraniem? Chyba że jego bunt nastolatka przybiera jakś wyjątkowo niekonwencjonalną formę. Na serio się martwię. W ramach odchudzania poprosiłam fryzjerkę, żeby zamiast odcienia mleczna czekolada, położyła na mojej głowie gorzką czekoladę. W gorzkiej wyglądam szczuplej. Interesujące złudzenie optyczno - kulinarne. Acha - o świętach miałam napisać, ale najbardziej ekscytujące rzeczy, jakie mi się przytrafiły, to nieposolone ziemniaki w sobotę, pięć kawałków ciasta pod rząd w niedzielę, a w poniedziałek prowadzenie samochodu w dziesięciocentymetrowych szpilkach. Żadnej z tych rzeczy nie chciałabym powtórzyć w najbliższej przyszłości, więc nie ma o czym gadać. A w ogóle to rozrzuciłam dziesięć taczek kompostu i czekam na oklaski. Znaczy w ogródku rozrzuciłam, pod krzaczki. Nie wiem po co, bo na pewno i tak je zeżre jakaś cholera, a ja nie mogę ruszać prawym barkiem. Co tam, i tak jestem z siebie dumna.
czwartek, 05 kwietnia 2012
kontekst kulturowy
Moje dzieci nie chcą się uczyć polskiego. Moje dzieci uważają, że to zupełnie zbędna wiedza, bo przecież, jak była uprzejma zauważyć Lola, ona już się tego języka nauczyła. Moje dzieci uważają, że teksty literackie, proponowane im na zajęciach, nie wnoszą w ich życie żadnych trwałych wartości. Misiek dał mi wręcz do zrozumienia, że na przykład "Dziady" czy "Balladyna" to pożałowania godne relikty zapomnianej przeszłości, oraz że nieporównywalnie bardziej wzbogaca go intelektualnie najnowszy "National Geographic" czy też ósma część "Zwiadowców". - Ależ, moi drodzy, bez lekcji polskiego wasze życie byłoby znacznie uboższe - zaprotestowałam słabo. Ponieważ jedną z moich wstydliwych tajemnic jest fakt, że ja uwielbiałam szkolne lektury, może z wyjątkiem "Nad Niemnem", "Na jagody" i "Tego obcego". A już cały romantyzm łykałam szeroko otwartym dziobem. I pojąć nie mogę, że ich to nie rusza. - Spróbujcie zrozumieć, że te znienawidzone lektury dają wam kontekst kulturowy, niezbędny do prawidłowego odbioru wielu aspektów życia społecznego - - Eeeee? - Okazało się, że mimo wszystko zrozumiały. A przynajmniej potrafią zastosować w praktyce. Tego samego wieczoru odpytywałam Miśka do klasówki z polskiego. Lola siedziała ze mną, bo wie, że takie odpytywanie zazwyczaj kończy się HISTORIAMI, czyli barwnymi interpretacjami na temat, żeby pierworodny łatwiej przyswoił nudne treści. Okazało się, że historię Kaina i Abla zamieniłam na tak ekscytujący kryminał psychologiczny, że obydwoje domagali się dalszego ciągu. Następnego dnia usiłowałam zlokalizować Miśka, który zwyczajowo przepadł w porze odrabiania lekcji. -Lola, widziałaś go gdzieś? Nie mówił ci, że wychodzi? - - Czyż jestem stróżem brata mego? - odpowiedziała melancholijnie Lola, pięknie wpasowując się w kontekst kulturowy....
wtorek, 27 marca 2012
siedem faktów
Nie oprę się sugestii Anutek i zapodam siedem mniej znanych faktów z mojego długiego życia. Kto chce, może się już ze mnie nabijać. 1. Mam przypadłość, która podobno nazywa się prozopagnozją. Jestem ogranicznie niezdolna do rozpoznawania twarzy. Dlatego w moim przypadku tekst: a wiesz, spotkałam pediatrę Miśka, który go leczył trzy lata temu - nie ma racji bytu. Nawet jak spotkam, nie będę wiedziała, że to on. Moje pierwsze tygodnie w telewizji były traumą. Nie miałam pojęcia, czy facet, którego mijam w korytarzu, jest moim wczoraj przedstawionym mi dyrektorem, gościem z okienka czy kolegą z pokoju. Dlatego mam ogólny nawyk mówienia "dzień dobry"absolutnie wszystkim. Czasem budzę tym lekkie zdziwienie i zakłopotanie. 2. Kiedy prowadzę samochód, bez przerwy gadam. Śpiewam to, co leci w radio, komentuję zachowania kierowców, przepowiadam sobie listę spraw do załatwienia. Jeśli zobaczycie kiedyś za kierownicą kogoś bez przerwy kłapiącego dziobem, to mogę być ja. 3. Jestem prawdopodobnie jedną z niewielu osób, nie pochodzących z terenów wiejskich, która wie, co to jest stanowienie klaczy i jakich warunków wymaga zimny wychów cieląt. Podczas bardzo nudnych wakacji przeczytałam trzy razy od deski do deski podręcznik zootechniki. Znam nawet skład najlepszych mieszanek do karmienia kurcząt. 4. Potrafię potwornie przeklinać. Ze swadą, płynnie i tak soczyście, że żule spod budki z piwem pokłoniliby się w pas. Ale robię to rzadko i w samotności. Sama nie wiem, gdzie się tego nauczyłam, gdyż albowiem pochodzę z całkiem porządnej rodziny. 5. Mam zerową orientację w terenie. W centrum handlowym wystarczy obrócić mnie dwa razy w kółko i już jestem, całkiem dosłownie, zgubiona. Co się z tym wiąże, nie umiem czytać mapy i nigdy się nie nauczę, bo mam tak jakby drobny problem z kierunkami. No dobra, muszę sobie mapę obracać, żeby się połapać, w jakim kierunku jechać. Żałosne... 6.Kiedy byłam chora na półpaśca, przeczytałam piętnaście powieści Kraszewskiego pod rząd. Matka mi chowała kolejne tomy, bo twierdziła, że mi temperatura od tego skacze, a ja czytałam męczeńsko. Po "Złotym Jasieńku" wyzdrowiałam. Chyba w samoobronie. 7. We wczesnej młodości miałam dziwne upodobania kulinarne. Jadłam dżdżownice, piasek, robaczywe jabłka, podejrzane jagódki i trawę. Teraz ograniczam się trochę, ale zdarza mi się żuć trawę i tarninę z krzaków, tak dla podtrzymania tradycji. Miłosiernie nie wskazuję nikogo, żeby też się wił pod pręgierzem opinii publicznej. Trochę mi wstyd, ale co tam, do gorszych rzeczy już się przyznawałam... |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytuję
|