Małoletnie potomstwo- zajęte własnymi ważnymi sprawami, i ja- lekko zagubiona w permanentnym niedoczasie. W ciągu tych 4 godzin dziennie próbuję być Wystarczająco Dobrą Matką.
czwartek, 21 września 2017
zawieszam się

 

Zbierałam się jak widać długo, żeby to napisać. Zawieszam na razie pisanie bloga. Niewielka to różnica, zważywszy na częstotliwość ostatnich wpisów, ale jednak, żeby formalnościom stało się zadość.

Nie chcę specjalnie tłumaczyć, dlaczego. Mam konkretne problemy życiowe, z którymi muszę sobie poradzić, a nie mogę i nie chcę pisać o nich na publicznym blogu. Dopóki nie rozwiążę paru spraw, nie widzę sensu tworzenia tematów zamiast. Chwilowo niedomagam także w zakresie błyskotliwości i poczucia humoru, więc niewielka strata.

Jeśli ogarnę sytuację do końca roku, wracam po Sylwestrze. Jeśli nie....dobra. Ogarnę. OK?

Dzięki za te ostatnie lata. Bywało fajnie, no nie?

Pa. Na razie.

Asia

20:42, teraz_asia
Link Komentarze (12) »
środa, 23 sierpnia 2017
yellowstone

Pospiesznie, bo zdaje się, że Lola wreszcie wyszła spod prysznica i możemy ruszyć. Od wczoraj mamy na tapecie Yellowstone. Nie ma możliwości, żeby zobaczyć park w ciągu jednego dnia, jest gigantyczny, a atrakcje porozrzucane na dużym obszarze. Wczoraj dojechaliśmy do hotelu przed 23 i nieżywi padliśmy na łóżka, dlatego dzisiaj zbieramy się powolutku. Yellowstone zachwyciło mnie najbardziej ze wszystkich dotychczas odwiedzonych miejsc. Może dlatego, że w przeciwieństwie do nawet najbardziej malowniczych skał, tętni życiem. Na ogromnych preriach i kolorowych nadrzecznych łąkach pasą się stada jeleni i bizonów, rzeki meandrują w dolinach i spadają wodospadami z gór, nawet białe, dymiące obszary termalne nie wydają się martwe ze względu na kolorowe dywany bakterii (amatorek siarkowodoru) i bulgocące wesoło wrzące źródełka. Nie wspominając o tym, że temperatura nareszcie idealna, 22 - 25 stopni, więc oddycham z ulgą. Wczoraj widzieliśmy piękny wodospad w kanionie Yellowstone, obszar gejzerów Norris i fascynująca formację zdaje się kalcytową, która wyglądała jak Pammukale w miniaturze.

Dzisiaj więcej gejzerów. I bizonów. Pędzę, bo mnie popędzają.

 

16:54, teraz_asia
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 sierpnia 2017
streszczenie pierwszego tygodnia

Miałam sielską wizję, że co wieczór będę siadać w hotelu i wiernie spisywać nasze fascynujące przygody. Rzeczywistość okazała się oczywiście bardziej skomplikowana. Przez pierwsze dni z powodu jet laga padałam na nos. Przez następne z powodu wyczerpania/późnego dojazdu/braku zasięgu pisanie odpadało. I tak minął pierwszy tydzień WAWa.

Musze przyznać, że bardzo, ale to bardzo lubię podróżować po Stanach. To jest niesamowicie przyjazny turystom kraj. Drogi są genialne, można bez zmęczenia pokonywać ogromne odległości, cała  infrastruktura jedzeniowo/hotelowo/parkingowa działa bez zarzutu, a Amerykanie w trasie są otwartym, rozmownym ludkiem. Przez cały rok nie weszłam w tyle rozmów i relacji międzyludzkich jak przez ten tydzień.

Wylądowaliśmy w Los Angeles, z którego natychmiast uciekliśmy. Jesteśmy typowo outdorowym towarzystwem i duże miasta wykańczają nas po kilku godzinach. Następnego dnia dotarliśmy do parku sekwoi. Zaiste, imponujące drzewka. Niestety, nie mam jak wrzucać zdjęć, bo mąż zapomniał kabelka, więc fotki będą po powrocie.

Następnie ruszyliśmy na wschód w kierunku miasta grzechu i rozpusty. Młodzi podsumowali, że Las Vegas kojarzy im się z parkiem miniatur w Krajnie, tylko bardziej świecącym. Taka wylewająca się tandeta. Usiłowaliśmy wepchnąć ich w szpony hazardu, ale okazało się, że jako nieletni (Misiek też, bo poniżej 21 lat) nie mogą nawet przepuścić kasy w jednorękim bandycie.

Dlatego bez żalu porzuciliśmy kasyna i po obejrzeniu tamy Hoovera śmignęliśmy przez bezdroża i pustynie do Arizony, do Sedony, okrzykniętej najpiękniejszym miastem USA, i do Wielkiego Kanionu. Dwadzieścia lat temu oglądaliśmy z mężem Wielki Kanion, ale od drugiej, znacznie mniej interesującej strony. Południowa krawędź zapiera dech w piersiach, czasami dosłownie (czy wspominałam, że mam lęk wysokości?).

Później przejechaliśmy przez największy rezerwat Indian Nawajo i Dolinę Monumentów aż do pęczka najfajniejszych parków narodowych Utah - Archies, Capitol Reef, Bryce Canion i Zion. Jesteśmy w połowie oglądania i chyba powolutku zaczynam rzygać skałkami, w choćby najpiękniejszych kształtach i kolorach. Trochę dobijają mnie skoki temperatur - wczoraj wieczorem było 13 stopni, dzisiaj zapowiadają 38. Mam nadzieję, że nie dopadnie nas angina.

Za kilka dni największa trakcja wyjazdu - zaćmienie słońca!

 

 

 

 

 

 

16:37, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 sierpnia 2017
plan na WAW

Taka sytuacja, proszę państwa. Jutro raniutko wylatujemy na nasze Wielkie Amerykańskie Wakacje (w skrócie WAW). W ostatniej chwili przed moim popadnięciem w obłęd.

Ostatnie tygodnie były dla mnie absolutnie wyczerpujące, głównie psychicznie. Strasznie dużo rzeczy się decydowało, przeżyliśmy drastyczne załamanie finansowe, spiętrzenie papierkologii i różnych formalności, wyjaśnianie paru zaległych spraw....plus fala upałów, która mnie niemal dobiła.

Teraz rzecz jasna jestem w stanie rozsypki emocjonalnej, jak zazwyczaj przed wyjazdem. Mniej więcej co kwadrans sprawdzam, czy paszporty nadal tkwią w torebce, nerwowo głaszczę koty, przekładam ciuchy w walizce z boku na bok i gorączkowo myślę, czego tym razem zapomnę. Właśnie, czy ja wzięłam coś na gorączkę?

WAW był planowany od wczesnej wiosny, głównie ze względu na to, że wylatane przez męża tysiące mil lotniczych traciły ważność i musieliśmy do końca marca zamienić je na bilety. Wystarczyło akurat na cztery bilety do Stanów. 

Ale do adremu. Obiecałyśmy sobie z Lolą, że tym razem będziemy na bieżąco dokumentować naszą trasę, bo później wszystko nam się pomyli i zapomnimy, co, gdzie i jak. Jeśli mój plan wypali, mam zamiar wykorzystać w tym celu bloga. 

Mam nadzieję, że w amerykańskiej dziczy będą mieli wifi.

Trzymajcie kciuki, żeby mnie reisefieber nie wykończył.

21:56, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 lipca 2017
jestem

Jestem. Żyję. Walczę. Napiszę. Tylko już nie dzisiaj. Dzisiaj już za późno. Dzisiaj już się nie da.

Okropnie mi włosy śmierdzą piwem. Czy na pewno płukanie w piwie to dobry pomysł? Będę jutro jak żul spod Biedronki. A może wywietrzeję?

Dwa weta. Fajnie. Warto było spacerować po stolicy. 

Nie, serio. Dzisiaj odpadam. Jutro.

21:33, teraz_asia
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 maja 2017
o mężu i golfie

Mąż, jak wiadomo, gra w golfa. Kiedy nie może grać w golfa, ogląda kanał golfowy.

Dla niedowierzających - tak, naprawdę w otchłaniach TV istnieje kanał, w którym pokazują wyłącznie ludzi z kijami i pola golfowe. Ja w sumie nie protestuję, bo dla mnie to takie dość kojące doświadczenie: niebo niebieskie, hektary łąk zielonych, szeroko nad jeziorkami rozciągnionych, malowanych zbożem rozmaitem.....a nie, wróć, bez zboża, ale reszta się zgadza.  Czasem palmy są i piasek.

Kilku panów komentuje niespieszną aktywność na ekranie stosownie przyciszonymi głosami, i powiem wam, że to szemranie to jest nawet przyjemne, usypiające wręcz.

No więc przydrzemuję ci ja sobie nad laptopem, słuchając mruczenia golfistów i proszę męża sennie - zrób mi herbaty, kochanie - 

-Już, już - odpowiada nieuważnie mąż wpatrzony w ekran.

Czekam pięć minut - To co z tą herbatą? - 

Ponieważ odpowiada mi cisza, patrzę na męża, zastygniętego w półprzysiadzie nad kanapą. Na twarzy męka niezdecydowania.

- Zaraz - mówi wreszcie mąż błagalnie - nie mogę w takiej chwili. Za duże napięcie, żebym mógł się oderwać od ekranu -

Patrzę podejrzliwie na pola golfowe (zielone, bez zmian), na ludzików z kijkami (chodzą se, bez zmian), na komentatorów (szemrają, jak szemrali) i już nie potrzebuję herbaty na podniesienie ciśnienia, bo atak śmiechu całkowicie mnie podnosi na nogi. Cóż znaczy prawdziwa sportowa pasja.....

11:03, teraz_asia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 18 maja 2017
gramatyka a zwłoki

Z jakichś tajemniczych przyczyn Loli nie po drodze z gramatyką polską. To znaczy, używa bezbłędnie, ale wszystkie te imiesłowy i zaimki, a nie dajbóg, przydawki i dopełnienia są dla niej niewyuczalne. Odpytywałam ją wczoraj przed klasówką i normalnie orka na ugorze.

- Krowę? -

- Liczba pojedyncza. I rodzaj żeński - orzeka po namyśle Lola

- Przypadek? - rzucam zachęcająco

- Nie sądzę - odpowiada ponuro Lola

Gorzej jeszcze, bo nawet w moim sprawnym gramatycznie umyśle Lola posiała ziarno wątpliwości.

- Rzeczowniki dzielą się na ożywione i nieożywione. Podaj przykłady -

- Krzesło. Glista. - mamrocze zniechęcona Lola - A zwłoki, mamo? Czy one są ożywione? -

- To zależy, zombie raczej tak - odpowiadam z właściwym sobie subtelnym dowcipem, ale robak zwątpienia wpełza mi do mózgu i sama już nie wiem, jak zaklasyfikować te szczątki doczesne. Są ożywione, te zwłoki?

17:55, teraz_asia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 maja 2017
głównie o Loli

Udało mi się namówić Lolę, żeby obejrzała ze mną "Zabić drozda". Bardzo lubię zadręczać małoletnich moją ulubioną literaturą i kinematografią, w nadziei, że zarażę ich swoim zachwytem. Czasem nie odnoszę spektakularnego sukcesu - "Łowca androidów" nie powalił rodziny na kolana, ale czasem udaje mi się nad podziw - mąż właśnie kończy "Mistrza i Małgorzatę" i nawet się zachwyca. Tylko dlaczego, pytam się załamana, dlaczego nikt nie chce czytać Pratchetta? Pomimo wszystkich możliwych chwytów, jakie stosuję, żeby ich wciągnąć? Gdzie popełniłam błąd?

Ale wracając do adremu. Wygląda na to, że Lola nie tylko obejrzała z zainteresowaniem,ale zrozumiała główną myśl przewodnią.

Kiedy przypomniałam jej o odrabianiu lekcji, właśnie śliniła się nad półmiskiem świeżo upieczonego ciasta. Lola zastygła w dramatycznej pozie, przyciskając do wątłej piersi talerzyk z ciastem i wyszeptała - Naprawdę chcesz zabić ten moment? Tę chwilę mojego szczęścia z brownie? - spojrzała na mnie oczami zranionej sarenki - To byłoby okrutne. To byłoby jak - spojrzała jeszcze raz czule na stos czekoladowego ciasta - jak zabicie drozda - .

No dobra, może jednak nie do końca zrozumiała. Ale z zachwytem patrzę, jak świetnie moja córka rozwija się w gimnazjum. Przez ostatni tydzień niemal mieszkała w szkole, bo konstruowali z panią od polskiego olbrzymiego smoka z kartonu na Dzień Książki. Na piątek klasa Loli umówiła się na noc filmową - całonocny maraton oglądania filmów na sali gimnastycznej. Jeżdżą karmić psy w schronisku i czytać książki dzieciom z domu dziecka. Mają naprawdę fajnych nauczycieli i dyrektora z poczuciem humoru. Strasznie żałuję, że reforma zniszczy taką fajną szkołę.

Dla równowagi doniesienia z frontu maturalnego:

polski podstawowy - nieźle, a ten wiersz zinterpretowałem niemal genialnie 

polski rozszerzony - zobaczysz, będzie luz, na pewno (mam mroczne wrażenie, że samozachwyt Miśka nie znajdzie tu mocnych podstaw)

matma podstawowa - ee, spoko, prawie wszystko mam dobrze 

matma rozszerzona - nooo, OK, mogłem to trochę zawalić, ale może nie będzie tragicznie

angielski rozszerzony - będzie sto procent, zobaczysz, i w ogóle jestę bogię

i jeszcze czeka nas niemiecki, i geografia i dwa ustne. Mam wrażenie, że to jakiś maraton jest. Kiedyś chyba tak nie było.

22:12, teraz_asia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 maja 2017
co w trawie piszczy

Krótkie streszczenie ostatniego miesiąca:

Dwa tygodnie na Dukanie, zakończone orgią jedzenia krówek. Dieta aloesowa, ze wstrętem porzucona po tygodniu. Aktualnie jem na zmianę pieczonego indyka z sałatą i ciastka, z nadzieją, że organizm będzie na tyle skonsternowany, że zgubi tłuszcz z tego zakłopotania.

Mąż od trzech tygodni ma pracę. Wprawdzie bez fajerwerków finansowych, ale wygląda na dość stabilną i taką raczej bezzawałową. Się zobaczy.

Ja pracy nie mam. Znaczy coś tam mam, ale kapie jak krew z nosa i nudne straszliwie. Za co mam kupować te wszystkie cudne buciki, których pełno na wystawach?

Misiek pojutrze pisze maturę z polskiego. Jestem rozdygotana wewnętrznie, i ja nie wiem, jak przeżyję ten czwartek i piątek.

Lola znowu przestała się uczyć. Wiedziałam, że ta dobra passa nie może trwać wiecznie. Pociesza mnie tylko to, że chyba znalazła sobie nową przyjaciółkę, na brak której cierpiała od początku gimnazjum.

Mamy nowego pana kota ogródkowego, na razie bezimiennego. Dość nieśmiały, ale strasznie gadatliwy. Siedzi godzinami na parapecie, zagląda nam do pokoju i miauczy namiętnie w trzech tonacjach. Moje kotki się go nie boją, o dziwo. No cóż, czekam na rozwój wydarzeń.

Mam cudną, granatową hybrydę na paznokciach i pierwszy raz od lat nie obgryzam skórek, bo lękam się zepsucia tej niesłychanie pięknej dekoracji. 

Zmarzły mi róże, hortensje i aktinidie przez ten cholerny kwietniowy przymrozek. Las jest zalany przez te cholerne kwietniowe deszcze i nie mam gdzie chodzić na spacery. 

Mąż dał mi w prezencie kartę na siłownię. I w dodatku sama go o to poprosiłam, wiec nawet nie mogę teraz go opieprzyć i powiedzieć, że na przekór nie będę chodzić.

Czekam na maj. Nie wiem czemu, ale czuję, że teraz musi być trochę lepiej. Że praca i pogoda, i matura, i wszystko się ułoży (może oprócz siłowni, bądźmy realistami).

A teraz mogę wrócić do pisania bloga, bo dotąd paraliżowała mnie świadomość, ile musiałabym nadrobić.....

13:09, teraz_asia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 28 marca 2017
panorama dietetyczna

Zaczęłam od Dąbrowskiej. Diety znaczy. Po czterech dniach widok surówki budził we mnie obrzydzenie, a wszystkie warzywa miałam ochotę utopić w Wiśle jak Marzannę. Zaleczyłam tę traumę brownie, bo magnez jak wiadomo, dobrze działa na mdłości. A może na drżenie powiek? 

Zieleninę postanowiłam odreagować dietą Atkinsa. Zapomniałam jednak, że nie posiadając pęcherzyka żółciowego nie powinnam topić mojego biednego organizmu w tłuszczu. Po trzech dniach reszta moich organów wewnętrznych wykazywała chęć podążenia śladem woreczka. Odreagowałam ciastem marchewkowym (patrzcie, jak sprytnie - warzywo i deser w jednym).

Przypomniałam sobie, że w czasach studenckich odchudzałam się dietą kopenhaską. Pamiętacie? Kawa, kopy jajek i sałata? Spieszę poinformować, że dwadzieścia lat później nie da się zjeść tylu jajek. No niedasie i już. Na przejedzenie jajkami doskonale działają ciasteczka Amaretti. Ten związek nie ma naukowego uzasadnienia, a jednak pozostaje faktem.

W poczekalni u dentysty przeczytałam o zupełnie nowej diecie - 5:2. I nie jest to wynik meczu Polska - Niemcy niestety. Zasady wydały mi się upojnie proste: przez pięć dni jemy normalnie, a przez dwa pościmy. Zgadliście już? Tak. Wytrzymałam całe pięć dni tej diety, szósty wydał mi się na tyle ekstremalny, że na wszelki wypadek zjadłam trzy muffinki porzeczkowe.

Od wczoraj jestem na Dukanie. To nie pozycja seksualna, ani alpejski lodowiec, ale moja nowa dieta. Zapowiada się obiecująco, bo można jeść do upojenia twaróg i kefir. Daję sobie minimum tydzień, zanim upiekę ciasto bananowe.

Mąż wykazuje daleko idącą życzliwość i wsparcie moralne, ale to dlatego, że chyba nie ogarnia rozmiarów mojej schizofrenii dietetycznej:

- O, chyba schudłaś? - 

- Nie wiem, ale chyba nie-

- A co ci mówi waga? - 

- A mówi mi: kobieto, spierdalaj, bo mi ciężko - 

Wsparcie poproszę. Z pozytywnymi przykładami w tle. Buuu....

21:31, teraz_asia
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48